Dlaczego irytują mnie “rimejki”?

Co jakiś czas dociera do mnie wiadomość, że ktoś – jakiś sławny reżyser, znana wytwórnia albo zapoznana producentka – podejmuje się stworzenia nowej wersji starego przeboju. Moją reakcją zwykle jest “kruca, no znowu” (zamiast kruca używam innego słowa na “k”, ale publicznie staram się być kulturalny). Wiem, że nie ja jeden tak mam – co jakiś czas widzę/słyszę osoby wyrażające podobne zdanie. W skrócie: po cholerę robić remake, zamiast coś nowego?

Tym razem oko Sauronauwaga wytwórni obróciła się na Willowa.

Przyznam, zirytowałem się. Niedużo. Ot, na tyle, by wrzucić link na mastodona i podpisać, no wiecie, “po ch* remake, skoro można zrobić coś nowego”. Wyrzuciłem z siebie, odsapnąłem i tyle. Sprawa by się na tym zakończyła, a ja bym zapomniał i zajął się innymi sprawami.

Mój wpis jednak został skomentowany przez jednego z użytkowników, Obi Łan Kenobiego. Od razu powiem, że Obi Łan zarówno miał rację – jak i nie miał racji. Że sądzę, że nie miał racji całkowicie, chyba jest dla Was oczywiste, wszak gdyby było inaczej, nie pisałbym tego tekstu. Dalej jeszcze dodam, że gdyby chodziło tylko o to, by napisać mu “nie masz racji”, to skończyłbym na uprzejmej wymianie zdań na mastodonie. Tyle, że jego wypowiedź sprowokowała mnie do myślenia. Do – uwaga, będzie trudne słowo, lubię takie – autorefleksji.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą (a przynajmniej powinni wiedzieć), że ja lubię myśleć na głos. Dyskutować sam ze sobą, publicznie wykładać racje. Dzięki temu lepiej układam sobie w głowie, o co mi naprawdę chodzi, czasami dzięki temu dochodzę do wniosku – że nie miałem racji. A na dodatek czasami ktoś coś skomentuje i dołoży jakiś dodatkowy argument, o którym nie pomyślałem. Przygotujcie się więc na solidną dawkę rozmyślań o niczym :).

myślacy wiedźmin Geralt z podpisem "hmm"

Tutaj warto powiedzieć, że w sumie nawet nie wiem, co w nowym “Willowie” będzie nowego. Wszystko wskazuje na to, że elementów nowych może być sporo, że być może będzie można nawet film uznać nie za remake, a za kontynuację. W takim wypadku cała moja początkowa irytacja byłaby bezpodstawna – ot, pan Radomir założył coś sobie z góry i się wkurzył, zamiast sprawdzić. Nie ma to jednak znaczenia dla tematu, który chcę tutaj podjąć.

Doczepianie się do cudzej pracy.

Zarzuty Obi Łana są dość poważne i, jak już pisałem wyżej, trudno odmówić mu racji:

(A) Dlaczego mnie wkurza remake, skoro nikt mnie nie zmusza, by go oglądać? Skoro producenci wydają swoją kasę i skoro są ludzie, którzy chętnie to obejrzą, to dlaczego miałoby to być powodem dla mnie do irytacji?

(B) Dlaczego mnie wkurza remake filmu, skoro kower piosenki (czyli de facto “remake” piosenki) mnie nie wkurza? Słowami czcigodnego Obiego:

“Zbytnio nie rozumiem, dlaczego kower utworu muzycznego jest zwykle ok, a nawet podoba się (przecież to ten sam tekst, ta sama melodia) tylko wykonanie inne.
Ale kower utworu filmowego często budzi emocje (choć to podobny scenariusz, ta sama historia) tylko wykonanie inne.”

