Cztery drogi ku przebaczeniu, czyli Ursula Le Guin zaangażowana (recenzja)

Zanim przystąpiłem do lektury, wiedziałem już, że zbiór opowiadań Cztery drogi ku przebaczeniu będzie reprezentował nurt “zaangażowany” w twórczości Mistrzyni. Pamiętam, że gdzieś przeczytałem, że Le Guin krytykowali jacyś feministyczni krytycy czy też krytyczki, że za mało ma kobiecych bohaterek w roli sprawczej. Pamiętam też, że ponoć ten zbiór miał poruszać ważkie, społeczne problemy. Powodowało to, że dość niechętnie podchodziłem do Czterech stron, niemalże jak pies do jeża. Obawiałem się, że otrzymam Le Guin w trybie kaznodziei. I rzeczywiście, mamy tutaj przykład Le Guin zaangażowanej, ale mimo wszystko autorka nie przekracza granicy dzielącej literaturę od agitki.

W dużym skrócie: dostajemy cztery opowiadania o różnej jakości (w moim wydaniu cztery; podobno później autorka dopisała piąte), których wspólną osią są społeczności zamieszkujące dwie planety, Yeow i Werel. W społecznościach tych mamy Właścicieli i niewolników, oraz ściśle patriarchalne spojrzenie na świat. Bohaterki i bohaterzy pozwalają nam spojrzeć na te społeczności z różnych perspektyw i w różnych miejscach. Ogólnie zbiór nie jest wybitny, ale jest solidnym, dobrym średniakiem, którego plusem jak zwykle u Le Guin są kreacje bohaterów i światotworzenie, a minusem szczątkowa akcja. Wiadomo jednak, że nie czyta się Le Guin dla wartkiej akcji.

Nie chce mi się analizować tytułu ani dochodzić, w jaki sposób w każdej historii bohaterowie dochodzą do przebaczenia, bo zbiorek nie spowodował u mnie jakichś wielkich emocji. Jakość opowiadań uszeregowałbym według ich kolejności pojawiania się w zbiorze – co zarazem odpowiada stopniu “zaangażowania” w treści. Jak dla mnie najlepsza jest Zdrada, historia dwojga starych ludzi, którzy odeszli na wieś, by tam w samotności oczekiwać na śmierć, żyjąc na łasce pobożnych wieśniaków. Polityka, ważne kwestie społeczne, wszystkie te tematy które tak wiele miejsca zajmują w pozostałej części zbioru – tutaj istnieją gdzieś na marginesie. Tu jest tylko były polityk i stara kobieta, i ludzkie relacje. Le Guin pisze powoli, potoczyście, nienachalnie wprowadzając opisy świata i bohaterów. Równocześnie mam wrażenie, że to opowiadanie odstaje od innych nie tylko stopniem “zaangażowania”, ale i sam świat wygląda nieco inaczej.

Po Zdradzie druga w kolejności jest Dzień przebaczenia, nieco słabsze, i nieco głębiej wchodzące w kwestie relacji męsko-żeńskich, politycznych i tak dalej. Le Guin pokazuje nam tutaj historię z innej perspektywy, z punktu widzenia niezrozumianej i sfrustrowanej ambasadorki Ekumeny, oraz – jako kontrapunkt dla niej – dostajemy także wgląd w głowę Teyeo, jej ochroniarza, weterana wojny z Yeowe. Weteran walczył z niewolnikami, pochodzi z ultra-konserwatywnej rodziny, powinien więc wrogami gardzić, prawda? A guzik. Weteran szanuje tych, z którymi walczył.

Później otrzymujemy historię Hainijskiego ambasadora na Werel, począwszy od jego młodości, przez decyzję służby Ekumenie, aż po opis jego starań, zawsze okrężnych, zawsze zaowalowanych, pchających delikatnie miejscowych ku postępowi. Tutaj podobał mi się początek, mocno kojarzący się z Wracać wciąż do domu (recenzja), natomiast druga część, w której ambasador rzucanymi półsłówkami, okrężnymi drogami usiłuje wpłynąć na poprawę sytuacji kobiet, wydała mi się dużo mniej interesująca.

Ostatnie opowiadanie ze zbioru to relacja byłej niewolnicy. Miejscami ciekawiła, miejscami nużyła, ogólnie zaś odczułem ją jako odstającą mocno w dół od reszty zbioru.

