X-Meni na cichym wzgórzu, czyli “Ostatni zjazd przed Litwą” Roberta J. Szmidta (recenzja)

Wielokrotnie powtarzam, że lubię prostą rozrywkę, prozę pozbawioną ambicji bycia Wielkim Dziełem, po prostu – książki, w których jeden facet leje drugiego po mordzie, a wszystkiemu kibicują ładne panienki. To nie znaczy, że lubię tylko taką prozę. Wielkie Dzieła też mogę przeczytać, czemu nie. Chciałem napisać tylko tyle, że nie wstydzę się przyznać do przyjemności czerpanej z lektury utworów mało skomplikowanych, byle dobrze napisanych.

I jestem teraz w kropce. Bo Ostatni zjazd przed Litwą teoretycznie pasuje do moich gustów, a jednak… A jednak stwierdzam, że dobry warsztat, szybka akcja to trochę za mało.

Dla tych, co nie lubią długich recenzji, szybka ocena: Ostatni zjazd przed Litwą to porządna, sprawnie napisana rozrywka bez głębszych myśli. To gry komputerowe i komiksy rozwinięte w opowiadania. Żadnych zaskoczeń, żadnych rozczarowań – solidny średniak.

Tak sobie myślę, że może to wina niedopasowania. Pisarz często kieruje swoje dzieła do kogoś, do określonej grupy czytelniczej (próbowałem kiedyś używać docelu zamiast angielskiego targetu, nikt nie podjął). Nie zawsze tak jest, wiem, ale bez wątpienia często tak bywa. I wówczas, gdy dzieło kierowane jest do wielbicielek romansów, to zgred kochający Lema niekoniecznie musi się dziełem zachwycić i jest to całkiem normalne,  i niczym dziełu nie ujmuje. Tak samo, jeżeli autor napisał soft porno dla nastolatków, trudno poważnie jego dziełko oceniać przykładając kryteria prozy poważniejszej.

Do kogo jest więc skierowany zbiór opowiadań Szmidta? Ha! Łatwiej powiedzieć, do kogo nie jest. Nie jest skierowany do mnie. Korci mnie, by powiedzieć: zbiór przeznaczony jest dla młodych mężczyzn, fanów komiksów i gier komputerowych, ale byłbym może trochę niesprawiedliwy – ale chyba tylko trochę.

(Obowiązkowa dygresja w nawiasie: nie deprecjonuję fanów gier i komiksów. Zawsze lubiłem komiksy i gry komputerowe, wiele z nich wspominam z nostalgią, chociaż dzisiaj raczej już nie grywam. Natomiast młodym mężczyzną z pewnością określić mnie nie można.)

Szmidt otwarcie przyznaje się do inspiracji Silent Hill, gdzie indziej puszcza oko wspominając komiksy o Hellboyu. W to pierwsze nie grałem, widziałem tylko film. Jeżeli chodzi o to drugie:  nie czytałem komiksów, oglądałem tylko ich adaptację. Niemniej to wystarcza, by  faktycznie te inspiracje dostrzec. Nazywanie opowiadań świetnie dopracowanymi fanfikami byłoby sporym nadużyciem, ale nie da się też ukryć, że pan Szmidt bez skrępowania czerpie z pop-kultury. Nic w tym złego! Każdy z czegoś i kogoś czerpie, ja też. Miałem zresztą czasami wrażenie, że Szmidt oglądał podobne rzeczy jak ja, podobne rzeczy go zainteresowały i wyszedł z tych samych pozycji, z których dzisiaj wychodzę ja.

Patrzę na datę wydania zbioru: rok 2007. Na lubimyczytać to najstarsze dziełko Szmidta, jego debiut i chyba najsłabiej oceniony. Tym bardziej zaskakuje wysoki poziom warsztatu. Opowiadania napisane są technicznie bez zarzutu, pan Szmidt świetnie operuje językiem, nie nudzi, tworzy jak doświadczony rzemieślnik. Teoretycznie też daje wszystkie składniki, które powinny mi się spodobać.

Co dostajemy w zbiorku? Wszystko. Ponury, nienaturalny świat zawieszony za naszym światem, do którego trafiają dzieci, bardzo growy, przez co mam na myśli: pasujący na opowiadanie wprowadzające do jakiejś gry. Dalej opko stanowiące miszmasz kilku pomysłów: Japonia podbiła Ziemię (jak?!), a o wyborze następnego cesarza decydują rozgrywki w szachy niemal żywcem wyjęte z jednej starej gry na C64. I jeszcze utwór o zwykłych ludziach walczących z mutantami, od razu przypominające nam X-Menów. Do tego tytułowy Zjazd, mile łechcący nasze polskie dusze (ha, my Polacy, wieczni buntownicy, super wojownicy kontra ta zła unia). A na koniec, niejasno kojarzący mi się z Przechrztą utwór o próbie utworzenia w polskim wywiadzie komórki wykorzystującej nadnaturalne talenty telepatów i innych esperów.

W każdym opowiadaniu, wyjąwszy ostatnie, mniej więcej w połowie już podejrzewałem, jakie będzie zakończenie. Trudno nie odgadnąć, kim naprawdę jest ksiądz-łowca w fanfiku Silent Hill, trzeba też naprawdę wolno myśleć, by nie przewidzieć, do czego dąży bohater Mroku nad Tokyoramą. Przewidywalne nie znaczy złe – w każdym sensacyjnym filmie z Hollywood wszak wiemy, że główny Dobry dokopie Złym, że po drodze prawie go pokonają, ale podniesie się pod wpływem motywującej gadki. Wiemy też, że Zły na samym końcu, niby już zabity i pokonany, nagle ruszy do ostatniej, niespodziewanej (ha, ha) szarży. I tutaj przewidywalność to też nie zarzut, to stwierdzenie faktu. Szmidt zna rzemiosło i rządzące nim zasady.

Czyta się dobrze, nie czułem nigdy potrzeby odłożenia książki na bok, nie zmuszałem się do lektury. Odkrywanie, jakie polskie imię kryje się pod Guregodzii i co to za kraj Osutoraria dawały mi nieco radości. Trochę niezbyt pasowały mi szachy jako wzór do che-do, ale w sumie może pan Szmidt uznał, że shogi i szachy to prawie to samo, a polski czytelnik słysząc tę pierwszą nazwę mógłby się pogubić.

Hmm… co jeszcze można rzec? Nie powiedziałbym, bym się nudził, ale też ani razu mnie nie wciągnęło. Tak jak pisałem na samym początku: dostajemy dobrze przygotowaną rozrywkę i… tylko rozrywkę. Porządny średniak. Czy wam się spodoba? Nie mam pojęcia. Lubiliście powieści ze świata Metro 2033? Gracie i nie przeszkadzają wam schematy oraz nowe warianty starych pomysłów? Jeżeli tak, to zbiór opowiadań Roberta J. Szmidta z pewnością wam podejdzie. Jeżeli nie, cóż – istnieje niebezpieczeństwo, że nie pasujecie do grupy docelowej (docelu 😀 ) czytelników.

Jak dla mnie, Ostatni zjazd przed Litwą zasługuje na 5/10, może nawet 6/10. Przeciętne czytadło na jeden wieczór, do zapomnienia w tydzień potem.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.