Światotwórca klasy DeLuxe, czyli Marek S. Huberath i “Vatran Auraio” (recenzja)

Do napisania tej recenzji zabierałem się długo i to wcale nie z wrodzonego lenistwa (to znaczy, nie tylko z wrodzonego lenistwa). Musiałem najpierw ksiażkę Huberatha odłożyć, przespać się z myślami o niej, przemyśleć, dojrzeć do niej. Właściwie wciąż nie jestem pewien, czy jestem gotowy, by o niej cokolwiek opowiedzieć, cokolwiek dodać do tego, co znajdziecie na sieci, na tuzinie innych blogów. Może więc zacznę od samych wrażeń: Huberath, jak Le Guin, jest światotwórcą pierwszej klasy, mistrzem kreacji fantastycznych miejsc. Ma nieco mniejszy, ale tylko ciut-ciut mniejszy dryg do tworzenia ciekawych kultur. Tak, jak ona, lubi skupiać się na relacjach międzyludzkich i jak ona, potrafi interesująco pisać o wydarzeniach wydawałoby się z opisu mało interesujących. I tak jak ona, nie potrafi tworzyć wartkiej akcji.

A jeszcze krócej: czym jest “Vatran Auraio”? To tacy “Chłopi” w kosmosie. W scenerii jednak tak niezwykłej, tak odmiennej od wizji innych polskich oraz zagranicznych pisarzy, że trudno się oderwać od opisów co też chłopi teraz posadzą, kto z kim się prześpi i kto kogo nie lubi.

Oczywiście historia jest o wiele bardziej interesująca dzięki temu, że – na przykład- zajście w ciążę to śmierć (dla matki i dziecka), a nikt w kolonii nie dożywa starości (bo albo zabija ich obcy świat, albo sami dobrowolnie idą do vyleta).

Niemniej jednak akcja toczy się raczej powoli, a język wymaga od nas mimo wszystko pewnej uwagi. Mieszkańcy posługują się jakimś słowiańskim dialektem, zbliżonym do naszego, ale nie identycznym. Niemal zawsze od razu można zrozumieć, o co chodzi, ale czasami trzeba się na chwileczkę zatrzymać i zastanawiać. Huberath chciał w ten sposób zapewne zaznaczyć, że zmienił się nie tylko sposób życia kolonistów, ale także ich mowa. Zauważa to zresztą tytułowy Ognisty Orzeł, gdy jedna z osób używa innej formy gramatycznej niż ta, do której Vatran Auraio jest przyzwyczajony.

Niesie jednak powieść także parę rozczarowań – na przykład, wielkooki porok. Pojawia się, budowane jest napięcie, człowiek się zastanawia, jaką rolę ów porok odegra, a tu patrz: poszedł sobie, znikł. Podobnie jest z innym wydarzeniem, które zdawałoby się powinno wstrząsnąć całą społecznością, a tymczasem… nic. I tak kilka razy – Huberath buduje w nas oczekiwania, nastawiamy się na jakiś zwrot akcji, a tymczasem wszystko kończy się zwyczajnie, bez fajerwerków, rozczarowująco. Z innych recenzji pewnie czytaliście już o Alicy i pewnie się zastanawiacie, jak autor rozwiązał jej problemy. Nijak. Dochodzimy do końca i myślimy – co jest, czy to początek cyklu? Będzie drugi tom, czy jak?

Głupio mi trochę tutaj krytykować, bo mi samemu zarzucano, że kończę powieści zawsze zostawiają otwartą furtkę na kontynuację – nawet wtedy, gdy według mnie opowieść jest zamknięta, kompletna i powiedziałem w niej wszystko, co chciałem. Niemniej jednak mocno podejrzewam, że Huberath jednak chciał zostawić kilka nie rozwiązanych wątków świadomie.

No dobrze, do tej pory wymieniałem same wady, dlaczego więc mimo wszystko uważam rzecz za naprawdę udaną? Z uwagi na świat. Cały świat, spajający tytułową powieść z dwoma doklejonymi do niej długaśnymi opowiadaniami. To cyvuty Huberatha zainspirowały mnie przy pisaniu “Międzyświata” (tytuł roboczy, na pewno się zmieni), z tym – że moi piloci nie mają wyżartych dziur w ciele. Mamy tutaj studium upadającej kolonii,  której giną kolejne fragmenty wiedzy, a nawet te zachowane są rozumiane błędnie. Mamy ciekawe psychologiczne portrety. Mamy rozważania o tym, co szkodzi mikro-społeczności, a co może jej pomóc. Mamy sysunów, którzy bez wahania przyjmują chrześcijaństwo, uznając zarazem ludzi za diabłów (bo ukrzyżowali Zbawiciela). To są elementy, które dla mnie stanowią o jakości dzieł Huberatha – ale jeżeli ktoś tego w nich nie szuka, może poczuć się rozczarowany resztą. Bo chociaż wizja zachowała świeżość i wciąż budzi uznanie nowatorstwem, to reszta miejscami przypomina trochę starą fantastykę z poprzedniego wieku. Pewnie oczekujecie, że zaraz potępię Huberatha za pisanie z męskiego punktu widzenia i za to, że postacie kobiece są poboczne – a guzik, miał prawo tak pisać, nijak to nie ujmuje powieści. Ale… jednak miejscami miałem ochotę na szybszą akcję, lepiej rozpisane sceny, czasami drażniły mnie przeskoki.

Niemniej mi się Płomienisty orzeł podobał.

AKTUALIZACJA: Poleciłem do czytania mojej żonie. Utknęła i nie skończyła. Ergo – pomyślcie najpierw, czy lubicie powieści, których główną siłą jest światotworzenie.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.