Fantastyk dawnych czar – numer 2 (77) 1989

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Tematem przewodnim lutowego numeru z 1989 roku jest film Na srebrnym globie Żuławskiego. Mamy fragmenty scenariusza i zdjęcia z filmu. Decyzja umieszczenia zdjęć zamiast grafik wydaje mi się wcale nie tak kontrowersyjna, ponieważ kostiumy naprawdę były mocną stroną filmu Żuławskiego, a po wtóre: nie oszukujmy się, nie wszystkie okładki i Galerie starej Fantastyki dorównywały tym zdjęciom urodą i fantastycznością.

W środku klasycznie. Hollanek narzeka na hity z satelity. W listach od czytelników za to rodzynek: wydawnictwo oburza się za recenzję powieści Wiekiery (“Marsjanie są wśród nas”) twierdząc, że powieść jest dobra i basta, a Ziemkiewicz ją źle ocenił. Redakcja odpowiada, że RAZ nie może się ustosunkować, bo jest w wojsku, ale – choć redakcja przyznaje, że Ziemkiewicz napisał ostro, to zaraz w całości zgadza się z jego negatywną oceną gniota Wiekiery.

Co jakiś czas mam ochotę się “odchamić”, “ukulturalnić” i tak dalej. W ramach owego ukulturalniania miałem zamiar kupić sobie jakąś książkę Jorge Luisa Borgesa, bo ponoć to artysta i wielki literat. A tutaj, niespodzianka, numer otwierają krótkie obrazki napisane przez Borgesa, wybrane przez redakcję, połączone wspólnym tematem śnienia i snów.

No i co? I skutecznie mnie to zniechęciło od zakupu jakiejkolwiek powieści Borgesa. Niektórzy lubią czytać teksty, których jedynym sensem jest tworzenie pięknych zdań. Niektórzy twierdzą, że dopiero to jest literatura, gdy można się smakować słowami, odkrywać nawiązania intertekstualne, poszukiwać ukrytych sensów. Ja do tych niektórych nie należę. Owszem, lubię fragmenty nazwijmy to: literackie, ale właśnie fragmenty, wplecione w dłuższe teksty. Jeżeli zaś całość wygląda tak “czas śnił o tym. I wyśnił to. I wyśnił tamto. I wyśnił owo. I wyśniła owamto i siamto. I tamto jeszcze wyśnił. A poza tym wyśnił o to, właśnie to, co tam leży. I wyśnił aluzję do znanego tekstu. I wyśnił aluzję do mniej znanego tekstu”… No cóż, mnie to męczy.

Ale ok, jeżeli ktoś lubi się maczać w artyzmie, nie ma sprawy.

Gorzej, że w mojej wersji korekta przespała sprawę – skład uciął część tekstu i na przykład mamy coś takiego:

Po nim następują cyfry arabskie, których ilość jest nieokreślona, lecz z pewnością skończona. Wska- ile razy odkryjesz ją na mapie.

Inna sprawa, że przy takich tekstach człowiek czasami się zastanawia, czy to aby na pewno błąd składu, czy nie przypadkiem kolejny porąbany zabieg artystyczny.

Obsceniczna ilustracja. Klikasz na własną odpowiedzialność.

Sztuka. Artyzm. Tak, tak, sztuka. A teraz wyobraźcie sobie toto w kolorze, na okładce czasopisma. Ja pierniczę, żeby to jeszcze miało jakiś związek z opowiadaniem, ale nie – po prostu Jerzy Domino machnął radośnie to coś, a redakcja z niewiadomych przyczyn to coś wstawiła.

Na szczęście po artyście przychodzi rzemieślnik znający się na swojej robocie, czyli Robert Sheckley z Akademią. Tutaj nie ma artyzmu, nie ma nawiązań ani zabawy słowem, jest tylko zgrabnie rozegrana historia jednego człowieka. W przyszłości, po straszliwych doświadczeniach wojen, ludzi zagrażających społecznemu spokoju przymusowo się leczy. Każdy człowiek ma Miernik Normalności, który podaje, jak daleko ów odstaje od ideału. Wartości 0-3 to norma, powyżej siedmiu należy się zgłosić na terapię i jak najszybciej. Nasz bohater zaczyna z ósemką.

