Pisarz – to znaczy kto?

Na weryfikatorium, forum przeznaczonym dla osób pragnących poprawiać literacki warsztat, rozgorzała ostatnio po raz kolejny dyskusja o tym, kto może nazywać się pisarzem. Tym razem sprowokowałem ją ja, przyznając otwarcie, że za pisarza się nie uważam i sądzę, że jeszcze długo nie będę miał prawa do tego miana. Padły prośby o definicje, przy czym niektórzy uważali, że dyskusja jest bezprzedmiotowa, przytaczając opis z wikipedii:

pisarz pisze prozą powieści, nowele, opowiadania, biografie, monografie, pamiętniki; pisze utwory poetyckie i dramaty, przeznaczone do realizacji na scenie np. w teatrze, w radiu lub w telewizji

Słownik języka polskiego jest nawet bardziej lakoniczny:

1. osoba zajmująca się pisaniem utworów literackich; literat;

Można by rzec, że to sprawę rozstrzyga. Piszesz, czyli jesteś pisarzem. Znajomy autor z przekąsem podsumował to przewrotnym komentarzem:

Pisarz to ktoś, kto pisze, tak samo jak pszczelarz to ktoś, kto pszczeli.

Jeżeli sprawa jest tak prosta, to dlaczego tyle znanych mi bezpośrednio albo pośrednio osób ma tyle wątpliwości? Weźmy Arkadego Saulskiego (tego nie znam bezpośrednio, ale bezpośrednio znam osoby, które pana Saulskiego znają). Ma na koncie OSIEM tytułów, wliczając w to zbiory opowiadań wydane wspólnie z innymi autorami. A jednak, gdy mój znajomy go spotkał i nazwał pisarzem, pan Saulski stanowczo zaprzeczył. Stwierdził, że za pisarza się nie uważa.

Na forum jedna znana mi debiutantka powiedziała, że jak wyda piątą książkę, może wtedy uzna, że ma prawo do miana “pisarki”. Ale na tym samym forum moja znajoma autorka, która pięć książek jak najbardziej wydała – i to  przyjętych raczej dość dobrze przez czytelniczki i uważanych za prozę jednak wyższej jakości – po zastanowieniu uznała, że pisarkę nie jest.

Sama definicja: “piszesz, więc jesteś pisarzem” oznacza, że pisarzem/pisarką jest każdy/każda, która skrobie coś w zeszycie i wrzuca potem do szuflady, niezależnie od jakości tworzonych dzieł i od tego, czy ktokolwiek je poza autorką/autorem czyta. Chociaż niektórzy skłonni są właśnie tak uznać, we mnie budzi to protest. Nie. Mimo wszystko, nie. Czy ktoś, kto w ogródku posadził pięć ziemniaków, może przedstawiać się jako “rolnik”? Czy jeżeli pracuję w korpo, ale na allegro raz na rok sprzedaję starą książkę z księgozbioru dziadka, mogę uważać się za “antykwariusza”?

Inny kolega przypomniał konkluzję ostatniej rozmowy na ten sam temat. Słowo “pisarz” ma niejako dwa znaczenia, zazębiające się, ale jednak o nieco innym wydźwięku. Pierwsze to pisarz jako artysta, jako ktoś tworzący dobrą literaturę. W takim znaczeniu pisarzem jest człowiek może nawet nie wydawany, ale czyje dzieła można uznać za wartościowe. No tak, na pierwszy rzut oka wszystko wspaniale, ale… W jaki sposób poznać, czy dzieła są wartościowe? Och, to proste. Dobra literatura jest dobra, stwierdził inny kolega. W takim wypadku kryterium w gruncie rzeczy jest uznaniowe. Krytycy, czytelnicy, inni pisarze mogą uznać ciebie za pisarza.