Do tego doszedł jeszcze mem, mający wyjaśnić prosto i jasno zdanie dyskutanta:

Pewnego razu mnich sadził daktyle. Zapytał go przechodzień: "mnichu, dlaczego sadzisz daktyle, skoro dojrzeją dopiero za 80 lat i nie będziesz ich jadł?" Mnich odpowiedział mądrze "Chuj cię obchodzi moja działka, to sadzę, co chcę"

Dzielenie włosa na czworo, albo spektrum wpierniczania.

Zacznę od najłatwiejszego, bo zawszeć to lepiej – najpierw omówić rzeczy oczywiste. Wyda się to wam pewnie nadmiernie drobiazgową analizą kilku zdań, ale nie uciekajcie jeszcze, mam swój cel. W skrócie – nie tyle chcę pokazać, że analogia, której użył Obi Łan Kenobi jest niewłaściwa – ile chcę zademonstrować, że “doczepianie się do cudzej pracy” lub “cudzego życia” bywa mniej i bardziej uzasadnione.

Jeżeli przechodzień z mema zagląda na działkę mnicha i mówi “po cholerę sadzisz daktyle”, a mnich odpowiada “moja działka, ch** cię obchodzi co na niej sadzę” – no tak, riposta w sumie zamyka całą dyskusję. Jeżeli przechodzień przejdzie, nic nie powie, ale potem w barze powie kumplom “widziałem mnicha, sadził daktyle. Ja nie wiem, po cholerę” – to owszem, kumpel może mu odpowiedzieć “ch** cię obchodzi, co mnich sobie sadzi na własnej działce” i niby wychodzi na to samo, ale… Wydaje mi się jednak, że o ile w pierwszym przypadku mieliśmy wyraźne “doczepianie się” do mnicha, to w drugim to doczepianie się jest już mniej naganne. Ostatecznie mnich z mema nawet nie usłyszy opinii przechodnia.

“Robienie komuś za plecami” oczywiście jest niezbyt przyjemne, ale osobiście sądzę (uwaga niepopularna opinia), że wyrażanie swoich opinii na temat cudzego zachowania wcale nie musi być naganne. “Pręgierz opinii publicznej” często jest pokazywany jako coś pozytywnego, a czym innym jest taki pręgierz, jak nie właśnie tysiącem wyrażonych prywatnie opinii?

To znaczy – takie wyrażanie opinii stanowi formę społecznego nacisku, który to nacisk bywa przydatny. Pozwala choćby skorygować własne zachowanie, jak w tym dowcipie: “jak ci jedna osoba powie, że jesteś pijany, możesz ją olać – ale jak to samo powie trzecia, lepiej wróć do domu i się prześpij”. Zamiast tworzyć dziesiątki drobiazgowych praw, mamy ludzi dzielących się opiniami, które to opinie inni mogą wziąć pod uwagę, albo zignorować. Do tego jeszcze za chwilę wrócimy. Bo zastanówmy się – a co, jeżeli mnich sadzi daktyle na sprzedaż?

Teoretycznie sytuacja się nie zmienia. Mnich sadzi daktyle i daje tabliczkę, że za pięć lat zetnie sadzonki, przemieli i sprzeda na paszę. W tym wypadku dalej nie ma powodu, dla którego przechodzień miałby wtykać nos w sprawy mnicha i tego, co mnich robi ze swoją działką i swoim czasem. Ale! Skoro mnich chce tym razem sprzedać efekty swojej pracy, to opinia przechodnia, a zwłaszcza wielu przechodniów – staje się dla niego wartościowa! Przechodzień w takim wypadku wyrażając opinię “po cholerę sadzisz daktyle, nikt nie kupi paszy z daktyli” pozwala mnichowi skorygować postępowanie i być może zaoszczędzić. Jeżeli takich opinii usłyszy więcej, może faktycznie dojdzie do wniosku, że marnuje czas, nie zarobi i lepiej zasadzić coś innego. Opinia przechodnia, nawet jeżeli nie chciana, może być więc użyteczna – mnich zamiast bulić kasę na badanie rynku, dostaje opinie za darmo!

Tym bardziej jest to prawdą, jeżeli przechodzień należy do grupy klientów, którym mnich będzie chciał sprzedawać przemielone sadzonki daktyli.

