Przynoszę wam pokój

Pierwsze pół godziny po skoku oznaczały strach — i mdłości.

Wykrycie statku powracającego w normalną przestrzeń jest nieuniknione – stąd strach. Mdłości biorą się z szaleńczych manewrów mających utrudniać wrogom celowanie, manewrów nie do zniesienia bez odpowiedniej dawki środków przeciwwymiotnych. Kiedyś, gdy Dukovic był jeszcze kadetem, koledzy w ramach głupiego żartu podmienili mu regulaminową porcję tabletek na zwykłe witaminy.

Od tamtego czasu skoki przez morze Satoshiego kojarzyły się Dukovicowi z odorem wymiocin.

Rozrywkowa space opera, która pojawiła się w czerwcu 2020 w Fantastyce 6/2020.

Przynoszę wam pokój ma chyba najbardziej pokręconą historię ze wszystkich moich dziełek. Napisane zostało na konkurs GC, gdzie spodobało się czterem (czworgu?) z pięciorga członków jury – wyniki dziewięć, osiem, siedem, siedem i trzy. Trzech punktów zabrakło, by trafić do antologii… Następnie  w październiku 2016 posłałem je do Nowej Fantastyki. Gdy już straciłem nadzieję, redaktor odezwał się do mnie pytając o inne opowiadanie, Czarbrończynię – tyle, że Czarbrończyni coś tak miesiąc  wcześniej została opublikowana w Fahrenhajcie. Koleżanka, kochana Małgosia Garkowska, przekonała mnie, bym przy okazji zapytał o losy Przynoszę wam pokój. Nie chciałem. Przecież wyraźnie w warunkach redakcja podaje, żeby nie dopytywać, bo odpowiadają tylko wtedy, gdy są zainteresowani, a ja raz i tak już bezczelnie żebrałem o wiadomość, czy coś się z propozycją dzieje. Poza tym, jakoś tak głupio, tak się dopraszać. Ale Gosia trwała przy swoim: “Co ci szkodzi?”. No więc zapytałem. Redaktor wówczas przypomniał sobie, że opowiadanie chciał, ale coś tam wypadło i nie dało rady mnie powiadomić.

Z uwagi na objętość utwór miał trafić do Fantastyki Wydania Specjalnego. Był wtedy już wrzesień roku dwa tysiące siedemnastego (tak!). Czekałem cierpliwie. Minął jeden rok, drugi i naraz w roku 2019 okazało się, że Prószyński i s-ka likwidują FWS. Nooo to po ptokach, pomyślałem ponuro, ale redaktor uspokoił mnie, że z przyjętych opowiadań nie rezygnują. Minął kolejny rok, a ja siedziałem cicho. W międzyczasie jedno wydawnictwo wyraziło zainteresowanie (wstępne) Tęczą za horyzontem, a Przynoszę wam pokój stanowiłoby niezłe wprowadzenie do tej książki. Mogłoby ją promować, jednym słowem. Jeżeli chodzi o tę powieść, to siedemnastego kwietnia tego roku (2020) zadzwoniłem do wydawcy pytać, czy wstępne zainteresowanie przerodziło się w coś więcej. Okazało się, że tak – ale książka w najlepszym razie trafi do druku w drugiej połowie roku 2021. Tym bardziej więc siedziałem cicho, jeżeli chodzi o opowiadanie w Fantastyce, mogące być do powieści wprowadzeniem.

Dosłownie kilkanaście dni później odezwał się redaktor Cetnarowski, powiadamiając, że planuje moje opowiadanie na czerwiec. Przedyskutowałem sprawę ze znajomymi i uznałem, że lepszy wróbel w garści niż niepewny gołąb w przyszłym roku. I tak, pięć lat od napisania, cztery lata od wysłania jako propozycji, opowiadanie wreszcie się pojawia.

Co mówili beta-czytelnicy? Różnie. Ciekawa rzecz, opko podzieliło mężczyzn i kobiety. No dobra, mężczyzn i kobietę. Jedną. Moja siostra nie mogła przebrnąć, rzecz ją zanudziła, odpadała po początku i to pomimo tego, że science fiction czytuje (np. podobało się jej moje Imago). Z kolei wszyscy, ale to wszyscy beta-czytelnicy płci męskiej (czterech) byli zachwyceni, albo zadowoleni. Uwaga, teraz będzie mnóstwo cytowania zachwyconych czytelników, kto nie lubi, jak autor samochwalczo pławi się w blasku komplementów, niech przewinie niżej, do części ze spojlerami. Wybaczcie, ale kiedy widzę, jak ktoś używa przymiotnika “genialny” w odniesieniu do mojej grafomanii, zaraz mi się robi lekko i radośnie.

Najpierw kolega konserwatysta, na co dzień związany z pewnym konserwatywnym klubem:

Przeczytałem, powiem tak. Musisz poprawić (przeredagować) początek trudno się wgryźć w pierwszą stronę. Znalazłem też dwa błędy językowe, ale poza tym… bardzo mi się podoba. Masz wyrobiony i przyjazny czytelnikowi styl. Niezwykle dobrze się to czyta (poza początkiem pierwszej strony) naprawdę wciągnęła mnie ta opowieść, ze względu na sposób pisania jak i pomysł.

spojler - nie klikaj, jeżeli nie przeczytałeś/łaś opowiadania!
Przedstawienie najazdu obcych od drugiej strony, genialne.

Widać, że masz to przemyślane, prowadzisz czytelnika w dobrym tempie po opowieści, wtręty o fizyce itp. nie zaburzają ciągu historii i są dobrze wkomponowane.

Kolega kolegi skomentował tak:

to jest powieść czy co xD od razu mówię,ze jest jest świetny stylistycznie i dobrze sie go czyta czy będzie mieć coś więcej niż tylko tę ładnie napisaną otoczkę, zobaczymy ale mi się podoba, serio

Inny kolega, Mariusz Masewicz (zgodził się na cytat z nazwiskiem), napisał tak:

Przeczytałem. Świetnie sie czytało (gdyby, nie to, ze musiałem robić przerwy na prace, to można powiedzieć, ze “ciurkiem”) Trochę mało poprawne politycznie.
“czarni”, to ci, których nie lubimy i do tego to ci niedobrzy imperialistyczni amerykanie (oj długo zastanawiałem się jak wybrniesz z tych “czarni” i “my”)

Początek jest OK – ale ja to z marginesu społecznego jestem i fizyki się nie boje, a już teoria gościa co to jedyny ją opracował i w pełni zrozumiał i potem umarł i drugi gościu, co to coś skonstruował, a inni nie wiedzieli jak to działa ale wykorzystywali – to dla mnie wypas Emotikon smile

koniec – odebrałem to jako zapowiedz drugiej części trylogii… (czy rozczarowuje?) nie – jak dla mnie jest OK i jak u Lucasa – pozwala się spodziewać kolejnych części.

Możliwe spojlery - nie klikaj, jeżeli nie przeczytałeś/łas opowiadania!
Genialne sa rozwaania na temat losu trabisi – niewazne co sie stanie – i tak ich rozwalimy

Na końcu faktycznie chwile kręciłem myszką, licząc na to, ze jednak jest jeszcze jedna strona, ale po chwili doszedłem do wniosku, ze tak jest po prostu genialnie. To nie fejsbuk, gdzie wszystko musi być dopowiedziane, pokazane palcem na tacy i otagowane tu chwila na zastanowienie jest całkiem fajnym zakończeniem. fajne są książki, o których się myśli jeszcze chwile po ich przeczytaniu – a tu dokładnie tak jest

Możliwe spojlery - nie klikaj, jeżeli nie przeczytałeś opowiadania!

Narady sztabowej o trabisiach tez juz za bardzo nie zmieniaj – swietnie oddany
“pat” całej sytuacji Emotikon smile

Wątek główny (przynajmniej ten, który ja odbieram jako główny) – opisany genialnie, watki poboczne nie zabijają – krótko mówiąc – jestem pod wrażeniem

I na koniec, opinia mniej zachwyconego, ale dalej zadowolonego kolegi z forum:

Lektura za mną i wrażenia, jak zawsze, mieszane. Historia zaczyna się klasycznie, aż do bólu, ale bardzo lubię takie rzeczy, więc wszedłem w fabułę z dużym zainteresowaniem – mam tu na myśli takie lemowskie klimaty; załoga gdzieś w kosmicznym „nigdzie”, bohaterowie marginalni, występujący na zasadzie haseł (jak w Edenie:), no i wiadomo, że coś się wydarzy. Niestety z biegiem fabuły historia przekształciła się w coś bliżej space opery, której nie znoszę, ale niech tam, byłem już kupiony, więc dalej czytało się samo.

Budując akcję posługujesz się tu prawie wyłącznie dialogiem i fajnie, bo tekst czyta się lekko, ale brakowało mi trochę klimatu. Nieco opisów by się przydało, tak abym mógł wyobrazić sobie bohaterów funkcjonujących w konkretnej przestrzeni, bo tego było jak na lekarstwo. Wnętrze statku kosmicznego to przecież anturaż atrakcyjny jak cholera, a tu nie ma go prawie wcale, szkoda, naprawdę. Niby wyobraźnia podstawia obrazki znane z kina, ale do diabła, nie o to Polska walczyła. Zatem za klimat, nastrój opowieści, dwója z minusem:)

Możliwe spojlery - nie klikaj, jeżeli nie przeczytałeś/łaś opowiadania!

