Często na blogu (i nie tylko) prześmiewczo piszę o PSTzMCz (P… rzyjaznym Spisku Telepatów z Maszyną Czasu). Chodzi o sytuacje, w których człowiek wpada na jakiś pomysł i wkrótce potem odkrywa, że ktoś inny wpadł na identyczny lub podobny pomysł, tyle że lata wcześniej. Oczywiście jest to efekt tego, że naprawdę coraz trudniej jest wymyślić coś autentycznie nowego, co nie jest jedynie nadbudową nad już istniejącymi historiami. Przed Matrixem było sporo historii wykorzystujących podobne motywy, ale Wachowscy (wtedy jeszcze bracia) raczej nie kopiowali Skrzyni Profesora Corcorana Stanisława Lema, prawda? Bywa i tak, że podobieństwa są czysto pozorne, że może je dostrzegać tylko jedna osoba, zafiksowana akurat na jednym dziele. Jak ktoś przeczyta Władcę Pierścieni, to możliwe, że przez jakiś czas wszędzie będzie widział nawiązania do wędrówki Drużyny Pierścienia.

W moim przypadku dochodzi obsesyjna wręcz obawa, że nie potrafię wymyślić oryginalnych historii i wyszukiwanie czasami podobieństw wręcz na siłę. Podam teraz dwa przykłady: Rok temu napisałem powieść, Sen boga niespokojny.  Mniejsza z tym – są tam dwa poboczne dla głównej akcji motywy, które w gruncie rzeczy są spotykane powszechnie. Pierwsze, to kultura, w której to kobieta wybiera sobie, kogo kocha i z kim chce być, a mężczyzna nie ma za bardzo nic do gadania. Drugie, że kobieta darowuje wybrankowi pierścień z wyrytym napisem “na zawsze”. Nie ma w tym nic specjalnie oryginalnego, prawda?

Continue reading “Archetypy i telepaci”

Skończyłem “Głodne słońce” Wojciecha Zembatego. Opinii nie opublikuję, po części dlatego, bo mi się nie chce, a po części, bo doszedłem do wniosku, że programowo przestanę recenzować polskich autorów (może z małymi wyjątkami). Natomiast mogę obecnie z całą pewnością stwierdzić, że Wojciech Zembaty jest członkiem Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu.

Tak dla przypomnienia, PSTzMCz to fenomen, w którym wpadasz na genialny pomysł, zapisujesz go, po czym odkrywasz, że ktoś już identyczny pomysł miał, powiedzmy, trzydzieści lat temu. Jedynym możliwym wyjaśnieniem jest oczywiście, że istnieje światowa konspiracja telepatów wyłuskujących genialne pomysły, po czym wysyłająca agentów w przeszłość, by te pomysły zdradzili innym członkom spisku. Po co? No jak to po co, bo nas nie lubią. Jak Andrzeja Bursę.

(Tak na wszelki wypadek wyjaśnienie: TO ŻART. Ja wiem, że wy wiecie, że to żart. Niemniej doświadczenie podpowiada mi, że zawsze trafiają się ludzie, którzy wszystko interpretują dosłownie. Nie uwierzylibyście, ile moich żartów ktoś interpretował dosłownie i próbował przy pomocy dosłownej interpretacji udowodnić, że jestem wariat, oszołom i co tam jeszcze do koloru.)

Continue reading “Wojciech Zembaty jest telepatą z maszyną czasu.”

Jak wiecie, przez pewien czas czytałem bardzo niewiele. Najpierw studia, potem praca, dzieci, setki artykułów do przestudiowania – czasu na rozrywki nie zostawało zbyt dużo. Ominęło mnie więc niemal wszystko, co pojawiło się po roku, mniej więcej, 2005. Nie znam Grzędowicza, Dukaja, dopiero niedawno przeczytałem “Vatran Auraio” Huberatha (wcześniej widziałem tylko jego opowiadania). Powiedziałem o tym na jednym blogu i tam polecono mi “Głodne słońce” Wojciecha Zembatego jako dobrą powieść, z którą warto się zapoznać w ramach nadganiania znajomości ze współczesną polską fantastyką. I, do diabła…

Mam wrażenie, że to kolejny przykład PSTzMCz (Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu). A dotarłem dopiero do setnej strony!