No i sądzę, że jest jednak różnica między wyrażaniem opinii na temat mnicha sadzącego daktyle dla przyjemności, a mnicha funkcjonującego jako firma, mająca dostarczać produkt na rynek.

Czarodziej z Willowa z podpisem "do rzeczy człowieku!"

Mnich sadzący rimejki

No dobrze, ale przecież nic z tego, co napisałem wyżej, nie przeczy temu, co napisał Obi Łan Kenobi, prawda? No… Trochę tak, trochę nie. Bo zobaczcie:

  1. Irytuje mnie nie prywatna osoba, tylko wielka korporacja
  2. Irytuje mnie działalność obliczona na sprzedaż, której jestem potencjalnym klientem – a nie prywatna działalność jakiegoś faceta
  3. Nie piszę listów z protestami do wytwórni, nie hejtuję reżysera, tylko w stosunkowo małym gronie wyrażam opinię

Niemniej jednak Obi Łan ma rację pytając, dlaczego mnie irytuje, co jakaś wytwórnia robi za swoje pieniądze – nikt mnie przecież do obejrzenia Willowa nie zmusza. Więcej – to co napisałem wyżej, o marudzeniu jako formy publicznej usługi (“whining as a public service”) jest nieco bałamutne, bo raczej wątpię, by Disney+ śledził, co po polsku napisał ktoś na mastodonie. A chociaż ZTCW istnieją korporacje takie, które śledzą media społecznościowe właśnie dokładnie po to, by wiedzieć, co się potencjalnym klientom spodoba, czy też nie, myślę, że nie warto drążyć tematu. Warto za to się zastanowić nad własnymi odczuciami.

I po tym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie irytują mnie nawet wszystkie rimejki. Irytują mnie rimejki filmów, które lubiłem oraz remake fantastyczne. Przeróbki znanych kryminałów, romansów albo obyczajówek w ogóle nie budzą u mnie emocji. Jest to jakaś wskazówka.

Jest to o tyle ciekawe, że mnie samego denerwuje, gdy ktoś się oburza na “Achaję”, albo biada nad sprzedażą “50 twarzy szaraka”. Sam wielokrotnie w dyskusjach wyrażałem opinię, że skoro są ludzie, którzy “Achaję” lubią, to kogo to obchodzi? Zawsze się naśmiewałem z ludzi zachowujących się jak cioteczka biadoląca “dzieci, źle się bawicie”, a teraz zachowuję się poniekąd podobnie, prawda?

Hm – nie, chyba nie do końca prawda – ja przecież nie zabraniam robienia rimejków. Nie robię krucjaty, by rimejków zabronić. Po prostu wyrażam irytację, że tak dużo ich powstaje.

Jeszcze tak na marginesie rozważań – analizując zaś swoje odczucia dotyczące kowerów, przyszła mi do głowy ciekawa rzecz – otóż, gdyby jakiś artysta w kółko wykorzystywałby ten sam motyw w każdej piosence, zmieniając na przykład tylko instrumenty, zamiast stworzyć coś nowego – chyba w którymś momencie zaczęłoby mnie to irytować. Chociaż przecież nie powinno.

Do rzeczy, człowieku, do rzeczy!

No dobrze, do tej pory nastukałem już całkiem sporo znaków, a wciąż mam wrażenie, że wszystko to psu na budę. Dalej nie wiem, dlaczego irytują mnie rimejki, a kowery piosenek nie. Czyli ta moja pisanina wygląda mniej więcej tak, jak Madmartigen poniżej…