Dobrze, to był pisarz-artysta. Ale mamy także pisarza-rzemieślnika. Kogoś, dla kogo pisarstwo jest zawodem, sposobem na życie. Zobaczcie zresztą na tą definicję z słownika języka polskiego: osoba “zajmująca się” pisaniem, a nie po prostu “pisząca”, a więc ktoś, dla kogo pisanie jest “zajęciem”. U wielu takie podejście budzi protest. Jak to? Kryterium uznania za pisarza ma być to, ile zarobił kasy? Co za obrzydliwe, komercyjne podejście, mówią i zaraz zaczynają żartować, pytając, od jakiej kwoty mamy pisarza, a do jakiej jest jeszcze amator. No cóż, nie da się odpowiedzieć, tak samo, jak nie da się jednoznacznie powiedzieć, co jest dobrą literaturą. Jeżeli ktoś jest w stanie utrzymywać się z pisania, albo dla kogo zarobki z pisarstwa stanowią znaczącą pozycję w dochodach, jest pisarzem. Bardzo komercyjne podejście, ale za to nie zależy od opinii krytyków. Możesz pisać grafomanię kompletną, z której potem ludzie kręcą bekę w recenzjach na youtube, ale – skoro sprzedajesz kilkadziesiąt tysięcy nakładu, możesz mieć ich w nosie. Wydajesz książki – jesteś pisarzem. Piszesz arcydzieła, ale do szuflady: nie jesteś.

(Dygresja: nawiasem mówiąc, takie podejście stosuje związek literatów: aby zostać członkiem, trzeba być autorem co najmniej dwóch wydanych powieści uznanych za wartościowe. Stowarzyszenie pisarzy także de facto wymagało dwóch wydanych “wartościowych” powieści. Koniec dygresji.)

Wielu instynktownie protestuje przeciwko sprowadzaniu wszystkiego do mamony. Pisarz tworzy, a nie produkuje. Pisarza mogą docenić i wydać dopiero po śmierci. Ten protest wynika faktycznie z pomieszania dwóch zakresów pojęciowych, Pisarza-Artysty i pisarza-rzemieślnika.

Zauważmy przy tym, że pisarz w Polsce jest zawodem. To znaczy, w pytaniu na zawód można odpowiedzieć “pisarz” i wtedy dostajemy kod 264102 według klasyfikacji zawodowej.

Swoją drogą, lektura zadań zawodowych “pisarza” w klasyfikacji zawodowej dostarcza mi nieodmiennie mnóstwo radości. Co pisarz ma robić?

Zadania zawodowe: – opisywanie przeżyć wewnętrznych, stanów psychicznych, doznań, refleksji, poglądów – w formie fabularnej, pamiętnika, autobiografii, wiersza, dramatu itp., mające na celu oddziaływanie estetyczne i artystyczne na czytelników;

To jeszcze nic.

Dodatkowe zadania zawodowe: – wypowiadanie się w ważnych sprawach dla kraju, narodu, ludzkości jako arbiter, intelektualista i artysta;

Piękne, prawda?

No dobrze, a jaki z tego wniosek? Kiedy można uznać samego siebie za pisarza? W tym problem. Zauważcie, że z wszystkich tych definicji wynikałoby, że nie można, to znaczy: nie można samodzielnie o tym zadecydować. O tym, czy jesteś pisarzem, decydują inni: uznając wielkość tworzonych przez ciebie dzieł, przyjmując je do druku, albo kupując w księgarni.

A skoro tak, czy ktoś taki jak ja, autor trzech wydrukowanych opowiadań i jednej właśnie wydawanej powieści (oraz następnych dopiero przygotowywanych do druku) ma prawo się przedstawiać “jestem pisarzem”? Chyba jednak nie, chyba, żeby dodać kwalifikujący przymiotnik, “początkujący”. Chcę być pisarzem, albo: jestem początkującym pisarzem. A kiedy nim być przestanę? Ba! Dobre pytanie. Może debiutantka-koleżanka ma rację, może powinienem przyjąć jej kryterium: pięć wydanych powieści.

No, czyli tak jeszcze ze dwa lata.

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.