Continue reading “Czyżby kolejny atak Przyjaznego Spisku Telepatów?”

Wyobrażam sobie konsternację redaktorów polskiego wydania tej książki na widok angielskiego tytułu. Lathe of heaven, czyli Tokarka niebios. TOKARKA NIEBIOS. Co to może być? Socrealizm fantastyczny? Obróbka ze skrawaniem w życiu pośmiertnym? Jasne więc było, że ostatecznie dzieło Ursuli Le Guin musiało pójść na księgarskie półki pod innym mianem. “Jesteśmy snem” to, moim zdaniem, całkiem niezły wybór.

Co to w ogóle jest za książka? Czy dobra? Oj tak, dobra. Moim zdaniem spokojnie można ją zaliczyć do jednej z najlepszych osiągnięć mojej ulubionej pisarki. Rzecz pochodzi z roku 1971, pierwsze polskie wydanie dwadzieścia lat później. Kupiłem dopiero teraz, w antykwariacie, w ramach uzupełniania mojej znajomości twórczości Mistrzyni (oraz, przy okazji, zakupów mających na celu dokulturalnienie się prozą głównego nurtu). Słyszałem wcześniej pochwały tej powieści, ale wiedziałem o niej tyle, że chodzi o faceta, który śnieniem zmienia rzeczywistość.

Continue reading “Tokarka niebios, czyli Mistrzyni udaje Dicka (recenzja “Jesteśmy snem” Ursuli Le Guin)”

Każdy, kto wystarczająco długo się ociera o polski fandom, musi w końcu trafić na wzmianki o Przewodasie. Wzmianki przeważnie negatywne, że człek rzekomo kłótliwy, złośliwy i nieprzyjemny. Sam nigdy z nim nie rozmawiałem, ale widziałem w internecie dyskusje, w których Przewodas faktycznie rzuca komentarze dość zjadliwe, chociaż w większości nie aż tak, by to usprawiedliwiło zasłyszane (oraz przeczytane) opinie. A więc rzekomo facet trudny, ale zarazem utalentowany – tak powtarzają osoby go znające.  Opinie swoje wygłaszają z prawdziwym żalem – że mógł człowiek zatrząść fantastyką, że mógł mieć pozycję taką, jak Piekara czy Grzędowicz… i zaprzepaścił. Jak zaprzepaścił – tutaj już nabierają wody w usta.

Podczas tego nieco przydługiego wstępu osoby niezaznajomione z fandomem mogą się zastanawiać, kimże jest ów Przewodas. Już śpieszę z wyjaśnieniem: to pseudonim pisarza, żercy (kapłan rodzimowierców) i filozofa, Konrada T. Lewandowskiego. Autor Ksina oraz Noteki.

Continue reading ““Most nad Otchłanią” Konrad T. Lewandowski (recenzja)”

Nie znam człowieka.

Nigdy go nie widziałem na oczy. Nie rozmawiałem z nim. Nawet z daleka, nawet na zdjęciu. Nie mam pojęcia, kim jest i co robi, poza tym, że napisał “Pana Lodowego Ogrodu”. Co więcej, “Pana Lodowego Ogrodu” nie przeczytałem. Nigdy w życiu nie czytałem niczego autorstwa Grzędowicza.

W waszych głowach może pojawić się więc całkiem zasadne pytanie, człowieku, więc czym ci ten biedak zawinił? Aa, to bardzo proste. Wszystko wskazuje na to, że jest członkiem PSTzMCz, czyli Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu. To znaczy: daję do przeczytania swoje najnowsze dzieło beta-czytelniczce i dostaję opinie: “aa, a to zerżnięte żywcem z Grzędowicza”. Daję drugiej, a ona “o, a tutaj musisz zmienić, bo to było u Grzędowicza. To też było. O, i to też było”.

