Wojciech Zembaty jest telepatą z maszyną czasu.

Skończyłem “Głodne słońce” Wojciecha Zembatego. Opinii nie opublikuję, po części dlatego, bo mi się nie chce, a po części, bo doszedłem do wniosku, że programowo przestanę recenzować polskich autorów (może z małymi wyjątkami). Natomiast mogę obecnie z całą pewnością stwierdzić, że Wojciech Zembaty jest członkiem Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu.

Tak dla przypomnienia, PSTzMCz to fenomen, w którym wpadasz na genialny pomysł, zapisujesz go, po czym odkrywasz, że ktoś już identyczny pomysł miał, powiedzmy, trzydzieści lat temu. Jedynym możliwym wyjaśnieniem jest oczywiście, że istnieje światowa konspiracja telepatów wyłuskujących genialne pomysły, po czym wysyłająca agentów w przeszłość, by te pomysły zdradzili innym członkom spisku. Po co? No jak to po co, bo nas nie lubią. Jak Andrzeja Bursę.

(Tak na wszelki wypadek wyjaśnienie: TO ŻART. Ja wiem, że wy wiecie, że to żart. Niemniej doświadczenie podpowiada mi, że zawsze trafiają się ludzie, którzy wszystko interpretują dosłownie. Nie uwierzylibyście, ile moich żartów ktoś interpretował dosłownie i próbował przy pomocy dosłownej interpretacji udowodnić, że jestem wariat, oszołom i co tam jeszcze do koloru.)

W tym wypadku mamy skok w czasie niewielki: powieść wydano w 2016 roku. Ja zacząłem swoją planować mniej więcej w 2015, zacząłem pisać pod koniec 2016, pierwszą wersję skończyłem w 2017. Drugą powieść, do której znajduję podobieństwa, skończyłem w tym roku, a trzecią – właśnie piszę.

Tak całkiem serio, to po prostu lekcja pokory, jak wiele schematów, toposów, stereotypów wykorzystuję ja i inni. U Zembatego są gdzieś tam tajemniczy, mroczni zjadacze. Akcja nie jest o nich, ale wszystko wskazuje, że są zagrożeniem dla ludzkości. U mnie są “mroczni ludzie”, którzy też się pałętają poza główną akcją i też wszystko wskazuje, że w przyszłości będą zagrożeniem dla ludzkości. U Zembatego jest imperium, którego symbolem jest słońce. U mnie w jednej powieści słońce (czerwone) jest symbolem Kilumary, a w drugiej słońce (złote na błękitnym tle) widnieje na tytułowych imperialnych sztandarach. Jest substancja, której dodanie do prochu zwiększa jego moc. Substancja, której zażywanie może wywoływać narkotyczne wizja, a której pochodzenie… hm, tego może nie będę spojlować. I tak dalej, i tak dalej.

Ciekawi mnie co innego: jest mnóstwo u Zembatego stereotypów wprost z Howarda: białoskóry barbarzyńca i miejscami klimat jak wyjęty wprost z “Zemsty spod ziemi”. Twardziele, twardzielki, stare imperium, dążenie do równowagi. Czy Zembaty też, tak jak ja teraz, przejmował się, odkrywając, że jakieś cienie jego pomysłów można odkryć u kogoś innego? Moi znajomi pisarze mnie wyśmiewają, mówiąc, że takie podobieństwa są nieuniknione i co więcej, że je wyolbrzymiam. Drużyna rusza zapobiec niebezpieczeństwu grożącemu całemu światu – jeżeli masz powieść, w której takiej motyw występuje, czy możesz serio uważać, że to “identycznie jak u Tolkiena” czy w dziesiątkach innych powieści fantasy? No nie.

Z drugiej strony…

U mnie Blonnid mówi tak: “mam pewną teorię: wszyscy bohaterowie to kretyni”

A u Zembatego narrator pisze tak: “wszyscy bohaterowie to debile”

No i co, nie jest telepatą?

Jest.

Z maszyną czasu.

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.