Na czym polega to odstawanie od normy? Nie wiadomo. Można się domyślać. Fetyszem dla tej społeczności jest zachowywanie status quo, a więc ci, co mogliby zachwiać równowagą, są nienormalni. Biznesmen, który za dużo pracuje i za bardzo się bogaci musi szybko przestać, odpuścić, zanim jego wskaźnik wystrzeli za daleko. Ci, którzy pragną czegoś więcej, którzy są gotowi walczyć o swoje – wariaci. Utrzymywanie normalności wymaga dużo wysiłku, a ci, którzy nie dają sobie z tym rady – jak nasz bohater – trafiają do Akademii. I tam pozostaną do końca życia, dla dobra społeczeństwa.

Dość ponura wizja przyszłości, chociaż wszystko jest tam humanitarne i wszystko ma na celu utrzymanie pokoju.

Grzegorz W. Komorowski po dziełach pana Domino wydaje się arcymistrzem. Na dodatek od biedy pasuje do treści “Śmierci przez powieszenie”.

Drugie w dziale prozy zagranicznej jest opowiadanie Zygmunta Nowaka-Solińskiego, Śmierć przez powieszenie. Nie, to nie pomyłka, naprawdę to wciąż dział zagraniczny. Pan Nowak-Soliński mieszkał bowiem we Francji, a pisał po angielsku. Dziwna rzecz, nie mogę go wyguglać, może pisał pod pseudonimem… No i nie jestem pewien, czy potem nie wrócił do Polski, bo nazwisko ma dość rzadkie, a w Warszawie był jakiś tłumacz angielskiego pod tym nazwiskiem. Anyways. Opowiadanie. Wahałbym się to nazwać opowiadaniem. Rzecz wygląda raczej na fragment wyjęty z czegoś większego, urywek powieści, prolog. Jako samodzielna całość raczej się nie broni, brakuje puenty, jakiegoś mocniejszego akcentu na zakończenie. Wpada agent-cyborg po kolegę na obcą planetę, negocjuje jego powrót godząc się na wszystkie warunki, zaczynają do niego strzelać, odpowiada ogniem, wypada. Koniec. Aha, jeszcze notka na koniec, że na planetę poleci flota, która ją, można się spodziewać, obróci w proch i pył.

O ile Sheckleya zapamiętałem z pierwszego czytania i mógłbym napisać streszczenie bez potrzeby ponownej lektury, o tyle z tego opka utkwiły mi w pamięci tylko kary wymierzane kryminalistom, a reszta gdzieś znikła. Nic dziwnego, bo jak mówię – to utwór słabo się nadający na opowiadanie. Dlatego tez bez zahamowań dałem wyżej psuje, bo zaiste – odradzam z całej siły czytanie. Nie, żeby złe, ale… bo po co.

Zamiast ilustracji (bo naprawdę nie warto, uwierzcie) fotki z filmu “Na srebrnym globie” Żuławskiego.

No dobrze, czyli to był zagraniczny Polak. A co z Polakami przedgranicznymi, to jest, chciałem powiedzieć, tutejszymi? No źle nie jest, ale zachwycać też się nie ma czym. Jest Mirosław P. Jabłoński ze Spowiedzią mistrza mąk piekielnych, czyli wyznania przedśmiertne sławnego malarza Hieronima Boscha. Sprawnie napisane opowiadanie o niczym. Gorzej, bo strasznie mi się kojarzy z innym opowiadaniem, bardziej wprawdzie klimatem i pewnym odległym podobieństwem pomysłu. Mistrz Bosch spotyka przybysza z przyszłości – ale takiego, co to tylko duchem się przenosi w ciało ludzi żyjących w przeszłości. Przybysz kusi mistrza Boscha, by ten zażył pastylki, a wówczas będzie tworzył niesamowite dzieła. Dzięki temu wysłaniec się wzbogaci, bo zawczasu zgromadzi dzieła Boscha, zanim ten się stanie sła… Co? Muszę przyznać, że tutaj nie do końca zrozumiałem, na czym polegał plan podróżnika w czasie.

Po przeczytaniu człowiek ma uczucie takiego iii tam. To znaczy: warsztat w porządku? Tak jest. Pomysł fantastyczny? A jakże. Czyli co, to nie gniot? Nie, nigdy w życiu, absolutnie. Po prostu taki… produkcyjniak. Rzemieślnicza robota, ale taka raczej trzepana seryjnie przez dobrego fachowca, a nie na zamówienie przez mistrza – mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi.

