okładka powieści juhani karila polowanie na małego szczupaka, na ekranie czytnika, na tle gałęzi morwyOd jakiegoś czasu co trafię na jakąś powieść, nawet taką polecaną, nawet taką z dobrymi recenzjami, to zawsze kończę ją z poczuciem mniejszego lub większego rozczarowania. Poniekąd jest to zrozumiałe: łatwiej o książki uniwersalnie odbierane jako złe, niż uniwersalnie uważane za znakomite. Dlatego, gdy przeczytałem dość entuzjastyczną recenzję na blogu se czytam, chociaż powieść fińskiego pisarza dołożyłem do priorytetowej kupki do przeczytania, to jednak nie oczekiwałem zbyt wiele – bo inna autorka polecana przez ten sam blog raczej nie podeszła mi pod gusta. Tutaj jednak “Polowanie na małego szczupaka” naprawdę okazało się tak dobre, jak czytałem.

W skrócie: to taki fiński realizm magiczny, przynajmniej dla mnie. Krytycy może by mnie zbesztali za niezrozumienie terminów i mieszanie definicji, ale krytyków mam w nosie. Mamy współczesną Laponię, a w niej – magiczne elementy, uznawane za absolutnie normalne przez wszystkie postaci – za wyjątkiem jednej policjantki przybyłej z zewnątrz.

Continue reading “Juhani Karila “Polowanie na małego szczupaka” (recenzja)”

Okładka powieści "Zadra" Krzysztofa Piskorskiego: coś jakby ruiny akweduktów lub kamiennych łuków. Za nimi elektryczny rozbłysk na jasnym niebie.Jak zwykle dla tych, co nie lubią za dużo czytać, krótkie streszczenie: podobało się. Ciekawy świat, ciekawa akcja. Nie wiem, na ile czasy napoleońskie są obecnie wyeksploatowane, bo – jak wspominałem już wielokrotnie – po mniej więcej dwa tysiące piątym czy też szóstym fantastykę czytałem od przypadku do przypadku. Dla mnie jednak była to nowość: wynalazek szybkostrzelnych kulomiotów opartych o wykorzystanie “energii próżni” – tajemniczego etheru – odwraca losy bitwy pod Lipskiem i ratuje cesarstwo Napoleona. Do tego zaś dochodzą bramy do innych, równoległych światów, magia oraz zombiaki. Całość bardzo smaczna.

Część z was pewnie poprzestanie na poprzednim akapicie, zwłaszcza, jeżeli wpadacie tutaj z google’a 🙂 Pozostałych zapraszam do lektury reszty opinii.

Continue reading “XIX-wieczna powieść fantasy z wieku 21szego, czyli “Zadra” Krzysztofa Piskorskiego”

Do napisania tej recenzji zabierałem się długo i to wcale nie z wrodzonego lenistwa (to znaczy, nie tylko z wrodzonego lenistwa). Musiałem najpierw ksiażkę Huberatha odłożyć, przespać się z myślami o niej, przemyśleć, dojrzeć do niej. Właściwie wciąż nie jestem pewien, czy jestem gotowy, by o niej cokolwiek opowiedzieć, cokolwiek dodać do tego, co znajdziecie na sieci, na tuzinie innych blogów. Może więc zacznę od samych wrażeń: Huberath, jak Le Guin, jest światotwórcą pierwszej klasy, mistrzem kreacji fantastycznych miejsc. Ma nieco mniejszy, ale tylko ciut-ciut mniejszy dryg do tworzenia ciekawych kultur. Tak, jak ona, lubi skupiać się na relacjach międzyludzkich i jak ona, potrafi interesująco pisać o wydarzeniach wydawałoby się z opisu mało interesujących. I tak jak ona, nie potrafi tworzyć wartkiej akcji.

A jeszcze krócej: czym jest “Vatran Auraio”? To tacy “Chłopi” w kosmosie. W scenerii jednak tak niezwykłej, tak odmiennej od wizji innych polskich oraz zagranicznych pisarzy, że trudno się oderwać od opisów co też chłopi teraz posadzą, kto z kim się prześpi i kto kogo nie lubi.

Continue reading “Światotwórca klasy DeLuxe, czyli Marek S. Huberath i “Vatran Auraio” (recenzja)”

Czym właściwie jest fantastyka? Gdzie przebiega granica między alegorią, prozą głównonurtową, a naszym ukochanym gatunkiem? Wikipedia daje definicję mądrą i tak ogólnikową, że można pod nią podciągnąć wszystko: “Polega ona na kreowaniu świata przedstawionego, który w całości, lub w części różni się od rzeczywistości”. PWN podobnie: “twórczość literacka, filmowa lub inna przedstawiająca świat i wydarzenia nierealne”. Niby na pierwszy rzut oka jasne, ale tylko na pierwszy rzut oka. Bo potem można wziąć pierwszy lepszy romans i powiedzieć: to fantastyka, panie. To nierealne, by arabski szejk z państwa, które na dodatek nie istnieje (“świat przedstawiony różni się w części od rzeczywistości”) zakochał się w pomywaczce z Pcimia.

