Fantastyk dawnych czar – numer 4 (79) 1989

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Poprzednie recenzowane numery były raczej słabe: w lutowym 1989 był wprawdzie Sheckley, ale dość przeciętny, a reszty żal wspominać. Tak samo żal wspominać numer styczniowy, zaś w grudniowym 1988 był ledwo przyzwoity Neff i Jastrzębski. O ile pamiętam, marcowy nie był zły, ale numer marcowy gdzieś mi się zgubił, chociaż z całą pewnością miałem go w kolekcji. Niemniej, w kontraście do lutowego, styczniowego i grudniowego teraz wreszcie mamy dwa naprawdę świetne opowiadania: znakomitą Alice Sheldon (James Tiptree, Jr.) oraz Sheckleya w najwyższej formie. Do tego  porządna okładka i porządna Galeria: Chris Achilleos.

Do tego wszystkiego początek inflacji. Poprzedni numer kosztował 200 złotych, ten – już 300. A to dopiero początek. Jeszcze w 1989 dojdziemy z ceną do 1200 złotych, a 1991 otworzymy z ośmioma tysiącami.

A tutaj grafika od czytelników, podpisana A.M.Pasieka – w następnym numerze podobna stylem grafika podpisana jest “Anatol Pasieka”. Czyżby ta sama osoba?

We wstępniaku Hollanek dzieli się przykrą historią z księgarni, gdzie rzekomo szefowa nie chciała wpuścić za dużo klientów naraz, by jej “ten dziki tłum wszystko ukradł”. W listach z kolei czytelnik prosi, by było więcej opowiadań, a redakcja trzeźwo odpowiada: Ludzie, za co? Złotówki wówczas były na zachodzie bezwartościowe. Inny wzmiankuje, że warto by już pomyśleć o setnym numerze, by go specjalnie przygotować, na przykład podwoić liczbę stron (spojler: nie podwoili).

Na początek dostajemy opowiadanie o samobójstwie. Żonaty biznesmen, odnoszący sukces za sukcesem traci ochotę do życia i po prostu łupie sobie głowę. To dopiero początek opowiadania. Dalej jest wizja zaświatów obecnie powtarzająca się nieraz w wielu filmach lub książkach, która jednak dla mnie, szczyla z mlekiem pod nosem, była w 1989 roku bardzo nowatorska. W gruncie rzeczy, czytając teraz ponownie to opowiadanie, widzę, że wywarło ono na mnie spory wpływ i być może moje Struny umarłych nigdy by nie powstały, gdyby nie przeczytał Pośród życia pani Alice Bradley-Sheldon, piszącej oczywiście pod pseudonimem James Tiptree, Jr.

Od góry, po lewej: Monika Grycko, Stanisław Rogocki, Krzysztof Gawronkiewicz

Bardzo mi się też podoba pomysł redakcji, która dała nam ilustracje do opowiadania trzech różnych grafików (obu płci). Trzy różne style, trzy różne wizje i – co w Fantastyce ówczesnej dość rzadkie – naprawdę nawiązujące do treści.

We wstępie interesująca informacja: Alice, jak wszyscy wiecie, zastrzeliła męża i siebie. To nie było morderstwo, tylko podwójne samobójstwo, do którego długo się oboje szykowali. Co takiego interesującego? Że pani Sheldon pamiętała nawet, by zadzwonić do Polski i rozporządzić kwotami z honorariów przysługującymi jej za publikacje w Fantastyce: przeznaczyła je na fundusz wspierania twórczości ZAIKSu. Aha, nie wiedziałem też, że pracowała w CIA 😀

To było pierwsze naprawdę świetne opowiadanie. Już ono by wystarczyło, by uznać numer za udany. A dostajemy jeszcze równie świetnego Roberta Sheckleya z lekko humorystycznym Zezwoleniem przestępczym. Na zapomnianej, małej, sennej kolonii nagle odzywa się radio. Mieszkańcy dowiadują się, że Ziemianie chcą ich odwiedzić i sprawdzić, czy kolonia zachowuje stare, dobre zwyczaje. Wprawdzie nie wiedzieć czemu obecnie Ziemia to już nie są Zjednoczone Demokracje, tylko Imperium, ale koloniści absolutnie nie chcą zawieść przybyszów. W starych książkach odnajdują informacje, jak powinna wyglądać kolonia: budują więc pośpiesznie kościółek, szkółkę oraz więzienie. Z więzieniem jest problem, bo w kolonii nie ma przestępców. Burmistrz nie ma więc wyjścia i musi kogoś na przestępcę wyznaczyć…

Sheckley w bardzo wysokiej formie.

W Galerii tym razem gości porządny rzemieślnik, Chris Achilleos. Tworzył okładki do książek, między innymi opartych o seriale Dr Who oraz Star Trek. Tworzy postacie w dynamicznych pozach, widać, że lubi rysować ładne (półnagie) kobiety. Jak zwykle jakość papieru nie powala, przez co trudno się cieszyć w pełni urodą tych dzieł.

Wkładki jak zwykle brakuje. Naprawdę, nie szanowałem, oj nie szanowałem jako dziecko swoich Fantastyk… Kończy się Pora deszczów Strugackich i zaczyna Gdzie wasze ciała porzucone Philipa José Farmera, absolutny klasyk SF, otwierający cykl, którego kolejne części nieco wprawdzie były słabsze, ale wciąż trzymały poziom najmniej przyzwoity.

