Fantastyk dawnych czar – numer 7 (82) 1989

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Na okładce skrzyżowanie strusia z wężem oraz zaproszenie do Galerii Petera Jonesa, w której królują obcy, obce formy życia. Wszystkie prezentowane prace wyglądają tak, jakby rysownik wziął na warsztat zwykłe zwierzę, goryla, kaczkę – albo znajomego, który akurat zgodził się pozować – a potem coś zmienił, coś odjął, dodał, zmiksował z innym zdjęciem. Rezultaty są moim zdaniem często mało obce, bardziej wyglądające na karykaturę rzeczywistości. Tak, jak z tym kaczko-wężo-strusiem z okładki (tutaj link do obrazu w większej rozdzielczości, pod drugim linkiem to samo jako okładka powieści Larry’ego Nivena). Trochę marudzę, wiem. To nie są złe ilustracje. Po prostu – nie umywają się do takiego, na przykład, Gigera.

Recenzowany egzemplarz pochodzi z moich dawnych zbiorów i jest stosunkowo mało zniszczony, biorąc po uwagę stan wcześniejszych numerów. Chyba w roku 1989 zaczynałem więcej dbać o swoje Fantastyki, chyba zaczynałem traktować je nie tylko czysto użytkowo, ale także kolekcjonersko. Nie wyciąłem nawet tylnej okładki. Wyrwałem tylko wkładkę powieściową, no, ale ile można wymagać od trzynastolatka…

We wstępniaku Hollanek zaczyna od zdziwienia, że chociaż coraz mniej ludzi czyta i chociaż na pisaniu zarobić nie idzie, to wciąż rzesze ludzi szturmują literackie pisma i wciąż setki młodych-zdolnych chce wstąpić na pierwszy szczebel pisarskiej kariery (hmm 😉 Z drugiej strony, ja już taki znowu młody nie jestem). Od tego gładko przechodzi do krytyki twórczości, a dokładniej, “Twórczości”, jakiegoś magazynu, którego nie znam. Potem mówi, parafrazując, że wszystko już było. I że przed Lemem był Zajdel, a polscy pisarze się inspirują Żuławskim (choćby nawet go nie czytali).

Tak sobie myślę, że pani Alicja Szubert-Olszewska wysłała Fantastyce komplet ilustracji ogólnego przeznaczenia, takich baśniowych, bajkowych. Siedzi sobie nad nimi redaktor graficzny, a tu wpada szef i woła: “potrzebujemy czegoś do opowiadania fantasy. Mamy coś?” No i mieli. A że żadnego zamku w opowiadaniu nie ma? Kogo to obchodzi? Fantasy to fantasy.

Dział zagraniczny otwiera John Morressy z humorystycznym opowiadaniem o Kedrigernie, Moggropple po tamtej stronie lustra. Tego opowiadania nie musiałem czytać, bo znakomicie je pamiętam, nie tylko z Fantastyki. Swego czasu Morressy’ego sporo kupowałem, po części dla siebie, a po części dlatego, bo bawił także moją żonę i córkę. Nawet niedawno, w ramach uzupełniania kolekcji, coś tam o Kedrigernie nabyłem, może nawet wkrótce przeczytam i zrecenzuję.

(Tutaj wypowiedź w nawiasie: po napisaniu tego akapitu wstałem, podszedłem do półki, sięgnąłem po ten nowo kupiony… Co jest, do diabła? Nie ma? Nie ma?! Jak to nie ma? No znikł! Jeszcze niedawno dotykałem, licząc, ile książek do przeczytania mam w domu, a teraz nie ma? Córka się nie przyznaje. Najwidoczniej coś Kedrigerna zeżarło… A potem wróciłem i trzepnąłem się w głowę. Kupiłem inny, niż myślałem, że kupiłem. Starość, panie i panowie. Tak właśnie wyglądają początki demencji starczej.)

A co, nie mówiłem? Kogo obchodzi, że u Moressy’ego tutaj akurat żadnego wampira nie ma? Fantasy to fantasy. Ilustracja Alicja Szubert-Olszewska.

Moggropple niespecjalnie się wyróżnia ani na plus, ani na minus spośród innych opowiadań o Kedrigernie. Mamy więc samego irlandzkiego czarownika nie cierpiącego podróży, mamy jego ukochaną Księżniczkę, która do podróży go zmusza; mamy stały gag o tym, jak to szybko ludzie się starzeją, tutaj w postaci Apontheya, którego czarownik opisuje jako przemiłego młodzieńca, a który okazuje się sklerotycznym staruszkiem. Porządna rozrywka, porządna humorystyczna fantasy, chociaż nie oszukujmy się – Pratchett to nie jest. Niemniej Morressy reprezentuje tutaj dobry poziom, znacznie wyższy niż w dziełach późniejszych, gdy po prostu usilnie starał się jakoś wypełnić strony “śmiesznymi” gagami, byle tylko dobić do upragnionej liczby arkuszy wydawniczych. Chociaż w sumie, porównując do innych cykli, sześć wydanych po polsku książek o Kedrigernie nie robi wrażenia.

Zwykle nie lubię takiego stylu, tych powykręcanych, niemal karykaturalnych sylwetek, brzydkich twarzy, brzydkiego tła. Ale tutaj właśnie taki styl do Obiadu w Chez Etienne pasuje. Ilustracja Beata Nyczaj.

Później jest Nancy Etchemendy z Obiad w »Chez Etienne«. Od samego początku widzimy w tym opowiadaniu, że coś jest nie tak. Bohaterka wybiera się na elegancką kolację, otrzepując eleganckie ubrania z białego pyłu, w salonie pod stopami chrzęszczą jej kawałki szkła, wyjście na zewnątrz blokuje gruz. Do tego z tajemniczych powodów nie zjawia się opiekunka do dziecka, a ludzie na zewnątrz są niemili. W samej eleganckiej restauracji zaś mają przejściowe braki w zaopatrzeniu, więc bohaterka zabiera ze sobą własną puszkę.

Zakończenie nie jest więc żadnym zaskoczeniem, tekst logicznie nas do niego prowadzi, a jego siła polega nie na przewrotności puenty, tylko właśnie na jej nieuchronności. Bohaterka nie dopuszcza do siebie rzeczywistości, czepia się z uporem iluzji, można rzec: jest świadomie szalona, bo rzeczywistość jest zbyt okrutna. Redakcja przypomina List do Clearysów Connie Willis (Fantastyka 7 (22) 1984), ja bym tutaj dorzucił Kasandrę Caroline Janice Cherrych (Fantastyka 3 (6) 1983). Nie przepadam za tego rodzaju dziełami. I dodam, że chociaż początkowo List do Clearysów wydawał mi się słaby, teraz uważam go jednak za lepszego od Obiadu, przede wszystkim dlatego, bo List był mniej oczywisty, mniej stara się łupać czytelnika po głowie maczugą emocji.

A w Galerii: Peter Jones i nie za bardzo obcy Obcy. Po kliknięciu link zewnętrzny z lepszą jakością.

Rzecz Nancy Etchemendy jednak zapamiętałem, czego nie mogę powiedzieć o nużącej opowiastce Ałana Kubatijewa, Sprzedawcy książek. Rosjanin daje nam tutaj coś, co wiem, że niektórym się podoba: nieoczywistą fantastyczność, realny świat z wtrąceniem jednego, nie do końca wyjaśnionego elementu. W ZSRS wydawca wciska bohaterowi Encyklopedię estetyki do sprzedania, bo ten, handlarz książkami, bukinista, na pewno potrafi sobie poradzić z wciśnięciem tego bubla klientom. I ten faktycznie sobie z tym radzi, przy okazji wymieniając się rzadkimi egzemplarzami innych, cenniejszych tytułów. I nagle pojawia się przed nim klient dość niezwykły, staruszek, który koniecznie chce się dowiedzieć o istnieniu jednego, bardzo specyficznego, bardzo starego tytułu.

Skąd się staruszek pojawił w Związku Republik Sowieckich? Nie wiadomo. Wiadomo, kim był staruszek, co się z nim stało, można się domyślać, co było w tej tak szukanej przez niego książce. Ale poza tym – nie wiadomo nic. Jak dla mnie, nuda. Jak dla mnie – rzecz do zapomnienia tydzień po przeczytaniu. Ale, powtarzam, znam takich, co by się tym dziełkiem zachwycali. Że nastrojowe, że prawda o człowieku, że coś tam coś tam i ogólnie, Literatura. Phii tam.

A tutaj macie porównanie okładki z tylnej strony Fantastyki i okładki z normalnego wydania książkowego.

Wkładka powieściowa to ostatni odcinek Gdzie wasze ciała porzucone Philipa José Farmera – świetnego początku przyzwoitego cyklu. Jak wspominałem wyżej, wkładkę wyrwałem jako trzynastolatek i gdzieś zapodziałem. Tym się nie przejąłem, powieść mam w normalnym wydaniu. Gorzej, że w numerze był też komiks Jacka Rodka, którego treści nie pamiętam, ale który miał bardzo dobrą grafikę – tego komiksu też nie mam i z całą pewnością trafił gdzieś do makulatury, bo moi rodzice kilka razy robili porządki w moich rzeczach i sporo luźnych papierów powywalali (na przykład, całą moją kolekcję Świata młodych).