Skąd ten przydługi wstęp? Bo dawno podjąłem decyzję, że na blogu będę przedstawiał tylko powieści fantastyczne właśnie. I teraz nie wiem, czy Czekając na barbarzyńców Johna Maxwella Coetzeego fantastyką jest, czy też nie?

Continue reading “John Maxwell Coatzee “Czekając na barbarzynców” (recenzja)”

Zanim przystąpiłem do lektury, wiedziałem już, że zbiór opowiadań Cztery drogi ku przebaczeniu będzie reprezentował nurt “zaangażowany” w twórczości Mistrzyni. Pamiętam, że gdzieś przeczytałem, że Le Guin krytykowali jacyś feministyczni krytycy czy też krytyczki, że za mało ma kobiecych bohaterek w roli sprawczej. Pamiętam też, że ponoć ten zbiór miał poruszać ważkie, społeczne problemy. Powodowało to, że dość niechętnie podchodziłem do Czterech stron, niemalże jak pies do jeża. Obawiałem się, że otrzymam Le Guin w trybie kaznodziei. I rzeczywiście, mamy tutaj przykład Le Guin zaangażowanej, ale mimo wszystko autorka nie przekracza granicy dzielącej literaturę od agitki.

W dużym skrócie: dostajemy cztery opowiadania o różnej jakości (w moim wydaniu cztery; podobno później autorka dopisała piąte), których wspólną osią są społeczności zamieszkujące dwie planety, Yeow i Werel. W społecznościach tych mamy Właścicieli i niewolników, oraz ściśle patriarchalne spojrzenie na świat. Bohaterki i bohaterzy pozwalają nam spojrzeć na te społeczności z różnych perspektyw i w różnych miejscach. Ogólnie zbiór nie jest wybitny, ale jest solidnym, dobrym średniakiem, którego plusem jak zwykle u Le Guin są kreacje bohaterów i światotworzenie, a minusem szczątkowa akcja. Wiadomo jednak, że nie czyta się Le Guin dla wartkiej akcji.

Continue reading “Cztery drogi ku przebaczeniu, czyli Ursula Le Guin zaangażowana (recenzja)”

Że lubię Ursulę Le Guin, to wszyscy odwiedzający ten blog wiedzą od dawna. Że mimo podziwu dla jej talentu nie wszystkie dzieła autorstwa Mistrzyni mi podchodzą, też wszyscy wiedzą. Pozostaje więc pytanie: czy zbiór opowiadań “Cztery strony świata” należy do kategorii “ło matko, jakie to dobre” czy też “ii tam”. Nie będę was dręczył. Iii tam.

Mam wrażenie, że Mistrzyni po prostu słabo odnajduje się w krótkich opowiadaniach. Nie daje rady rozwinąć w nich skrzydeł. To są w większości krótkie obrazki, wyjęte z czegoś więcej; niektóre z nich bronią się tylko i wyłącznie  przez to, że stanowią fragment cyklu (Prawo imion, Królowa Zimy) lub uzupełniają jakąś powieść (Dzień przed rewolucją); te, które można traktować jako samodzielne (Pole widzenia), pozostawiły mnie, z paroma wyjątkami, raczej obojętnym.

W efekcie długo zastanawiałem się, czy w ogóle zabrać się do recenzji tego zbioru opowiadań. Ciężko zdawać relację z nudnej podróży i tak samo ciężko pisać o mdłej lekturze. To znaczy: to nie są złe opowiadania, w żadnym razie. Po prostu, oceniam je miarą Mistrzyni, która zawiesiła sobie poprzeczkę niesamowicie wysoko i dlatego, i tylko dlatego, większość zbioru mnie rozczarowała.

Continue reading ““Wszystkie Strony Świata” Ursuli Le Guin (recenzja)”

Zwykle recenzję tworzę z punktu widzenia czytelnika. Fana, odbiorcy, a nie twórcy. Na Miejsce początku Ursuli Le Guin spojrzę jednak nieco inaczej, jako zazdrosny debiutant, jak amator zawistny o warsztat niedościgłej Mistrzyni.

O powieści tej wspominało mi wcześniej dwóch czy też trzech znajomych, jako o jednej z lepszych spod jej rąk. Znajomi uprzedzali, że dzieło to jest inne, że bliżej mu do literatury obyczajowej, niż fantastycznej. Nieprawda. Miejsce początku jest fantastyczne, tyle, że ta fantastyka jest nieco obok, a nacisk położony jest nieco gdzie indziej – na wyjątkowo mało fantastycznych bohaterów.