Zamiast ilustracji, jeszcze jedna grafika Chrisa Achilleosa

Co dalej? Dalej jest niezbyt strawny Edmund Wnuk-Lipiński i Continuum. Zaczyna się jak Mamo to ja, po czym bohater dorasta i popada w Złe środowisko. Dosłownie złe: ateiści, heavy metalowcy, sataniści, no mówię wam: pełen zestaw z katechezy. Wreszcie otrząsa się i ginie w wypadku. Uff, już koniec, gdyby nie to, bym nie zdzierżył.

Język literacki, poprawny, jak przystało na profesjonalistę. Warsztatowo więc nie ma się do czego przyczepić. Ale reszta? Ani nie ma tam za bardzo fantastyki, ani akcji. Są wciśnięte kopami rozważania o celu istnienia, czy jak umrzemy to umrzemy i kim jest Koziołek Matołek. Czyli słabizna. Dziw, bo ja Wnuka-Lipińskiego znam z Apostezjonu i pisał nieźle, bez też nachalnego dydaktyzmu.

Po Wnuku-Lipińskim jest Marcin Wolski, opowiadanie Telefon zaufania przerobione z niby scenariusza radiowego. Tutaj fantastyki nieco jest: wymyślony kraj oraz głośniki przepchnięte przez monterów z przyszłości (przez dziurę w czasoprzestrzeni). Wolski pisał, pisze i będzie pisać dziełka satyryczne, chociaż nie da się ukryć, że najlepsze lata to ma już dawno (bardzo dawno) za sobą. Tutaj jednak dał nam coś przyzwoitego, co pozwala zrozumieć, dlaczego kiedyś jakąś tam pozycję w światku posiadał. Nie jest to może Sheckley, ale od trącącego dydaktycznym smrodkiem Continuum jednak wyróżnia się wyraźnie na plus.

A o co chodzi w opowiadanku? W wymyślonym kraju pod rządami oświeconej monarchii zamontowano telefon dla poddanych, przez który będą mogli zgłaszać słuszne uwagi władcy. Oczywiście nie będzie byle pętak zawracał monarsze głowę, więc wylosowano odpowiednich przedstawicieli: dziwkę (to znaczy… kurtyzanę), młodego utracjusza, hipokrytę-szambelana i dwulicową świeżą arystokratkę, obrończynię tradycyjnych wartości (ale zawsze gotową zmienić front i poglądów się wyprzeć). Dziwka jest z tego grona najsympatyczniejsza, chociaż dzisiaj taka postać, z taką historią nie mogłaby się pojawić pewnie w żadnym opowiadaniu. Przedstawiciele zgarnięci przez służby trafiają przed telefon i… I zaczyna się zabawa.

W recenzjach Parowski pisze o roku 1984 Orwella. Dość pesymistycznie pisze i w sumie nasuwało mi się sporo niewesołych uwag, ale może sobie je daruję. Z kolei Jacek Inglot pisze o Głębokim kosmosie Stanisława Stefańskiego: w skrócie, że to straszna grafomania, żeby unikać i że zapewne Stefański ambitnie chciał zilustrować siedem grzechów polskiej fantastyki Marka Oramusa.

Następnie mamy Pożółkłe kartki a w nich fragment Miasta światłości Mieczysława Smolarskiego. Na następnej stronie Anna Purska zastanawia się, czy coś było na rzeczy w oskarżeniach wysuwanych wobec Huxleya, że splagiatował Smolarskiego i dochodzi do wniosku, że raczej nie. Słusznie – pamiętam, że specjalnie potem wypożyczyłem książkę Smolarskiego, przeczytałem i zawiodłem się, bo Nowy wspaniały świat jest o niebo lepiej napisany, zaś podobieństwa może i istnieją, ale mniej więcej takie jak między dowolnymi dwoma antyutopiami.

Dalej Dorota Malinowska recenzuje znakomitą Brazil Terry’ego Gilliama, i w sumie znowu ze wszystkim się zgadzam, chociaż w dwóch miejscach marszczyłem brwi, czy to ona coś pokręciła, czy ja coś źle zapamiętałem (Blade Runner kończy się ucieczką bohaterów… na nieskażoną planetę?!).

A co się będziemy szczypać, jeszcze jeden Achilleos.

Po recenzji filmu felieton Iłowieckiego o spadających z nieba żabach i rybach. Ciekawa rzecz, aż sprawdziłem – do dzisiaj nikt nie znalazł stuprocentowo pewnego wyjaśnienia, chociaż istnieją dość prawdopodobne hipotezy: że trąba powietrzna trafia na wodę (albo silny wiatr) podrywa małe stworzonka, a potem są niejako sortowane: cięższe odpadają najpierw, lżejsze dopiero potem, co wyjaśnia, dlaczego zawsze spadają TYLKO żaby albo TYLKO ryby. Jedna z zagadek (dlaczego nigdy z żabami nie spadają kijanki?) nie jest już zagadką, w bodajże w 2005 roku gdzieś na Bałkanach spadły kijanki. Przy czym – są wiarygodni świadkowie i raczej uznaje się, że faktycznie takie zjawisko występuje, to nie jest nic w rodzaju “porwań przez kosmitów”.

I to właściwie już koniec. Jeszcze tylko opis koncertu Jean Michel-Jarre’a (dlaczego Robin Hood? Bo Jean-Michel Jarre) i parę zdjęć z jego spektaklu w Londynie.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.