Ursula Le Guin i Miejsce Początku (recenzja)

Zwykle recenzję tworzę z punktu widzenia czytelnika. Fana, odbiorcy, a nie twórcy. Na Miejsce początku Ursuli Le Guin spojrzę jednak nieco inaczej, jako zazdrosny debiutant, jak amator zawistny o warsztat niedościgłej Mistrzyni.

O powieści tej wspominało mi wcześniej dwóch czy też trzech znajomych, jako o jednej z lepszych spod jej rąk. Znajomi uprzedzali, że dzieło to jest inne, że bliżej mu do literatury obyczajowej, niż fantastycznej. Nieprawda. Miejsce początku jest fantastyczne, tyle, że ta fantastyka jest nieco obok, a nacisk położony jest nieco gdzie indziej – na wyjątkowo mało fantastycznych bohaterów.

I napiszę od razu: zgadzam się z opiniami ceniącymi tę powieść wysoko. Dla mnie to jeden z lepszych utworów pani Le Guin, a chociaż ja trochę czułem po lekturze niedosyt, zdecydowanie będę polecał Miejsce jako pozycję obowiązkową dla fanów Mistrzyni.

RECENZJA ZAWIERA PSUJE!!!

Co ciekawe, Miejsca początku brak na kilku listach najlepszych powieści Le Guin, a na innych zajmuje dość odległe miejsce. Zastanawiam się dlaczego – i dlaczego mi to dzieło “podeszło” lepiej niż niektóre inne, wyżej cenione utwory tej autorki.

Może innym się nie podoba z uwagi na mało fantastycznych bohaterów? Kasjer z nadwagą i przeciętna dziewczyna, oboje młodzi, świeżo wchodzący w dorosłość – oboje ledwo radzący sobie z ponurą rzeczywistością. On z toksyczną matką, z ogłupiającą pracą, chociaż marzący o studiach i zostaniu bibliotekarzem. Ona pełna lęków, z pracą pasującą do kogoś młodszego, mieszkająca z rozstającą się właśnie parą… przyjaciół? Nie, to za dużo powiedziane. Nie parą, nie przyjaciół. Dwójką znajomych.

A więc dwoje zwyczajnych ludzi, on i ona, ona i on. Oboje znajdują drzwi do magicznej krainy. Ona jeszcze jako dziecko, dawno temu, on dopiero teraz.

Czyli co, czyli typowy jangadalt, tak? Młodzi dorośli, jakaś Narnia, no tak – nic dziwnego, że niedojrzałemu Radomirowi się spodobało, a prawdziwi dorośli powieść uznali za słabszą.

A może powieść dla poważnych, prawdziwych dorosłych wydała się za mało fantastyczna?

Bo rzeczywiście; wprawdzie napisałem wyżej, że tę fantastyczność tu znajdziemy, ale…  raczej w małej dawce. Jest owszem, ta Narnia – pardon, Górskie Miasteczko – ale wygląda raczej na alpejską wioseczkę, niż na prawdziwie magiczny, obcy ląd. Coś tej krainie zagraża, coś, z czym mieszkańcy nie potrafią sobie poradzić. Jakie to zagrożenie? Dlaczego wybawienie musi przyjść z zewnątrz? Nie wiadomo. Nawet, gdy obrócimy ostatnią stronę, gdy doczytamy ostatnie słowa, zamkniemy książkę – pozostaniemy z samymi pytaniami. Co się stanie z Mistrzem? Z Lordem Horn? Z jego córką? Czy zagrożenie minęło, czy pozostało?

Nie wiadomo.

I już to jest wskazówką, że powieść wcale nie jest o fantastycznej krainie, o smoku do pokonania (zresztą, co też to za smok). Nie ma w niej czarów, nie ma rycerzy, jest tylko jedna, stara szpada. Są tłustawy, niewykształcony kasjer i zazdrosna o swój świat młoda kobieta i powieść jest o nich. O początku. O miejscu, gdzie się rozpoczyna… nowe życie, właśnie fantastyki pozbawione.

Czytałem tę powieść i zazdrościłem. Zatrzymywałem się na niektórych akapitach i analizowałem je, by odkryć, jakimi środkami autorka buduje nastrój, jak tworzy opisy, jak przywołuje chłód poranków i smak koziego sera. Skąd się bierze jej łatwość w nadawaniu zwykłym rzeczom magicznej aury? Czytałem zdania, rozbierałem je na części, na literki niemalże, bo przecież ja chcę zostać pisarzem, a pisarze – słyszałem – winni podglądać innych, winni kraść pomysły, naśladować najlepszych. Le Guin opowiada historię, która u kogoś innego wydawałaby się nudna i płytka. A tutaj, gdy kasjer nie może znieść swojego życia i biegnie na oślep, ucieka przed matką, puszkami z ananasem za ileś tam dolarów – my biegniemy razem z nim.

