Cortázar doprowadza mnie do szału.

Męczę Cortázara od paru dni, czy też raczej: to Cortázar mnie męczy. W tę czy w drugą stronę to oczywiście tylko przenośnia, metafora, bo Cortázar od trzech i pół dekady spoczywa gdzieś, na jakimś argentyńskim cmentarzu, solidnie przywalony płytą i gdybym nawet chciał, gdybym pojechał do Buenos Aires, odnalazł jego grób i zaczął nawalać prętem w nagrobek (z pięknie wygrawerowanymi literami), to jemu przecież wszystko jedno, nie żyje, tylko ja bym musiał zapłacić grzywnę za zakłócanie cmentarnego spokoju, nie mówiąc już o koszcie wizy, biletów i samego pręta.

A najgorsze, że sam to sobie robię. Czytam i patrzę, jeszcze dwieście stron do końca, jeszcze sto. Czytam, ślizgam się wzrokiem po kartkach, wykrzywiam się, podczas gdy poszarpane akapity wkradają się do umysłu. I zaczynam myśleć Cortázarem, pisać Cortázarem, gubić kropki, urywać zdania, prowadzić dwa wątki naraz – z latynoskim, karnawałowym stylem. Nie cierpię tego stylu, męczy mnie, dręczy – przeintelektualizowany, rozbabrany, zamiast pisać prosto o trudnym, pisze trudno o prostym, i po co, dlaczego, i czemu, a do tego jeszcze ścinki z gazet i babranina czcionek, wszystko sklejone w jeden argentyński melanż. Inni się zachwycają, ja nie chcę, krzywię się, patrząc na dziwacznie pojustowane akapity i zdania pocięte ukośnikami / ale ukośnikami tylko czasami / a czasami nie, losowo, jak dusza zagra. Artystowska maniera – myślę, niechętnie myślę. Podmioty zmieniające położenie, Ludmiła-Poleczka, Andrés na którego Poleczka patrzy, ja, on, znowu ja – ten sam akapit, trzy różne punkty widzenia. I Draka, i seks, i czasami parskam śmiechem (ale w duchu, ja nie śmieję się na głos), a potem patrzę, ile stron jeszcze do końca.

Ale chociażbym się oganiał kijem od Cortázara, cichaczem opanowuje, otula, zasnuwa mgłą zwoje w umęczonym mózgu. Nie, oganiam się nie od Cortázara, tylko od cortazara, z małej litery, bez znaków diakrytycznych – skoro można pisać jedenastozgłoskowcem, można pisać cortazarem. Wciska się, po chamsku, bezpardonowo i już trudno pamiętać, że można inaczej, że można stawiać kropki zamiast serii przecinków, że można dialogi rozpisywać tak, by czytelnika prowadzić za rączkę, zamiast rzucania go z hotelowego balkonu. Książka dla Manuela, po angielsku Manual for Manuel, ciekawe, majaczy pod czaszką, czy tłumacz angielski uzgodnił z Julio, ten dodatkowy smaczek, dodatkowe znaczenia.

Z tyłu cały czas czai się inne podejrzenie, że to wszystko ściema, głupi żart, spisek tłumaczy. Że Cortázar napisał prosty romans, odpowiednik jakiejś Hanerki czy Blanki Lipińskiej, a pierwszy tłumacz, a może tłumaczka, pomyślał-pomyślała: a zróbmy coś dla jaj, przepiszmy go na modernistyczny styl, ciekawe, czy się ktoś kapnie. Korekta dołączyła do zabawy, pourywała zdania w połowie, pousuwała słowa, ażeby. Potem inni chichocząc dokładali od siebie, aż z argentyńskiego piewcy trójkącików, z rozważań o masturbacji i właściwej nazwy dla odbytu zrobił się pomnik, artysta, twórca. To dopiero byłby spisek, myślę, spisek pierwsza klasa, Draka, pomysł, taki, co samemu Cortázarowi by się spodobał.

Patrzę na książkę, patrzę z niechęcią. Jeszcze sto stron, jeszcze osiemdziesiąt. Cortázar wciąż się zakrada. I tylko Cortázar może pisać cortazarem, u każdego innego brzmi śmiesznie, kulawo, pretensjonalnie. I dlatego skończę już tę skargę, erupcję frustracji, niezrozumienia. Nie można przerwać lektury w połowie, gdy się czyta – pozostałe strony popychają do przodu, zachęcają pozostawione kartki: przyjmijcie go chętnie, to znajomy. Gdy się przerwie, mówił pewien mądry Latynos, to te z tyłu o nas zapominają i jesteś jak zagubiony, wystraszony chłopak rzucony w środek nieprzyjaznego tłumu. Więc jeszcze osiemdziesiąt stron, czterdzieści, jeszcze trochę. Cortázar, Cortázara, Cortázarem. I tylko lęk, by ten styl nie został w człowieku na dłużej, jak wirus, argentyński diablik, już w mojej głowie szukający miejsca na stałe.

Cortázar – Cortázara – Cortázarem.

Męczę Cortázara mnie męczy.

One thought on “Pisać Cortázarem

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.