Co jakiś czas dociera do mnie wiadomość, że ktoś – jakiś sławny reżyser, znana wytwórnia albo zapoznana producentka – podejmuje się stworzenia nowej wersji starego przeboju. Moją reakcją zwykle jest “kruca, no znowu” (zamiast kruca używam innego słowa na “k”, ale publicznie staram się być kulturalny). Wiem, że nie ja jeden tak mam – co jakiś czas widzę/słyszę osoby wyrażające podobne zdanie. W skrócie: po cholerę robić remake, zamiast coś nowego?

Tym razem oko Sauronauwaga wytwórni obróciła się na Willowa.

Continue reading “Dlaczego irytują mnie “rimejki”?”

Moja kosiarka lepiej sprowadza chmury od wszelkich szamanów. Serio. Skuteczność może nie jest idealnie stuprocentowa, ale ostatnio na trzy razy, kiedy tylko pomyślałem: “o, dzisiaj mam czas, trzeba zabrać się za trawnik” – dwa razy natychmiast zaczęło się chmurzyć.

A dlaczego piszę o pogodzie, trawie i kosiarce? Bo o niczym innym w tej chwili nie mogę. Brak wiadomości – poza takimi, którymi nie mogę się podzielić. A głupio zostawić blog całkowicie martwym, prawda? Mógłbym wprawdzie zrecenzować “Łaskawe” Littella (w skrócie: nie czytajcie) albo “Złotą pagodę” Yukio Mishimy (w skrócie: jak wyżej, ale bardziej, tyle że z innych powodów), ale przyjąłem zasadę, że biorę się tylko za fantastykę.

Pozostają więc neutralne rozważania o goleniu zieleninki. A wy przynajmniej dzięki temu wiecie, że nie umarłem i nie zapomniałem o blogu.

Chcecie wiedzieć, jak się czuje kandydat na pisarza po wydaniu drugiej powieści? Proszę bardzo: kandydat na pisarza czuje się, jak dziewiętnastowieczna panna idąca na debiutancki bal.

Teoretycznie debiutantem nie jestem. Byłem – rok temu, gdy na rynku pojawił się “Świat bez świtu”. Teraz więc, teoretycznie, nie powinienem przeżywać wydania tak mocno. Powinienem podchodzić do wszystkiego z większym spokojem ducha. A jednak – nie potrafię. Czekam z niecierpliwością na obiecanego audiobooka (wkrótce! Chciałbym wiedzieć, co ten wyraz oznacza..) i na wydanie papierowe. Obgryzam paznokcie wypatrując egzemplarzy autorskich. A przede wszystkim – czekam na opinie kogoś, kto nie był betą, recenzentką wydawnictwa czy redaktorką. A tu cisza…

Continue reading “Niecierpliwość debiutanta”

Od dłuższego czasu nagrywałem (z pomocą córki) jedno ze swoich starych opowiadań. Specjalnie do ego celu kupiłem nowy, lepszy jakościowo mikrofon. Pozostało jeszcze to wszystko zremasterować (czyli spróbować poprawić jakość), przesłuchać, poprawić i… za dzień, może dwa będę mógł to wrzucić tutaj na stronę, a może i gdzie indziej. Natomiast już dzisiaj mogę podzielić się wnioskiem natury ogólnej:

Lektorem audiobooków to ja  raczej nie zostanę.

Stylizowane zdjęcie autora, większą część twarzy zakrywa cieńBardzo, ale to bardzo chciałbym móc zlikwidować konto na facebooku. Nie podoba mi się, że o tym, co mogę publikować, a co nie, decyduje według uznaniowych reguł korporacja z siedzibą poza granicami Polski. Niestety, nie mogę. Ze znajomymi komunikowałbym się w inny sposób, chociaż z niektórymi (tymi z zachodu) pewnie bym utracił kontakt. Ale co zrobić ze stroną autorską? Autor przecież musi być aktywny w mediach społecznościowych, prawda?

Niemniej facebooka nie lubię.

Dlatego od dłuższego czasu ciekawią mnie rozproszone oraz zdecentralizowane media społecznościowe.

O co chodzi?

Wiecie, tylko nie wiecie, że wiecie.

Continue reading “Fediverse!”

Kolejny raz napiszę coś pod prąd powszechnie panujących opinii. Jest to tym dziwniejsze, że kiedyś zwykle to ja byłem tym narzekającym, co to wszystkim psuł szampańskie humory. Ale co zrobić – wiem, wszystkim ciężko, pandemia, inflacja, ogólnie nic tylko siąść i płakać. No i ludzie wzdychają, łypią smutno, a ja – wprost przeciwnie. Szczerzę się od ucha do ucha, bo po raz drugi z rzędu mogę powiedzieć: to był znakomity rok!