Nawet fajne, nie? Arkadiusz Matysiak i stockowa ilustracja fantasy, czyli: kogo obchodzi, że takiego stwora u Piekary nie ma, przecież fantasy to fantasy, kto się zorientuje.

A dalej mamy Jacka Piekarę z Baśnią o trzech słowach. Całkiem fajna rzecz: dobrze napisana, cyniczna, ale nie epatująca brutalnością jak jego późniejsze dokonania. Brutalność tu jest, ale w słowie, w podejściu do świata – nie ma ani seksu, ani rozpruwanych flaków, jest tylko dwóch śmiałków chcących odpowiedzieć na pytanie: jakie trzy słowa są podstawą świata?

Kto odpowie poprawnie, zdobędzie władzę nad światem. Kto się pomyli, zginie i straci duszę. Setki ludzi ciągną do jaskini, gdzie można wykrzyczeć własną odpowiedź na zagadkę, ale nikt z nich ostatecznie się nie waży wejść do środka. Do czasu, gdy przybywa dwójka bohaterów – młody, idealistyczny chłopak i starszy, cyniczny zakonnik-rycerz. Obaj mają własne odpowiedzi. Który z nich ma rację? Nie wiadomo. Nasz narrator tego nie wie, chociaż ma nadzieję… i wątpliwości.

Szkoda, że później Piekara poszedł w “więcej krwi, więcej spermy, bo inaczej mnie nie kupią!”.

Ilustracja Krzysztof Gawronkiewicz.

Dalej mamy groteskę Mirosława Malinowskiego Technicy z klubu Futura. Jest w niej pewien humor i czyta się spoko, ale rzecz jest właściwie zabawą formą, zabawą słowami, bez puenty i bez większego sensu. Chociaż może źle napisałem to ostatnie zdanie: ktoś mógłby z niego wywnioskować, że pan Malinowski napisał rzecz bez sensu, a to nieprawda. Chodzi raczej o to, że gdyby chcieć napisać o czym jest opowiadanie, bez streszczenia jego treści, trudno byłoby cokolwiek wymyślić. U Piekary mieliśmy rozważania o sensie świata, u Etchemendy – historię o wojnie atomowej i szaleństwie jako ucieczce od rzeczywistości, a tu? Mamy ileś tam scen, słabo powiązanych ze sobą. Groteska, kilka kawałów i tyle – jeden z tych kawałów zapamiętałem na lata.

W dziale krytyki koniec cyklu o pierwszych pięćdziesięciu latach fantastycznego kina. Tym razem Peter Nichols nie zachęcił mnie do poszukania starych filmów, no – może z wyjątkiem jednego. Mamy o kinie czasów wojny, słabszych i lepszych horrorach.

Dziwna rzecz: z pewnością czytałem Limes Inferior Zajdla, ale kompletnie nie pamiętam o czym było. Ba! Kiedy próbuję sobie przypomnieć, zamiast tego pamięć podpowiada mi konspekt, który opublikowała Fantastyka w tym właśnie numerze. Mamy dwie stroniczki opisujące akcję powieści, które Zajdel wysłał wydawcy. Można porównać konspekt z ostatecznie powstałym dziełem.

Peter Jones z Galerii

Czas na recenzje: najpierw Rafał Ziemkiewicz entuzjastycznie wypowiada się o Rozpadzie połowicznym Edmunda Wnuka-Lipińskiego (czytałem, dobra rzecz). Do tego Bion, zbiór radzieckich opowiadań (czytałem, różne tam są rzeczy) i wreszcie – przykład nieco zaściankowej dumy, że na zachodzie, po angielsku, piszą powieść umiejscowioną w Polsce: Frankowsky i Cross-time engineer. Ostatecznie powstał cały cykl o polskim inżynierze, który cofa się w czasie do roku 1231 i gorączkowo zabiera się do pracy, by przygotować Polskę na inwazję Mongołów. Na Amazonie oceniane nawet dość wysoko, chociaż opinii niezbyt dużo.

Dorota Malinowska daje nam kolejną dobrą recenzję o kolejnym starym, dobrym filmie: westernie SF o dobrym szeryfie w odległej, górniczej kolonii (Odległy ląd, czyli Outland z Seanem Connerym).

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.