Fantastyk dawnych czar – numer 12 (75) 1988

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

W roku 1988 miałem lat wciąż dwanaście i aż dziw, że takiemu szczylowi rodzice dawali pieniądze na kupno Fantastyk, nie zwracając uwagi na ich zawartość. Przyznam tutaj, że mając lat dwanaście i widząc akurat tę okładkę mocno się krzywiłem. W tamtym wieku nie “czułem” sztuki w rodzaju tej uprawianej przez Stasysa i nie rozumiałem, dlaczego redakcja zamiast walnąć jakiś statek kosmiczny albo herosa z mieczem, marnuje papier na litewskiego artystę. Dzisiaj dzieła Stasysa podobają mi się bardziej (co nie znaczy, że bardzo), ale… wciąż nie rozumiem, co takiego fantastycznego jest w stylizowanych obrazkach klaunów.

A co w numerze? Zaczyna się od decyzji jury nagród literackich Fantastyki, że autorom nie będą tym razem sypać kasy (bo pewnie za mało wartościowych rzeczy piszą) i zamiast tego nagrodzą wydawców i tłumaczy. Potem mamy wpis Hollanka, w którym ówczesny naczelny pisze o swoich ulubionych tematach. Narzeka, że czytelnicy nie chcą artyzmu. Pisze o rozwoju political i social fiction. Jednym słowem, przynudza.

Dalej listy od czytelników. Ktoś domaga się, by redakcja udzielała porad literackich, redakcja ze smutkiem twierdzi, że to niemożliwe. Potem, uwaga… przepisy na świąteczne dania pana Stanisława Remuszko.

Ho ho, numer otwiera zagadka pod tytułem: o co, kruca, chodzi z tą ilustracją i jaki ma związek z treścią świątecznego opowiadania? Grafika Janusz Gutkowski.

Dalej jest świąteczne, króciuteńkie opowiadanko Nancy Etchemendy Niewiarygodne życzenie świąteczne. Mała Abbie właśnie przeniosła się z rodziną gdzieś na południe (chyba do Kaliforni?) i smuci się, że na Gwiazdkę nie ma śniegu. Upiera się, że jakiś stary włóczęga jest świętym Mikołajem i ów Święty włóczęga obiecał jej śnieg. Siostra tłumaczy, że to niemożliwe, bo jak spadnie śnieg, to zmarnieją uprawy, drzewka cytrynowe i Mikołaj musiałby zasmucić mnóstwo ludzi. A może jednak Mikołajowi uda się nie zasmucić ani małej Abbie, ani farmerów? Może… W końcu to świąteczne opowiadanko. Bardzo ciepłe i familijne, chociaż sam Święty Mikołaj to trochę mało jak na fantastykę.

Zdjęcie nieco rozmazane, ale w oryginale tekst nie jest dużo czytelniejszy.

W Galerii obrazki Stasysa i idące w magiczny realizm tekst o Stasysie, część z nich kompletnie nieczytelną czcionką (biała na białym tle, genialny pomysł). Ani obrazki mnie specjalnie nie zachwyciły, ani teksty. Nic dziwnego – Stasys Edrigievičius zgarniał wówczas nagrody, a to artysta zgarniający nagrody zwykle tworzy Sztukę przez zarąbiście wielkie “S”, co z kolei oznacza, że ludzie tacy jak ja starają się go omijać jak najszerszym łukiem.

Eugeniusz Józefowski i ilustracja do Choinki: to przynajmniej coś tam nawiązuje do treści.

Kolejne świąteczne opowiadanko to Choinka Kena Wismana. Poprzednie było pełne familijnego ciepła, a to jest wypełnione ciepłem, miłością i rodzinnymi wartościami do porzygu. Rzecz jest o Pomonie, leśnym duszku, mieszkającym na drzewie. Drzewko to oczywiście choinka, którą ścinają drwale i którą kupuje rodzina małego  Jaimiego. Pomona Jaimiego nie lubi, ale Jaimie ją podlewa, opowiada o umierającej na raka matce oraz o tym, co naprawdę znaczy Gwiazdka. Na koniec Pomona ratuje rodzinę przed pożarem, matka Jaimiego umiera, a on nawet jako dorosły opowiadał własnym dzieciom, że Gwiazdka oznacza miłość. Na koniec wgalopowują trzymające watę cukrową białe, puchate króliczki na oklep na tęczowych jednorożcach. Nie, z tym ostatnim żartowałem, ale gdyby zrobili adaptację filmową, tak to by wyglądało.