“To”, czyli żywe statki, robaki tłumaczące oraz ściąganie przedmiotów z nibystrzeni – tylko, że u Grzędowicza podobno to się nazywało z czasoprzestrzeni.

Chciałem dzisiaj wysłać do wydawnictwa, ale po otrzymaniu tej opinii zaczynam się wahać, czy w ogóle rzecz gdziekolwiek wysyłać. Może powinienem wreszcie “Pana Lodowego Ogrodu” kupić, przeczytać i wtedy ocenić, czy naprawdę coś z niego “żywcem zerżnąłem”.

Całkiem niedawno na czacie na moim ulubionym forum literackim kolega-pisarz stwierdził, że brakuje mu pomysłów na jedną scenę. Akurat byłem w nastroju do żartów, więc zaproponowałem, by wprowadził postać dowódcy-ekshibicjonisty. Dowódca, poważany komandor okrętu kosmicznego, normalnie zachowywałby się przyzwoicie, ale w chwilach stresu (na przykład w gorączce bitwy) rozbierałby się powoli do rosołu, a załoga starałaby się to ignorować. Odpowiedź kolegi: ale to przecież zerżnięte z Gwiezdnego Pyłu!

Prawda, tam był kapitan zwykłego statku, który zwyczajnie lubił się od czasu do czasu przebierać w kobiece fatałaszki. Czyli inaczej. Ale jednak podobnie. A w takim razie, czy taka scena – z komandorem reagującym striptizem na stres – byłaby czymś nowym, czy też zwykłym przeniesieniem, a nawet zerżnięciem sceny z Gwiezdnego Pyłu?!

Continue reading “Podświadome inspiracje, albo wszystko już było.”

Przeczytałem właśnie recenzję filmu “Midway” Emmericha. Nie o filmie jednak chcę pisać, ani nie o opiniach widzów i krytyków. Coś innego mnie trapi. Otóż w mojej książce o roboczym tytule “Pożar na pustkowiu”, napisana kilka lat temu, która nie wiadomo, czy się ukaże, czy też nie (bo wydawnictwo “wstępnie zainteresowane” może się rozmyślić przecież, “wstępnie” nic nie znaczy poza “przeszedłeś pierwszy filtr i uznajemy, że nie jesteś kompletnym grafomanem”) drugi tom był bardzo mocno inspirowany historią walk na Pacyfiku. Jeden rozdział dość dokładnie odzwierciedla właśnie bitwę o Midway. Pisząc go, miałem na myśli film z 1976 roku oraz kilka książek i artykułów poświęconych właśnie zmaganiom amerykańsko-japońskim. Zmaganiom, dodajmy, dość zapomnianym. Jeżeli jednak, powiedzmy, moja powieść by się ukazała (na co mam nadzieję), to przecież każdy będzie myślał, że inspirowałem się filmem Emmericha z roku 2019.

Dość to deprymujące, kiedy człowiek coś wymyśla, pisze i w momencie pisania są to rzeczy mało popularne, nieznane i tak dalej, a po kilku latach nagle rzeczywistość nas dogania. W tej samej powieści jest także parę innych rzeczy, które zaplanowałem/napisałem ZANIM tematy z nimi związane pojawiły się w szerszej świadomości; a teraz każdy pewnie będzie myślał, że po prostu nawiązuję do  ostatnich zdarzeń.

Ech, smuteczek.

Z innych wieści: nie ma żadnych wieści. Napisałem przypominajkę do wydawnictwa, ale w sumie sformułowałem ją w najgłupszy możliwy sposób – a głupio mi teraz pisać po raz drugi, rozsądniej (bo nie chcę się za bardzo narzucać). Czekamy.