Dalej mamy szorty, czyli short stories. Tomasz Kołodziejczyk daje nam dwa proste, żeby nie powiedzieć prostackie opowiastki, obie oparte na starym pomyśle. Jacek Sierpiński, obecnie znany z prowadzenia libertariańskiego bloga (polecam), przynudza opowiastką o tym, że ludzie wyrzucają śmieci do rzeki, rośnie zanieczyszczenie, jednym słowem – ekologia jest ważna, bo inaczej wszyscy zginiemy. Pani Krystyna Milczarek-Pankowska przynudza poprawnie napisanym tekstem o śnieniu. Językowo, literacko stoi to wyżej od pozostałych, ale przynudza. Leszek Engelking popełnia właściwie plagiat z Dziwnych skrzyń profesora Corcorana Stanisława Lema (czyli taki Matrix), dziw, że redakcja to puściła. I wreszcie…

I wreszcie niespodzianka. Jerzy Szylak z Komiksową fantazją. Totalny wygłup, zaczyna się jak kicz najgorszego rodzaju, jak popis grafomanii a potem… zaczyna cieszyć. Humor słowny (trąc obolałe od dyskusji z dziewczyną policzki), parodia filmów akcji i komiksów. Jak dla mnie najbardziej oryginalny i najlepszy szort, aczkolwiek ludzie ceniący teksty literackie, artystyczne i z głębszym sensem raczej na tę ocenę się oburzą. Patrzę na wyniki wyszukiwania: scenarzysta komiksowy. Aha, to dlatego 😀 . Dla mnie, w każdym razie, miodzio.

Ach, zapomniałem napisać, czego w moim egzemplarzu nie ma. Nie ma wkładki z Porą deszczów Strugackich. Powieść czytałem już jako dorosły i raczej mnie nie zachwyciła, uważam ją za słabszą od innych osiągnięć braci z Petersburga. Tak wiem, inni się zachwycają. No, ale co ja poradzę, że taki mam prosty gust.

I właściwie to już niemal koniec. Mamy recenzję filmu Na srebrnym globie Doroty Malinowskiej i właściwie każde zdanie podkreślałbym wężykiem, tak mocno się z nią zgadzam. Rzecz w tym, że Żuławski zaczął kręcić film, ale coś tam mu przeszkodziło (nie pamiętam, zabrakło funduszy, czy zmienił się klimat?) i trzeba było przerwać. Genialne kostiumy i dekoracje trzeba było schować, no i kiedy po dziesięciu latach mógłby dokończyć film, okazało się, że kostiumy spleśniały i nadają się do wyrzucenia. Zamiast tego więcej Żuławski nakręcił głos spoza kadru opowiadającego, co powinno się w danym momencie w filmie znaleźć.

Sam film zaś – właściwie broni się tylko kostiumami, które naprawdę są niesamowite, choć już Szernowie to porażka totalna. No i można by oglądać bez dźwięku, bo aktorzy strasznie czasami bełkoczą – to znaczy, krzyczą i wiadomo, jakie słowa krzyczą, ale po cholerę i co chcą przekazać, to już nie wiadomo.

Dalej krytyka, rys biograficzny Hollanka… Nie czytałem. U Jęczmyka zdumiały mnie tylko dwie rzeczy: jedna, że o Dzierżyńskim napisał per “najwybitniejszy nasz praktyk światopoglądu naukowego” (!!) – to był 1989, więc chyba mógł sobie już darować? I druga, jego metafora Jezusa jako stacji roboczej (końcówki superkomputera, terminala) do Boga. No powstrzymam się od komentarza.

Chociaż to, że Dzierżyński był także przewodniczącym komitetu do spraw kontaktów międzyplanetarnych mnie zaciekawiło i faktycznie, temat na opowiadanie to byłby nieziemski.

Parowski z kolei pisze o diable i o tym, że wraca religijność (ależ ta prognoza się zestarzała). W pożółkłych kartkach: Podróż uczona na Wyspę Niedźwiedzią i niespodzianka, ja to w całości kiedyś czytałem, ale aż do dzisiaj byłem przekonany, że to byłą staroć autorstwa jakiegoś Rosjanina. Zapamiętałem z tego opka (jeżeli to właśnie to opko, które zapamiętałem 😀 ), że główny bohater pod koniec zeżarł ukochaną.

Coś jeszcze? Rozważania o możliwości podróży międzyplanetarnych. krytyka, sprawozdania, recenzje. Nudy. Nie chciało mi się czytać. Niech będzie więc, że koniec.

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.