W całym zbiorze Mistrzyni podejmuje kwestię wolności – mamy właścicieli i niewolników, mamy mężczyzn rządzących kobietami. Niewolnicy odzyskali wolność, ale mężczyźni traktują kobiety tak samo źle, jak wcześniej sami byli traktowani – hainijski ambasador obserwuje, z narzuconą przez jego funkcję obojętnością, rytualny gwałt na młodych dziewczynach. Czy wolność kobiety jest inna niż mężczyzny, pyta jedna z postaci i dostaje odpowiedź, że kobiety wolnych mężczyzn są wolne. Wolne? Wykwalifikowana chemiczka trafia na pole, bo przecież kobiety nie mogą być wykształcone. Na plantacjach po wyzwoleniu wszyscy teraz pracują już za pieniądze, tyle – że kobiety swoich pieniędzy nie dostają. Do tego nie mogą chodzić samotnie, bo wtedy “same się proszą” o gwałt.

Le Guin stawia tutaj bardzo mocno kwestię symetrii między stosunkiem właścicieli do niewolników, a potem mężczyzn do kobiet. W świecie z Czterech dróg ku przebaczeniu niewolnicy są traktowani różnie, niektórzy lepiej, inni gorzej. Czasami bywają wyzwalani, gdzieniegdzie mogli żyć jak półwolni ludzie, opłacając się korporacji; ale pozostają niewolnikami. Tak samo kobiety, mogą być kochane, mogą pełnić jakieś funkcje – ale ogólnie pozostają we władzy mężczyzn. W świecie Werel i Yeow bardzo łatwo doszukiwać się odniesień do naszego świata: do relacji rasowych w USA, do wojny w Wietnamie, do feminizmu.

Nie wiem, czy to było zamierzone, ale dostrzegałem także pewne echa poruszanych tematów także w losach tych, którzy od początku byli wolni: ambasadorki Solly oraz ambasadora Havzhivy. Oboje nie są w pełni wolni, chociaż sami wybrali sobie ograniczenia. Solly żyje jako “honorowy mężczyzna”, bo Werelczykom trudno inaczej traktować przedstawicielkę Ekumeny. Havzhiva z kolei opuszcza własny dom, w którym każdy z góry ma określoną rolę, pełną rytuałów, by wybrać zawód nie przypisany mu od urodzenia – ma zostać “historykiem”, co na Hain jest czymś innym niż u nas, a potem służyć Ekumenie jako ambasador.

Podoba mi się u Le Guin, że nigdy nie idzie na łatwiznę. Niewolnicy nie tworzą utopijnej społeczności, po zakończeniu wojny wyzwoleńczej zaczynają wieloletnie wojny plemienne. Bohaterowie walk o wolność bywają skorumpowani, ale nie przestają być ludźmi. Postacie bywają strasznie ograniczone, uprzedzone, nawet wtedy, gdy walczą o słuszne sprawy. Natomiast pisząc ten akapit przyszło mi do głowy, że w sumie, tak jak już kiedyś zauważyłem u Le Guin, łatwo wskazać mężczyzn pełniących negatywne role, znacznie trudniej wskazać jednoznacznie negatywne kobiety. Poniekąd wynika to ze świata przedstawionego – mamy tutaj społeczność maczystowską, patriarchalną, mizoginistyczną, w której to mężczyźni pełnią wszystkie kierownicze role, a więc tylko oni mogą pełnić role obrońców starych porządków, walczących z bojownikami i bojowniczkami o wolność.

Podsumowując, zbiór nie jest zły, wolę jednak dzieła Le Guin mniej zaangażowane, mniej uwikłane w kwestie polityczne i społeczne – a opowiadania Mistrzyni lepiej jej wychodzą, gdy zamiast opowiadać o tym, jak szlachetnie bohaterowie walczą o sprawiedliwość, opowiada po prostu o ludziach. Bynajmniej nie dlatego, by nie poruszała tematów ważnych, nie odmawiam jej też prawa do zajmowania się tym, co dla niej było ważne – po prostu ja mam serdecznie dosyć ważnych politycznie i społecznie tematów, czytam o nich codziennie w prasie, i ostatnio szukam w fantastyce jednak głównie rozrywki. Dlatego też trudniej mi było pisać tę recenzję, bo zawsze lepiej się odnosić do dzieł albo bardzo złych, albo bardzo dobrych, a Cztery drogi ku przebaczeniu zostawiły mnie raczej obojętnym. Na pewno jednak zbiór podobał mi się bardziej od takiego Oka czapli (recenzja).

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.