Madmartigan z filmu Willow robiący młynka mieczem, by się pochwalić i wywalający się na ziemięWydaje mi się jednak, że wiem, z czego to wynika .Po pierwsze, twórcy często mówią o “społecznościach”, dla których tworzą. Oznacza to, że ja – JA, nie każdy człowiek! – jestem znacznie bardziej emocjonalnie związany z filmem, niż z piosenką. To jest, czuję się członkiem społeczności fanów fantastyki, a nie czuję się członkiem społeczności fanów disco polo (albo heavy metalu). Dalej, skoro twórcy często próbują stworzyć więzi z odbiorcami, automatycznie czuję, że mam większe prawo do komentowania ich wysiłków. Nie wszyscy twórcy, nie wszystkie korporacje – ale na tyle często widziałem takie zachowanie, że zapewne podświadomie utrwaliło się u mnie przekonanie, że między mną a twórcami istnieje więź znacznie bardziej osobista niż między mną a producentami mydełka FA. Czy to przekonanie jest słuszne, to jest rzecz jedna – ważniejsze jest to, że producenci często zwracają się do fanów, że w wywiadach mówią o fanach jako o społeczności i tak dalej. Tworzą kluby fanów, zachęcają do dyskusji. No – jeżeli ktoś chce dyskusji i opinii fanów, to nie można robić zarzutu z tego, że ktoś opinię wyraża, prawda?

Po drugie, wchodzi element trochę samolubny. Wyobraźmy sobie ciecia robiącego na nocnej zmianie na jakimś bezludziu. Jest tam tylko jeden jedyny automat z przekąskami, a w automacie same czekoladowe wafelki. Czekoladowe wafelki z nadzieniem truskawowym, czekoladowe wafelki z nadzieniem kremowym, czekoladowe wafelki z orzechami i tak dalej. Pewnego razu cieć idzie do pracy, ma ochotę coś przegryźć, a tutaj wielki billboard “nasza firma rozszerza ofertę – do automatu dodamy wafelki czekoladowe z kawałkami czekolady!”. No z jednej strony co ciecia obchodzi, co firma wstawia do automatu, to nie jego pieniądze, nie jego automat i nikt mu nie każe wafelków kupować. Ale z drugiej strony – czy to takie dziwne, że cieć wyżali się kolegom “nosz motyla noga, znowu wafelki,  nie mogliby dodać sandwicza?”.

To znaczy – ja jestem fantem fantastyki. Lubię oglądać seriale i filmy fantasy. Problem polega na tym, że nie ma ich tak wiele, a te, które są, często są nieznośnie podobne. Korporacyjny produkt, generyczna amerykańska papka. Tu się przestawi jeden element anturażu, tam się doda jakąś historię, niby inaczej, a jednak tak samo. Rzadko zdarzają się seriale i filmy inne. A ja filmy i seriale lubię oglądać. Czy romanse powtarzają w kółko te same schematy, czy w kółko powstają nowe wersje starych kryminałów – to mam w nosie, bo i tak bym ich nie obejrzał.

I teraz, niby prawda – co mnie obchodzi, że wielkie korpo wyda kasę na jakiś film. Dlaczego ma mnie denerwować, skoro tylu ludziom to może sprawić radość. Ba, nawet przecież nie wiadomo, czy będzie gorzej – The thing wyszedł lepiej niż  The thing from another world, prawda? Prawda! Na logikę biorąc, Obi Łan Kenobi ma absolutnie rację. Ale jednak czysto samolubnie wolałbym, by korporacje inwestowały swoje pieniądze w nowych twórców, nowe franczyzy, nowe projekty. Korpo nie mają nieskończenie wiele środków i jakoś je muszą rozdzielać. Wydali na remake, może zabraknie na coś nowego, może lepszego.

Ale zaraz, panie Radomirze, ale korpo musi zarabiać! Może właśnie remake się sprzeda tak dobrze, że dzięki temu znajdzie się kasa na nie jeden, ale dziesięć nowych projektów!

Prawda, prawda. Na logikę muszę przyznać rację. Ale ja, jak ten cieć z nocnej zmiany, wkurzam się patrząc, jak podobne są serwowane mi produkty i jak wiele z nich to rimejki, albo kontynuacje filmów sprzed dekady. Jestem częścią grupy, do której chcą trafić wytwórnie, a mam często wrażenie, że zamiast się wysilić trochę, te wytwórnie idą po najmniejszej linii oporu, a czasami wręcz wygląda to jak bezczelny skok na kasę. Moje odczucia są nielogiczne? Zapewne. Powinienem podchodzić do tego spokojniej? Zdecydowanie tak! No, ale nie mogę.