Może dlatego innym się nie podobało? Nie dość, że czarów za mało, to jeszcze za mało akcji, za dużo opisów. Za dużo szarości i spokojnego smutku, do tego jeszcze otwarte zakończenie, mało niezwykłe. Gorzej, punkt szczytowy powieści, klimaks, przechodzi obok nas mimochodem, tak cicho, że dopiero po chwili widać – to już?

Ciekawa sprawy – patrząc na te akapity, przecinki, kropki – na te nanizane słowa, opisy z rzadka okraszane przymiotnikami – cały czas napotykałem się na rzeczy, które wbijano mi do głowy, że są błędami. Się, się, się. Staraj się omijać “się”, Radomirze, spójrz, ile nawrzucałeś tych “się” do tego akapitu, przeczytaj go, zobacz, jak to brzmi. I w Miejscu, gdy tylko zacząłem tych “się” szukać, znalazłem ich sporo. Gdy zacząłem je zauważać, zaraz zaczęły mi przeszkadzać. Ale gdy czytałem, gdy dawałem się ponieść opowieści – te błędy, zbędne zaimki, powtórzenia i tak dalej… to wszystko znikało.

Jak ona to zrobiła? Jak zdołała stworzyć historię tak dobrą, że czytając ją, nie widać potknięć?

Nie wiem. Zazdroszczę, obracam strony, marszczę czoło. Chcesz być pisarzem, naśladuj najlepszych. Ale jak można naśladować coś tak nieuchwytnego?

Napisałem już tak wiele, a wy wciąż nie wiecie, o czym jest Miejsce początku. A powinniście wiedzieć już po samym tytule. Mamy tutaj tematy typowo leguinowskie: dojrzewanie. Akceptacja samego siebie. Poszukiwanie miejsca w świecie. Harmonię, tęsknotę za nieskażoną przyrodą, za prostszymi czasami, gdy ludzie zamiast w betonowych miastach, żyli z owcami między czystymi strumykami (“żyli z owcami”. Ha! Jak to brzmi.). Mamy nawet wątki feministyczne, gwałt, przemoc. A do tego leguinowska wiara, że mężczyźni i kobiety uzupełniają się, że prawdziwy związek, z miłością, z wiarą, nadzieją – jest kluczem do odnalezienia sensu.

Ciekawi mnie symbolika tej powieści. Hugh, kasjer, często pije wodę ze strumienia, tak samo druga bohaterka, Irene. Czysta woda, gasząca pragnienie, przynosząca im ulgę. To musi być symbol, chociaż jestem za głupi, by dostrzec – symbol czego.

Druga rzecz – zanim zrodzi się między dwójką bohaterów uczucie, najpierw znajduje miłość po tamtej stronie, ale czy miłość prawdziwą? Tamto miejsce nie jest dla nich. Nie mogą rozwiązać problemów, uciekając w świat marzeń, w tę magiczną Narnię. Tamte miłości nie są rzeczywiste. Dopiero gdy odnajdują siebie, gdy powracają do zwykłego świata – dopiero wtedy naprawdę wkroczą w dorosłość. Miejsce początku. Początku dojrzewania? Dorosłości? Bo powieść kończy się właśnie wtedy, gdy Irene i Hugh zaczynają.

I jeszcze jeden symbol. Potwór, którego Irene wywołuje z jaskini, którego zabija Hugh. Stawiają monstrum czoło razem, bo gdyby Hugh wszedł do jaskini sam – pewnie by zginął. Widzą tego potwora inaczej – i zastanawiam się, czy nie doszukuję się zbyt wiele na przykład w tym, że ten potwór jest zimny. Straszliwie zimny. Chciałoby się interpretować to jako symbol pogrążania się w problemach, ignorowania ich – może też jako symbol odcinania od innych ludzi, od rzeczywistości. Ale… Czy na pewno? Nie znam się, nie jestem zawodowym krytykiem, tylko prostym chłopakiem (czterdziestopięcioletnim) z małego miasteczka (no, od ćwierćwiecza mieszkam w dużym, ale wiecie, jak to mówią – można chłopaka wyrwać z małego miasteczka, jednak małe miasteczko z chłopaka nikt nie wyrwie).

Bardzo dobra powieść. Zostawia niedosyt przez tą niedookreśloność, przez to, że właśnie jest jakby początkiem, że nie dopowiada pewnych rzeczy, stawia pytania nawet nie obiecując odpowiedzi – ale, pomimo tego, dobra. A może właśnie dobra dokładnie dlatego, że tylko stawia pytania?

To znaczy, dobra, jeżeli lubicie Le Guin. I jeżeli nie spodziewacie się rzucania ognistych kul, mordowania smoków i szczegółowych opisów seksu.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *