Pożar na pustkowiu

“Pożar na pustkowiu” to dwutomowe fantasy, z latającymi statkami i bronią palną. Coś jakby steampunk, tyle że bez pary i w całkowicie wymyślonym świecie. Wersja elektroniczna już jest: ebook dostępny w legimi oraz w sklepie wydawnictwa (w księgarni madbooks: tam jest chyba najtaniej). Czy wam się spodoba? Oczywiście, jeżeli lubicie tego rodzaju historie. Chcecie wiedzieć więcej? Proszę bardzo, oto moja propozycja tzw. “blurba” na okładkę:

Ludzie zbudowali tysiąc miast na “wyspach” – szczytach wystających ponad ocean trującej pomroczy, lecz w żadnym z nich bladzi, czerwonoocy Elkari nie mogą się czuć naprawdę u siebie. Wszak wszyscy wiedzą: Elkari nie mają serc. Elkari kradną dzieci, by wypijać ich krew. To złodzieje, wyzyskiwacze – nawet ci, co żebrzą o kawałek chleba. Czy to więc takie dziwne, że idea zbudowania miasta-państwa dla samych Elkari zdobywa wśród nich taką popularność?

Tylko, że idee są niebezpieczne. Zabójcze. Idee lepiej dusić w zarodku, zanim zmienią świat.

Bastian jest oficerem na jednej z handlowych kryp latających ponad toksycznymi mgłami pomroczy. Nie ma celu w życiu poza piciem i szukaniem awantur, dopóki nie trafia na dwie dziewczyny – Elkari potrzebujące pomocy. Wkrótce okazuje się, że jednej z nich poszukuje wywiad rosnącej w siłę Federacji Dumetanu. Bastiana nie obchodzi, czy faktycznie dziewczyna posiada tajemnicze moce – wie tylko, że wreszcie ma za kim podążyć, że ma o co walczyć. Ruszy więc w podróż do nowopowstałego miasta samych Elkari, gotów stawić czoło każdej burzy.

A burza nadciąga…

“Pożar na pustkowiu” napisałem przed “Światem bez świtu”, ale bardzo długo żaden wydawca nie chciał tej powieści przyjąć. No cóż, można to zrozumieć. Tysiącstronicowa cegła od kompletnie nieznanego autora? Za duża objętość na debiut, słyszałem od znajomych w branży. W końcu Genius Creations uznało, że rzecz jest na tyle dobra, że warto zaryzykować. Podobno recenzenci dostrzegli podobieństwa do Sandersona (nigdy nic spod jego ręki nie widziałem). Wydawca powiedział, że sam przeczyta i wtedy zadecyduje, czy rzecz wziąć. Przeczytał i natychmiast zadzwonił: bierze. Być może jakąś wagę miało także to, że moja druga propozycja także się recenzentom spodobała; a więc, że rokuję jako pisarz. W efekcie GC podpisało ze mną umowy jednocześnie na dwie powieści (“Pożar” i “Tęczę”).

Pamiętam, jakiego banana miałem na ustach, gdy zadzwonił do mnie wydawca po raz pierwszy – i to pomimo tego, że po rozmowie uznałem, że pewnie nic z tego nie będzie, że za duże ryzyko dla wydawnictwa i takie tam. Ale już sam fakt, że szef GC poświęcił mi coś chyba z dziesięć minut cennego czasu, że powiedział kilka miłych słów, że te dziesięć minut spędziliśmy na interesującej dyskusji… Ha, poprawiło mi to humor na długo i sprawiło, że znowu poczułem ochotę do pisania.

Z przyczyn technicznych “Pożar” ukaże się podzielony na dwa tomy. Pierwszy nosi tytuł “Droga do Kilumary”, drugi tytułu jeszcze nie ma. Może “Kilumara przeciw światu”?

Pierwszy tom wyszedł w wersji elektronicznej (linki patrz wyżej). Kiedy się ukaże wersja papierowa? Prawdopodobnie w tym roku, ale tak naprawdę to nie wiem. Kiedy wyjdzie tom drugi?  Też nie wiem. Wszystko zależy przede wszystkim od sytuacji na rynku.

Przed wyjściem na miasto Bastian opracował dokładną strategię działania.
Plan obejmował picie na umór, zwiedzanie burdeli, a wszystko miała zakończyć rozgrzewająca ciało bójka. Nie chodziło przy tym o to, by komuś bez powodu, ordynarnie i po chamsku natrzaskać po ryju. Bastian nie uważał się za awanturnika — za pijaka czy dziwkarza zresztą również nie. Nie chciał zaczepiać spokojnych obywateli. Wolał, by to jego zaczepiano.

Niestety, tego wieczoru dręczył go ewidentny pech. Napotykani przechodnie uchylali kapelusza, potrącani przepraszali i uciekali, jeszcze na odchodne życząc spokojnej nocy. Okropność. Żeby trafił się choć pijany żołnierz, wulgarny chmurynarz albo bodaj kieszonkowiec, ale nie; sami urzędnicy i sklepikarze. Do usrania grzeczni. Zupełnie jakby wszyscy na tę jedną noc stracili jaja.

Bastian coraz bardziej zdesperowany krążył po rzekomo najbardziej parszywych dzielnicach Amdzadraty, z każdą minutą niepokojąco bliższy wytrzeźwienia. Nic więc dziwnego, że gdy dostrzegł kilka postaci majaczących na drugim końcu ciemnej ulicy, uśmiechnął się w duchu. O tej porze, w tej dzielnicy, to musiało oznaczać kłopoty i to przez duże „K”. Nareszcie.

Poniżej można też posłuchać, jak czytam początek. Uprzedzam, nagrywane na domowym laptopie, nie znam się na obróbce dźwięku, więc efektem jest totalna amatorszczyzna. Uwaga! Data “23 sierpnia” została wstawiona przeze mnie w ramach takiego, hehe, zaklinania rzeczywistości.