Nie podobało mi się także przedstawienie obcych, jako jakichś Trąbisi. Sorry, ale zaleciało mi to Toy landem Roberta Schmita, a to czytadło w najpodlejszym guście. Jako czytelnik oczekiwał bym czegoś ciekawszego niż misie-trąbisie, bo to już mały krok od groteski, a chyba nie o to chodziło. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że nie mogłeś wymyślić nic ciekawszego, czy kryjącego w sobie jakąś tajemnicę. Skąd te Trąbisie?!?

W ogóle tych obcych, to tak naprawdę tu nie ma. Znaczy są, ale machają nam tylko trąbą z daleka. Kontakt jest tu jedynie pretekstowy. I tu mam z tekstem największy problem. Nie potrafię sobie wyobrazić jak dalece zblazowana, czy też przetrzebiona psychicznie prowadzoną wojną, musiała by być ludzkość, aby po odkryciu pierwszej inteligentnej rasy w kosmosie, nie wykazać nią najmniejszego zainteresowania, za to na starcie przydzielając jej miejsce przeszkadzajki do odstrzału. Nie zrozummy się źle, rozumiem powody, które kierowały tobą, gdy układałeś fabułę, ale do cholery, nie kupuje tego. Że niby tylko jeden wariat upomniał się o obcych? Że złożono ich na ołtarzu zakończenia wojny? Eee, toż dla mnie jako czytelnika bardziej interesujący są ci tajemniczy obcy, niż wojna, o której w zasadzie niewiele opowiadasz. Słowem, nie kupuję planu kapitana, on mnie nie przekonuje. Rozumiem, skąd się wziął, ale bardziej interesuje mnie styczność z obcą, rozumną rasą.

Dobra, tyle narzekania. Teraz przejdę do rzeczy, które uznaje za atuty tekstu. Przede wszystkim masz fajny, równy styl prowadzenia narracji. Po części to zapewne przez te dialogi, ale nieważne, grunt, że tekst czytałem z przyjemnością od początku do końca. Doskonały jest także pomysł z psychooficerem, daje mnóstwo możliwości fabularnych, aż chciałoby się z niego skorzystać:). Background naukowy bardzo fajny, nie nużył, jak to się nie raz zdarza, mimo, że wrzucony jako osobne bloki tekstu. Jako kompletny laik w temacie, kupuję go bez mrugnięcia:). Ok, reasumując; tekst czyta się bardzo dobrze, ale mój rozbudzony apetyt nie został zaspokojony. Po pierwsze omijasz to, co w historii zdaje się być najbardziej interesujące, dwa nie kupuję powodów, dla których bohaterowie podejmują takie, a nie inne działania. Ale ogólnie tekst na plus. Zakończenie jest logicznym zwieńczeniem historii i wydumane raczej nie jest. Chciałbym, żeby dotyczyło troszkę czego innego, ale miałeś taki pomysł na opowieść i ok.

Jeden czytelnik narzekał tylko na to, że ludzie reagują za słabo na kontakt; tę samą kwestię podniósł redaktor, więc nieco to szlifnęliśmy podczas obróbki redakcyjnej (oprócz ocenzurowania wulgaryzmów). Innym zarzutem było, że przemowa Jakowa na końcu jest mało oryginalna i że czytelnik już coś bardzo podobnego gdzieś czytał. Zaniepokojony, chciałem przemowę usunąć, ostatecznie została, chociaż wciąż zastanawiam się, czy przypadkiem nieświadomie jej skądś nie zapożyczyłem. Raczej nie z żadnej powieści, bo szczerze, to space opery ja raczej mało czytałem. Prędzej może z jakiegoś fragmentu albo bloga. Nie wiem. Może czytelnik się mylił i może przesadzam, bo non-stop panikuję, że nie mam żadnych oryginalnych pomysłów i ktoś coś zrobił już przede mną. Redaktor mnie uspokoił, że wprawdzie coś podobnego czytał, ale nie dokładnie takiego, a poza tym, nowe elementy wprowadzone przez opowiadanie polegają na czymś zupełnie innym.

Pojawiły się też pierwsze recenzje już po publikacji i tutaj już nie było tak różowo. Najpierw jeden czytelnik marudził, że tekst pełen dziur logicznych (nie zgadzam się z nim; chyba nie do końca wczuł się w sytuację wojny totalnej, w której albo się ginie, albo wygrywa i nie ma czasu na wąchanie kwiatków) i do tego infodumpy. Drugi uznał, że pomysł ciekawy, ale dialogi wyglądają jak ze szkolnych wypracowań. Ajaj, no to już zabolało, chociaż od tamtego czasu (opowiadanie napisane w 2015 roku!) jednak sporo warsztat ćwiczyłem i mam nadzieję, że obecnie dialogi piszę lepiej (dzięki, Witek!).

