Jak już pisałem, już niedługo ukaże się moja druga powieść, “Pożar na pustkowiu: Droga do Kilumary”. W związku z tym naszło mnie dzisiaj na wspomnienia – postanowiłem sprawdzić, kiedy zacząłem nad tą powieścią pracować. Najłatwiej by było sprawdzić kopie zapasowe, ale słabo je ponazywałem, na dodatek pozmieniały się znaczniki czasowe przy kopiowaniu między dyskami, więc nie mogę na nich polegać. Znalazłem za to wpis na weryfikatorium, w którym piszę, że mam już świat, ale nie mam jeszcze bohaterów. To był październik 2016 roku. Powieść zacząłem pisać niedługo potem, w grudniu 2016. Przepisywałem, szlifowałem, poprawiałem, słuchałem uwag betaczytelników i w końcu pracę nad “Pożarem” skończyłem we wrześniu 2018 roku.

Trzy lata temu!

A jak wyglądał mój pierwszy wpis?

O tak:

Kiedyś sądziłem, że wystarczy mieć pomysł. Dodać do tego ciekawy świat, wrzucić postacie i historie zaczną snuć się same, a wówczas autorowi wystarczy usiąść wygodnie, wysłuchać opowieści, chwycić za klawiaturę by je spisać. Jakiś czas to działało. Teraz jednak widzę, jak bardzo się myliłem. Świat i historia bez właściwego bohatera są niczym.

Mam cały świat. Wiem, jacy zamieszkują go ludzie, skąd się tam wzięli. Znam jego historię. Słyszę przepełniające go dźwięki. Wystarczy, bym zamknął oczy, i już widzę okręty wynurzające się z toksycznych mgieł, rażące świetlnymi lancami mury Kur-Kuradun. Widzę determinację na twarzach obrońców, widzę lęk mieszkańców. Patrzę na admirała stojącego na pokładzie “Furajingu Beeru”, cynicznego, genialnego gracza. Jego imię wybrzmiewa w setce miast, ale ja go nie słyszę. Myślałem, że to on będzie bohaterem, ale okazał się równie nudny, jak bezwględny.

Przechadzam się ulicami Norgartan, mijany przez dzieci goniące za błyskotami, nasłuchując odgłosów zbliżającej się burzy. Na tarasie nade mną stoi para, dotykająca się dłońmi, otoczona zwiewną chmurą świetlistych ciem. Kamienie duszy migoczą na ich piersiach, łzy błyszczą na policzkach dziewczyny, a ja – stojąc tutaj – wiem, że ona chce, by on został, i płacze wiedząc, że on wie, ale nawet gdyby wypowiedziałaby słowa, on przytuliłby ją tylko i milczał. Wiem, dlaczego ona płacze, wiem, dlaczego on musi iść, ale nie potrafię napisać ich historii. To nie oni są bohaterami, których szukam.

Pod murami, wśród śmieci i porzuconych gratów krąży wychudzona dziewczynka. Na szyi wiszą jej kamienie duszy – zbyt duże na takie dziecko, zbyt wiele nawet na dorosłego. Czy to jej śmierć będzie mścił po latach mój bohater? Czy to ona wyrwie się z biedy, by szukać pieniędzy tam, gdzie inni wynajdywać by chcieli sławę? Nie wiem.

Idę pokładami zalanymi krwią, mijając poparzonych żołnierzy, widząc strzelców gorączkowo regulujących sprężyny iskrowców. Wiatr rozwiewa sztandary, niebiesko-fioletowe wyładowania tańczą po pokładach, a przy sterze stoi on, niesiony nienawiścią. Miał być moim bohaterem, ale jest tylko cieniem, pustą skorupą wypaloną przez przepełniający go gniew.

Na innym statku, szybującym wśród szczytów, otulonym przez chmury, przy bulaju klęczy dziewczyna. Odpięła zasłonę z twarzy, zsunęła czarne gogle chroniące przed rażącym światłem, i mruży fioletowe oczy, wpatrując się w dal. Na kolanie opiera iskrownik, w torbie grzechoczą zapasowe kamienie, kosmyki jasnych włosów drżą na jej bladych policzkach. Kochająca, choć nie kochana, skrywająca uczucia pod maską twardego towarzysza broni – i zaraz pamięć przypomina, że takich bohaterów i bohaterek było już wielu, że ona niczym się nie wyróżnia, że jest chodzącym schematem, cieniem, nudną sylwetką wyciętą z kolorowego papieru.

Teraz już wiem – świat i pomysł na historię są drugorzędne. To bohater jest najważniejszy. Bez niego nie ma opowieści. I nie wystarczy wymyślić mu imię, wygląd, historię i charakter – on musi żyć, musi być interesujący przede wszystkim dla autora. Autor może nienawidzić swojego bohatera, może go kochać, może nim gardzić – ale bohater nie może swojego autora nudzić.