Fantastyk dawnych czar – numer 5 (80) 1989

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Majowy numer z 1989 roku wciąż kosztował tylko 300 złotych. Na okładce: zabawki. Bo zabawki są tematem Galerii, i dlatego też tym razem żadnych zdjęć z Galerii nie będzie. Sam Galeria pełna jest narzekania na przemoc i dziwienia się, że brutalne zabawki to dzieciom rodzice kupują, ale takich z golizną, to już nie.

W numerze także jedna bardzo duża niespodzianka – świetne opowiadanie całkowicie mi nieznanego autora. Ale o tym za chwilę. Gwoli tradycji, najpierw dwa zdania o wstępniaku Hollanka: marudzi o chęci Polaków bycia Europejczykami, gdy samej Europy w Europie coraz mniej. W Lądowaniu LXXV, czyli listach od czytelników, nic ciekawego. Lepszy papier proszę. Nauczycielska od polskiego nienawidzi fantastyki. Brakuje mi egzemplarzy pisma, proszę pomóżcie.

I zaraz na stronie czwartej zaczyna się Olida Boba Lemana. Nie kojarzyłem autora, patrzę na lubimyczytać: nic praktycznie w Polsce jego nie ma dostępnego. W Fantastyce numer 10 (73) 1988 czytałem jego Pielgrzymkę Clifforda M., opowiadanie w pewien sposób podobne. Zarówno w Olidzie, jak i w tamtej tragicznej opowieści o wampirze nie wiedzącym, kim właściwie jest, Bob Leman stosuje bardzo oszczędne, bardzo tradycyjne chwyty literackie. Akcja rozwija się powoli i płynie leniwie, powoli budując niesamowity klimat.

Podoba mi się pomysł ilustracji od trzech różnych rysowników do tego samego opowiadania. Tutaj: Krzysztof Gawronkiewicz

Nie ma tu bijatyk, trup nie ściele się gęsto, a mimo to, gdy człowiek już się wciągnie, trudno się od lektury oderwać. To nie jest SF spod znaku lasera i rakiety, to nie jest epatujący okropnościami horror – to bardzo klimatyczna rzecz, którą, gdyby ją sfilmować, wbijałaby widzów w fotel. O ile udałoby się przełożyć na język ekranu właśnie ten klimat – klimat małego, opuszczonego, wymarłego miasteczka pełnego identycznych ludzi (?) o pustych twarzach.

Po prawej: Stanisław Rogowski. Po lewej: Monika Grycko. Niestety jak zwykle w starych Fantastykach, kolory rozjeżdżają się w barwnych ilustracjach

 

Drugie zagraniczne opowiadanie jest już znacznie słabsze. Sezon pszczół Jaroslava Petra to bardzo klasyczna opowieść o naukowcu skupionego na badaniach, z których niekoniecznie wynika coś dobrego. Teoretycznie w tej historii można by znaleźć potencjał na coś więcej, można by pójść tropem lekko tylko tutaj zarysowanym: manipulacji świadomością badacza i niepewnością, co jest prawdziwy wspomnieniem, a co nie. Ale Petr lekko tylko szkicuje parę śladów, skupiając się raczej na poprowadzeniu historii od początku aż do bardzo przewidywalnego, w zamierzeniu tragicznego końca. Ogólnie, jak dla mnie, rzecz poniżej średniej.

Ilustracja do “Sezonu pszczół”, autor Stanisław Rogowski

We wkładce Philip José Farmer i Gdzie wasze ciała porzucone. Powieść o Richardzie Burtonie i świecie nad Rzeką, gdzie nie można umrzeć – albo też, gdzie umrzeć można setki razy. Jak zwykle, w moim egzemplarzu wkładki brakuje.

 

 

 

A tu prawdziwa porażka. Nie chodzi o ilustrację jako taką (Wiesław Jurewicz), ale o niemal niewidoczny początek opowiadania. – tak, widzicie literki? Tam w czerwonym okręgu.

W prozie polskiej Krzysztof Boruń, mi znany przede wszystkim z młodzieżowego cyklu . Tutaj redakcja prezentuje nam… dwa rozdziały wyjęte ze środka powieści Jasnowidzenie inżyniera Szarka. No, nie porwały mnie te rozdziały. Astrorebirthing, psychosynestezja i budhas manas (wymyślam, nie chce mi się sprawdzać, jak naprawdę brzmiały te terminy), a wszystko po to, by bohater mógł przewidywać przyszłość i walczyć z myślakami. Ogólnie wstawianie fragmentów powieści uważam za pomyłkę.

Później są recenzje, w tym długa na temat powieści Hollanka; nawet nie czytałem. Jeszcze później historia kina fantastycznego, przeczytałem z zainteresowaniem – może kiedyś obejrzę sobie wymienione tam filmy, o ile są gdzieś na youtube (spokojnie, sprzed stu lat, to nie ma mowy o piractwie). Widziałem dotąd tylko Meliésa Podróż na Księżyc oraz Metropolis Langego (to drugie kiedyś w telewizji) i ten drugi muszę powiedzieć, miał swój smaczek.

Ostatnia strona, wewnętrzna okłada: Anatol Pasieka

Jeszcze dalej mamy felieton o Zasadzie Antropicznej i wielu wszechświatach, potem jeszcze tylko Dorota Malinowska z recenzją Willowa. Willowa obejrzałem pierwszy raz jak mały smark w kinie nad morzem, byłem chyba jedyny na sali czy coś takiego, tak w każdym razie to zapamiętałem – i wówczas byłem zachwycony, chociaż, gdy po latach obejrzałem po raz drugi z dziećmi, troszeczkę wydał mi się słabszy. Ale wciąż to klasyka.

No cóż, to tyle. Numer taki sobie i wybaczcie, ale dlatego właśnie recenzja bardzo krótka.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.