John Maxwell Coatzee “Czekając na barbarzynców” (recenzja)

Czym właściwie jest fantastyka? Gdzie przebiega granica między alegorią, prozą głównonurtową, a naszym ukochanym gatunkiem? Wikipedia daje definicję mądrą i tak ogólnikową, że można pod nią podciągnąć wszystko: “Polega ona na kreowaniu świata przedstawionego, który w całości, lub w części różni się od rzeczywistości”. PWN podobnie: “twórczość literacka, filmowa lub inna przedstawiająca świat i wydarzenia nierealne”. Niby na pierwszy rzut oka jasne, ale tylko na pierwszy rzut oka. Bo potem można wziąć pierwszy lepszy romans i powiedzieć: to fantastyka, panie. To nierealne, by arabski szejk z państwa, które na dodatek nie istnieje (“świat przedstawiony różni się w części od rzeczywistości”) zakochał się w pomywaczce z Pcimia.

Skąd ten przydługi wstęp? Bo dawno podjąłem decyzję, że na blogu będę przedstawiał tylko powieści fantastyczne właśnie. I teraz nie wiem, czy Czekając na barbarzyńców Johna Maxwella Coetzeego fantastyką jest, czy też nie?

Długo też przymierzałem się do napisania recenzji. Kupiłem powieść dlatego, bo chciałem zapoznać się z przykładem twórczości autorów afrykańskich, a Coatzee wyskoczył mi w jakichś tam sugestiach allegro. Chciałem wyjść z amerykańsko-europejskiej bańki. Mając na myśli “pisarz afrykański” wyobrażałem sobie jednak kogoś innego, niż przystojnego białasa z RPA, którego zobaczyłem na zdjęciu na okładce. Siła stereotypu. Na dodatek ujrzałem słowa-klucze zniechęcające człowieka tak prostego jak ja do lektury: alegoria, poetycka opowieść, laureat literackiego nobla. Czyli, jednym słowem, kolejna męcząca oczy lektura o niczym, przy której dostają orgazmu krytycy i bandy snobów, a prosty człowiek rzuca wszystko i ucieka w Bieszczady.

Zacząłem więc uprzedzony, nastawiony na męczarnie, a tymczasem wsiąkłem już po paru stronach. I nawet nie wiem, dlaczego. Takie małe misie o małych rozumkach jak ja lubią wartką akcję, krew, latające w powietrzu kończyny, a tu – akcji nie ma. Małe misie lubią nieco humoru, dynamiczny styl i jeszcze, żeby nie było za dużo monologów wewnętrznych i wewnętrznie rozdartych bohaterów, co chwilę zastanawiających się nad etyką i moralnością – a tu cała ta powieść to jeden wielki monolog wewnętrzny, jeden wielki traktat o moralności. A ja pożerałem tekst, strona za stroną, coraz bardziej zachwycony.

Ale od razu powiem – nie, to nie jest powieść dla każdego. Nie wiem, czy mogę Wam polecać. Mi rzecz podeszła, ale… spójrzcie na oceny na LC. Słabsze niż mojego Świata bez świtu (przynajmniej w chwili pisania tej recenzji).

Traktat o moralności. To brzmi groźnie i nudnie, prawda? Może więc użyłem złego określenia, bo powieść nudna nie jest. Bohater to urzędnik nieokreślonego Imperium, sędzia rządzący zapyziałą mieściną na skraju pustyni. Gdzieś tam, za morzem wypalonych słońcem Traw, za wysuszonymi słońcem słonymi jeziorami krążą bandy koczowników. Plotka głosi, że koczownicy mogą chcieć zagrozić Imperium, do miasteczka przybywa więc śledczy, pułkownik Joll, taki archetypowy łajdak rodem z NKWD, SB, dzielący w piekle celę z O’Brienem z Policji Myśli. Śledczy musi znaleźć prawdę, więc prawdę znajduje, bo w końcu – czym jest prawda? Tym, co się wydrze z torturowanych, przypadkowo złapanych ludzi.

I tutaj zaczyna się właściwa powieść. Nasz bohater, sędzia – a więc człowiek służący sprawiedliwości – nie może się pogodzić z tym, co zobaczył. On nie chce być bohaterem. Ba, on bohaterem nie jest. Sam siebie przeklina za to, że zamiast we właściwym momencie odwrócić wzrok, że zamiast usiąść nad talerzem zupy, spojrzał i zobaczył… coś, czego widzieć nie chciał. Nasz sędzia może teraz udawać, że nic się nie zmieniło, a wtedy zachowa urząd, poważanie ludzi, wszystko – wszystko prócz szacunku do samego siebie. Buntuje się więc, niechętnie, mało widowiskowo, kroczek po kroczku, idąc drogą prowadzącą “do ciemnego kresu po złote runo nicości”, do królestwa zimnych czaszek. Oskarża sam siebie, że sam także był trybikiem systemu, że sam się okłamywał pustymi sloganami o prawie i sprawiedliwości. Staje przed dylematem: czy można być przyzwoitym człowiekiem służącym rządowi, który posługuje się ludźmi takimi jak pułkownik Joll? Bardzo conradowski bohater.

Ale to nie wszystko, co w tej powieści jest ważne. Jest także stary człowiek, szukający miłości, a może tylko wybaczenia. Jest bezsensowna kampania i scena z karetą, przywodząca na myśl Napoleona wracającego z Rosji. Są sceny, w których bohater, przerażony i upokorzony, wciąż zadaje swoim oprawcom pytania, pytania bardzo proste, na które oni nie potrafią odpowiedzieć inaczej niż wybuchami wściekłości. I są barbarzyńcy, gdzieś daleko, cienie na wzgórzach, nie dbający o historię. Natura kontra cywilizacja. Cywilizacja szukająca zwycięstwa w walce z naturą, w tej walce niszcząca najpierw naturę, a potem samą siebie.

I jeszcze jest tytuł. Czekając na barbarzyńców. Po co czekając? Dlaczego Coetzee wybrał właśnie taki tytuł? Oczekiwanie kojarzy się nam z biernością, także trochę z nieuchronnością. Chociaż można też czekać na rzeczy przykre, osobiście mam z tym słowem skojarzenia także pozytywne: czekamy na powrót partnera z pracy, na dobrą wiadomość z wydawnictwa. A może barbarzyńcami są w tej powieści wszyscy, wszyscy oprócz tych nieuchwytnych koczowników na wzgórzach? Sięgam po wiersz, z którego Coetzee zapożyczył tytuł, docieram do ostatniej linijki, zatrzymuję się na niej na dłużej. Tak, to daje dodatkową możliwość interpretacji. Nasz bohater ma dosyć. Nasz bohater tęskni, chociaż pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy. I dlatego ta powieść jest fantastyką – bo zakończenie, chociaż tak ponure, chociaż tak niby realistyczne, tak naprawdę jest happy endem, a przynajmniej – daje na happy end nadzieję. Na kogo mielibyśmy czekać my?

Dlatego że noc zapadła, a barbarzyńcy nie przyszli.
Jacyś nasi, co właśnie od granicy przybyli,
mówią, że już nie ma żadnych barbarzyńców.

Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.