Po prostu chciałbym, by w automacie było coś więcej niż same wafelki.

Post scriptum: znajomy pisarz zwrócił mi uwagę, że tych remake’ów wcale nie ma tak dużo, gdyby brać pod uwagę wszystkie filmy robione co roku w USA (wyguglał 600 – SZEŚĆSET – filmów fantastycznych rocznie robionych w usiech). Bardzo słuszna uwaga! To tylko z mojej perspektywy pewnie to tak wygląda, że co jakiś czas słyszę a to o Tronie, a to o Willowie, a o setkach innych filmów nie. W takim wypadku byłbym nie tyle cieciem narzekającym, że w automacie z przekąskami są same wafelki, ale raczej cieciem, który nie wie, że w korytarzu na parterze za drzwiami stoi dziesięć innych automatów, a każdy inny. Pozostaje w takim razie inny powód irytacji na remake’i: przywiązanie do oryginałów.  Może chodzi o to, że oglądało się tego Willowa za dzieciaka i teraz próba wznowienia ukochanego filmu odczuwana jest jako zbrodnia z powodów pozarozumowych, bo to ZAMACH na wspomnienie z młodości? Hm. Do przemyślenia.

6 thoughts on “Dlaczego irytują mnie “rimejki”?

  1. No niestety, rimejki to miecz obosieczny i dojna krowa. Miecz, bo albo film spełni nasze oczekiwania, albo nie. Np. “Diuna”, choć remake, nie rozczarowuje. Przeciwnie, zachęca do sięgnięcia po książkę. Ale np. Netflixowy “Wiedźmin” odstrasza i zmusza do kwestionowania sensu przerabiania czegokolwiek.
    A jednak – dojna krowa, bo może chociaż te kilkadziesiąt tysięcy osób skusi się na seans w kinie albo suba i wyda kasę, żeby przynajmniej koszty się zwróciły. To prawdopodobnie jedyny powód, dla którego powstał drugi sezon wspomnianego Wiedźmina, czy najnowsza trylogia Gwiezdnych Wojen.

  2. 0. Wolność rządzi!
    1. Łatwiej krytykować innych, trudniej znieść krytykę pod własnym adresem.
    2. Młody człowiek z mema robi słusznie wyjaśniając sprawę u źródła.
    3. Możemy znać się na daktylach ale niekoniecznie na mnichach.
    Rimejki i opinie o nich? Mi to lotto. 🙂

    1. Oczywiście, że wolność rządzi! Celem tego wpisu nie jest przecież marudzenie, żę rimejki są złe, że zróbmy kampanię przeciw rimejkom itd – celem jest rozkminienie, dlaczego u licha na myśl o rimejkach czuję irytację, a na myśl o kowerach nie?!

      1. Odkrył Pan w sobie społeczne zwierzę, które jest zakładnikiem swojego dzieciństwa. Fajno!
        Wczoraj oglądałem film „ (Nie)znajomi“, polski rimejk włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie“. Bardziej przeszkadzały mi „wypipane“ wulgaryzmy niż że to rimejk.

        1. Włoski oryginał widziałem i był bardzo fajny – nie wiem, czy mam ochotę na polską wersję. Warto?

          1. Odradzam. Za duża alergia na rimejki. Zastanawiałem się dlaczego przeszkadzały mi wulgaryzmy w polskiej wersji. Wnioski są dwa. Pozostała we mnie niechęć do filmów z Bogusiem Lindą i miałem inne wyobrażenie polskiej klasy średniej, niższej średniej. 🙂
            Na vod.tvp jest możliwość wypożyczenia oryginału za 10 zł. Obejrzałem przed chwilą. Oryginał jest lepszy.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.