I napiszę od razu: zgadzam się z opiniami ceniącymi tę powieść wysoko. Dla mnie to jeden z lepszych utworów pani Le Guin, a chociaż ja trochę czułem po lekturze niedosyt, zdecydowanie będę polecał Miejsce jako pozycję obowiązkową dla fanów Mistrzyni.

RECENZJA ZAWIERA PSUJE!!!

Continue reading “Ursula Le Guin i Miejsce Początku (recenzja)”

Wielokrotnie powtarzam, że lubię prostą rozrywkę, prozę pozbawioną ambicji bycia Wielkim Dziełem, po prostu – książki, w których jeden facet leje drugiego po mordzie, a wszystkiemu kibicują ładne panienki. To nie znaczy, że lubię tylko taką prozę. Wielkie Dzieła też mogę przeczytać, czemu nie. Chciałem napisać tylko tyle, że nie wstydzę się przyznać do przyjemności czerpanej z lektury utworów mało skomplikowanych, byle dobrze napisanych.

I jestem teraz w kropce. Bo Ostatni zjazd przed Litwą teoretycznie pasuje do moich gustów, a jednak… A jednak stwierdzam, że dobry warsztat, szybka akcja to trochę za mało.

Dla tych, co nie lubią długich recenzji, szybka ocena: Ostatni zjazd przed Litwą to porządna, sprawnie napisana rozrywka bez głębszych myśli. To gry komputerowe i komiksy rozwinięte w opowiadania. Żadnych zaskoczeń, żadnych rozczarowań – solidny średniak.

Continue reading “X-Meni na cichym wzgórzu, czyli “Ostatni zjazd przed Litwą” Roberta J. Szmidta (recenzja)”

Wyobrażam sobie konsternację redaktorów polskiego wydania tej książki na widok angielskiego tytułu. Lathe of heaven, czyli Tokarka niebios. TOKARKA NIEBIOS. Co to może być? Socrealizm fantastyczny? Obróbka ze skrawaniem w życiu pośmiertnym? Jasne więc było, że ostatecznie dzieło Ursuli Le Guin musiało pójść na księgarskie półki pod innym mianem. “Jesteśmy snem” to, moim zdaniem, całkiem niezły wybór.

Co to w ogóle jest za książka? Czy dobra? Oj tak, dobra. Moim zdaniem spokojnie można ją zaliczyć do jednej z najlepszych osiągnięć mojej ulubionej pisarki. Rzecz pochodzi z roku 1971, pierwsze polskie wydanie dwadzieścia lat później. Kupiłem dopiero teraz, w antykwariacie, w ramach uzupełniania mojej znajomości twórczości Mistrzyni (oraz, przy okazji, zakupów mających na celu dokulturalnienie się prozą głównego nurtu). Słyszałem wcześniej pochwały tej powieści, ale wiedziałem o niej tyle, że chodzi o faceta, który śnieniem zmienia rzeczywistość.

Continue reading “Tokarka niebios, czyli Mistrzyni udaje Dicka (recenzja “Jesteśmy snem” Ursuli Le Guin)”

Okładka po lewej to nie pomyłka. Jak pisałem już kilka razy przy okazji innych recenzji, kupiłem zbiorcze wydanie pięciu książek pod tytułem “Wracać wciąż do domu”. W środku były “Dary“, “Głosy“, “Moce“, “Wracać wciąż do domu” i wreszcie – “Międzylądowania”, jako ostatnie. Stosunkowo krótki zbiorek krótkich opowiadań.

Mistrzyni w tym zbiorku opowiada w pierwszej osobie: ja to zrobiłam, ja to widziałam – chociaż często stosuje ten zabieg opowiadając fantastyczne historie, tutaj jednak efekt jest nieco inny przez to, że narratorka jest starszą (jak się domyślamy) kobietą z USA. Odruchowo więc utożsamiałem narratorkę z samą Ursulą, traktując to jako Opowieści Historynki z wymyślonych podróży.

Jeszcze strasznie mi się kojarzył ten zbiór z Opowieścią kosmopilota Patryka Jerzego Jesioniowskiego. Oczywiście, macie prawo się żachnąć – gdzie Krym, gdzie Rzym. Jednakże, gdybym miał bez namysłu wymienić podobny stylem i zamiarem zbiorek opowiadań, to bez wahania wymieniłbym właśnie tę młodzieżowo-dziecinną książkę.

Continue reading ““Międzylądowania” Ursuli Le Guin – opowieści kosmopilotki Urszuli (recenzja)”