Na blogu https://www.maciekpisze.pl/nowa-fantastyka-06-2020/ opinia, że to “ok czytadło SF” i “militarna space opera moralnego niepokoju” :D. Jednozdaniową wzmiankę można też znaleźć na blogu komputerowe katharsis (“podobało się”). W miarę pozytywna recenzja jest także na blogu latające-książki.

Dalej są psuje, czyli spojlery.

Możliwe spojlery - nie klikaj, jeżeli nie przeczytałaś/łeś opowiadania!

Jest to dość klasyczna space opera. Tematem miał być kontakt, szukałem tylko, jak by ten kontakt uczynić innym, jak by opowiadanie wyróżnić od pozostałych. Pomysł, by ludzie kontaktu nie chcieli, wydawał mi się dość oczywisty. I tutaj przypomniał mi się od razu Lem twierdzący, że inwazje w kosmosie nie mają sensu, bo są zbyt kosztowne. Chciałem więc sztafażu, w którym inwazja będzie miała sens. Do tego wciąż byłem pod wrażeniem Stevena Pinkera i jego pomysłu z matrycą gier pokazującą, że “konflikt nie ma sensu, chyba że…”. Takie bezduszne rozważania “co w danej sytuacji po prostu trzeba zrobić i nie można inaczej” wydały mi się bardzo atrakcyjne. Logika wojny i braku zaufania wymusza jedyne możliwe rozwiązanie, okrutne i na dodatek wcale nie gwarantujące, że ktokolwiek cokolwiek zyska.  Tę nieuchronność widać też u Jakowa, który rusza do bazy Trąbisi chociaż oczywiście, jako oficer i łebski facet musi wiedzieć, jak jego eskapada się skończy – ale on musi to zrobić, nie może inaczej.

Jako pierwsze podczas pracy wymyśliłem zasady fizyki Satoshiego. Miały być takie, by wojna w kosmosie była sensowna. Później wykoncypowałem, kto z kim będzie walczyć. Dopiero potem rozpocząłem pracę nad resztą. W jednym opisie (wykrywania statku przez detektory) mocno zasugerowałem się angielską stroną argumentującą, że w kosmosie nie ma mowy o skradaniu się. Szkoda, że nie zapisałem sobie jej adresu. Oficera sytuacyjnego, czyli psychoruka, zdaje się, że gdzieś zaczerpnąłem, ale nie pamiętam skąd. Nie samą nazwę, ale funkcję, gdzie miał być ktoś rozładowujący napięcia w zespole. Teraz zastanawiam się, czy nie z Star Treka :D. Nazwę zasugerował jeden z beta-czytelników.

Zasady panujące w Zjednoczeniu ustaliłem takie, jakie według mnie powinny powstać w sytuacji wojny totalnej. Z kolei Federacja miała się wywodzić z Ameryki i krajów Zachodniej Europy, z nieco większą liberalnością, na którą początkowo pozwalać miała im przewaga liczebności i technologiczna. Uznałem także, że po kilku pokoleniach w kosmosie ci z Federacji będą się mieszali swobodnie, być może będzie to także wspierane oficjalną propagandą i stąd nie będzie tam klasycznych “białych”, tylko wszyscy będą potomkami wszelkich możliwych ras, co oczywiście skwapliwie wykorzysta propaganda kosmicznych Słowian, starając się wrogów zohydzić i odhumanizować.

Moja powieść Tęcza za horyzontem (ta, która, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, ukaże się najwcześniej w drugiej połowie 2021) z opowiadania czerpie całkiem sporo. Po pierwsze, Luka, trzeci oficer, psychoruk – w Tęczy jest głównym bohaterem. Po drugie dwie społeczności, totalitarni Słowianie i liberalni “Czarni”. Po trzecie, fizyka Satoshiego. W Tęczy jednak to tylko tło, bo rzecz nie dzieje się w kosmosie, a nie chciałem marnować całego wymyślonego świata.

Co ciekawe: przy Tęczy podział damsko-męski objawił się jeszcze mocniej. Sześciu mężczyzn albo lubiło, albo bardzo lubiło Tęczę. Z czterechpięciu kobiet dwie odpadły po początku, jedna dobrnęła do końca, ale uznała, że to nudne. Czwarta uznała, że rzecz daje się czytać, chociaż miała mnóstwo uwag; i wreszcie dopiero piąta się zachwyciła, że świetne.

Bardzo mnie ciekawi, czy podobny podział objawi się na próbie o n trochę większym.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.