Continue reading “Podsumowanie roku 2021”

Wczoraj wieczorem przeglądałem niektóre swoje starsze wpisy: recenzje, opinie i tak dalej. Zdarza się, że wrzucam coś na bloga jakieś kawałki natychmiast po utworzeniu, bez choćby ich pobieżnej lektury – w sensie, że bez sprawdzenia, czy gdzieś nie połknąłem jakiegoś słowa, czy nie zrobiłem literówki lub czy nie stworzyłem przypadkiem zdań-potworków. Równie często jednak wpis przeglądam, poprawiam błędy, zostawiam na dzień, przeglądam drugi raz, publikuję… po publikacji przeglądam trzeci i czwarty raz, i – co dziwne – dopiero wtedy wyłapuję mnóstwo oczywistych błędów. I pomimo tego, gdy wczoraj zajrzałem do archiwalnych wpisów, co chwila łapałem się za głowę. Literówki, bezsensowne zdania w których zamiast “jeść’ bywa “jest”. Powtórzenia. Dużo, dużo powtórzeń. Brakujące przecinki. Brakujące literki. Brakujące całe słowa! Potem ktoś wpada na bloga, czyta i myśli sobie – eee, taki facet, co nawet porządnie jednego akapitu poskładać nie umie, pewnie powieści też tworzy kiepskie. Czyli co, skasować wszystko, wyrzucić, dawać tylko linki do recenzji zachwycających się moimi opowiadaniami oraz “Światem bez świtu”, nie kompromitować się opiniami, w których co rusz brakuje przecinka przed “w których” i gdzie nagminnie zamiast “że” jest “ze”?

Continue reading “Bez redakcji ani rusz, albo refleksje w prowadzeniu bloga”

Od samego początku roku dochodzą stąd i zowąd wiadomości o galopujących cenach papieru. Wtedy jeszcze słyszałem głosy, bym się tym nie przejmował, bo cena papieru to ułamek ceny końcowej książki i drastyczne podwyżki dla czytelnika mogą końcowo oznaczać, powiedzmy, portfel lżejszy o dziesięć czy dwadzieścia groszy. Tymczasem papier szedł w górę, drewno szło w górę i obecnie głosy zaniepokojenia są coraz liczniejsze. Poczytajcie na przykład ten artykuł:

branża papiernicza stoi przed dużymi wyzwaniami, powodującymi problemy związane z niedoborem papierów graficznych, z którymi mierzy się również nasze Wydawnictwo – mówi Orełko [wydawnictwo Bauer]

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/wydawcy-narzekaja-na-brak-papieru-i-wyzsze-ceny-w-branzy-wydawniczej

Continue reading “Źle się dzieje w branży papierniczej, albo czy przerzucamy się na ebooki?”

Skończyłem “Głodne słońce” Wojciecha Zembatego. Opinii nie opublikuję, po części dlatego, bo mi się nie chce, a po części, bo doszedłem do wniosku, że programowo przestanę recenzować polskich autorów (może z małymi wyjątkami). Natomiast mogę obecnie z całą pewnością stwierdzić, że Wojciech Zembaty jest członkiem Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu.

Tak dla przypomnienia, PSTzMCz to fenomen, w którym wpadasz na genialny pomysł, zapisujesz go, po czym odkrywasz, że ktoś już identyczny pomysł miał, powiedzmy, trzydzieści lat temu. Jedynym możliwym wyjaśnieniem jest oczywiście, że istnieje światowa konspiracja telepatów wyłuskujących genialne pomysły, po czym wysyłająca agentów w przeszłość, by te pomysły zdradzili innym członkom spisku. Po co? No jak to po co, bo nas nie lubią. Jak Andrzeja Bursę.

(Tak na wszelki wypadek wyjaśnienie: TO ŻART. Ja wiem, że wy wiecie, że to żart. Niemniej doświadczenie podpowiada mi, że zawsze trafiają się ludzie, którzy wszystko interpretują dosłownie. Nie uwierzylibyście, ile moich żartów ktoś interpretował dosłownie i próbował przy pomocy dosłownej interpretacji udowodnić, że jestem wariat, oszołom i co tam jeszcze do koloru.)

Continue reading “Wojciech Zembaty jest telepatą z maszyną czasu.”

Jak wiecie, przez pewien czas czytałem bardzo niewiele. Najpierw studia, potem praca, dzieci, setki artykułów do przestudiowania – czasu na rozrywki nie zostawało zbyt dużo. Ominęło mnie więc niemal wszystko, co pojawiło się po roku, mniej więcej, 2005. Nie znam Grzędowicza, Dukaja, dopiero niedawno przeczytałem “Vatran Auraio” Huberatha (wcześniej widziałem tylko jego opowiadania). Powiedziałem o tym na jednym blogu i tam polecono mi “Głodne słońce” Wojciecha Zembatego jako dobrą powieść, z którą warto się zapoznać w ramach nadganiania znajomości ze współczesną polską fantastyką. I, do diabła…

Mam wrażenie, że to kolejny przykład PSTzMCz (Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu). A dotarłem dopiero do setnej strony!

Continue reading “Czyżby kolejny atak Przyjaznego Spisku Telepatów?”