Bez redakcji ani rusz, albo refleksje w prowadzeniu bloga

Wczoraj wieczorem przeglądałem niektóre swoje starsze wpisy: recenzje, opinie i tak dalej. Zdarza się, że wrzucam coś na bloga jakieś kawałki natychmiast po utworzeniu, bez choćby ich pobieżnej lektury – w sensie, że bez sprawdzenia, czy gdzieś nie połknąłem jakiegoś słowa, czy nie zrobiłem literówki lub czy nie stworzyłem przypadkiem zdań-potworków. Równie często jednak wpis przeglądam, poprawiam błędy, zostawiam na dzień, przeglądam drugi raz, publikuję… po publikacji przeglądam trzeci i czwarty raz, i – co dziwne – dopiero wtedy wyłapuję mnóstwo oczywistych błędów. I pomimo tego, gdy wczoraj zajrzałem do archiwalnych wpisów, co chwila łapałem się za głowę. Literówki, bezsensowne zdania w których zamiast “jeść’ bywa “jest”. Powtórzenia. Dużo, dużo powtórzeń. Brakujące przecinki. Brakujące literki. Brakujące całe słowa! Potem ktoś wpada na bloga, czyta i myśli sobie – eee, taki facet, co nawet porządnie jednego akapitu poskładać nie umie, pewnie powieści też tworzy kiepskie. Czyli co, skasować wszystko, wyrzucić, dawać tylko linki do recenzji zachwycających się moimi opowiadaniami oraz “Światem bez świtu”, nie kompromitować się opiniami, w których co rusz brakuje przecinka przed “w których” i gdzie nagminnie zamiast “że” jest “ze”?

Mimo wszystko nie.

Jest to jednak kolejne przypomnienie po co w procesie redakcyjnym potrzebne są najpierw tzw “bety”, a potem redakcja i korekta. I kolejny przykład ilustrujący słuszność znanej rady, by zawsze każdy stworzony tekst odkładać na dłuższy czas i wracać do niego dopiero wtedy, gdy się o nim zapomni, gdy się od niego odklei – gdy człowiek przestanie się zachwycać swoim dziełkiem i rozczulać nad cudownymi zdaniami-zdańkami, które naklecił. Nie wiem, może są tacy ludzie, którzy faktycznie napiszą raz i potem nic nie trzeba poprawiać. Adam Przechrzta twierdzi, że on dziennie pisze tylko trzy tysiące znaków, ale za to w ten sposób, by potem nie musieć do nich wracać. Zazdroszczę. Ja tak nie umiem. Ja mam zawsze najpierw wersję pierwszą, taką surówkę, której nikomu nie pokazuję, bo bym sobie tylko nią wstydu narobił. Tą surówkę szlifuję raz, potem odkładam, potem szlifuję drugi raz, trzeci, wysyłam betom, uwzględniam (albo i nie) ich uwagi, szlifuję… A potem i tak redakcja oraz korekta mają masę roboty.

A gdy redakcji i korekty nie ma, i gdy w tekst wkładam mniej pracy – tak jak tu, na blogu – no, to efekt jest, jaki jest. “Trzeba chyba nie jest pół roku”.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.