Lubię ciepłe, familijne opowieści, ale to była lekka przesada.

A tutaj Eugeniusz Józefowski z drugą ilustracją do “Choinki”. Chciał pokazać redaktorowi dwie wersje do wyboru, ale pokazał tylko pierwszą i zanim powiedział o drugiej, redaktor już tą pierwszą zaakceptował. Po czym redaktor zapytał: “a miałbyś coś jeszcze, by dać pod »Dziadka Mroza«”? No i pan Eugeniusz Józefowski z miną pokerzysty odpowiada “oczywiście!”

Na szczęście od nadmiaru słodyczy ratuje nas Rosjanin, Borys Sztern z świątecznym Dziadkiem Mrozem. Zbuntował się artysta grający Dziadka Mroza, zbuntował, a tu dzieci w przedszkolu czekają. Na szczęście kierownik głowę ma nie od parady i zaraz załatwia jakiegoś staruszka, trochę tylko zapominalskiego. Staruszek przychodzi, rolę odgrywa, dzieciom się podobało, po czym staruszek zgarnia zapłatę i Następuje Puenta, uwaga: to nie był taki sobie zwykły staruszek!

Przeczytać można. Lepiej napisane niż wymęczona Choinka, chociaż to tylko taki obrazek z życia, lekko przyprószony bajkową pozłotą. Średniak. Produkcyjniak.

Ilustracja Andrzej Brzezicki. Całkiem spoko, nie?

Tutaj świąteczne klimaty się kończą i wchodzi czeski Andrzej, przepraszam, Ondřej Neff. A, przepraszam, DOKTOR Ondřej Neff. Syn Pisarza Vladimira Neffa, rocznik 1945, dziennikarz, dawny redaktor naczelny pisma Ikarie. Tutaj daje nam bardzo prowokujący Świt dla strasznej radości. Nie jest to arcydzieło, ale wyraźnie odstaje jakością i klimatem od poprzednich ciepłych, familijnych utworów. W dalekiej przyszłości, gdy ludzie nawiązali kontakty z innymi rasami, no cóż… nawiązali różne kontakty. No wiecie, różne ;). Tyle, że w owym nietolerancyjnym świecie przyszłości, osoby stelloseksualne, czyli kochające obcych, są kierowane na przymusową terapię.

A tak wyglądają dzieła nagradzanego artysty Stasysa.

Bohater kocha obcą, nieco śmierdzącą, jednopierśną odórwę, czyli mieszkankę planety Guzman. Opowiadanie zaczyna się, gdy detektyw łapie ich oboje i trafiają do lecznicy. A kończy się, gdy bohatera dowiaduje się, dlaczego owa obca godziła się z nim w ogóle być. W końcu, dla obcych ludzie są zwykle równie brzydcy, jak obcy dla ludzi…

Nie jest to żaden głos ani za, ani przeciw tolerancji. To po prostu opko z akcją w wymyślonym świecie, a chociaż pewne porównania siłą narzucają się same, zakończenie jasno wskazuje, że Neff nie miał zamiaru prawić nam kazań, tylko chciał opowiedzieć ciekawą historię z przewrotną puentą.

We wkładce znakomity Poul Anderson, Trzy serca i trzy lwy. Niestety, wkładkę wyrwałem i gdzieś zapodziałem :(.

Andrzej Brzezicki i “Gumpiarz”. Mam wrażenie, że Andrzej Brzezicki był jednym z nielicznych, którzy czytali ilustrowane opowiadania

Działo polski otwiera Gumpiarz Piotra Bondla. Opowiadanie z plusami – ale też z mnóstwem minusów. Plusem jest pewna oryginalność. Minusem – wszystko inne. Kuleje język, a chociaż jako dwunastolatkowi pamiętam rzecz się podobała, to teraz bolą mnie oczy, gdy czytam niektóre zdania. Gorzej – kuleje chyba nawet redakcja, zapominając o wstawieniu znaków zapytania w miejscach, gdzie ewidentnie powinny one być. A najgorzej: że z opowiadania na opowiadanie Bondel pisał coraz gorzej. Pierwszy, Obszar z 4 (31) 1985 był bardzo dobry. Potem odlotowe, wciąż dobre, ale jednak nieco słabsze Kształty w ciemnościach z numeru 3 (42) 1986. W tamtych, pamiętam, prezentował całkiem dobry warsztat, zwłaszcza w Obszarze nie miałem się do czego przyczepić. Gumpiarz tymczasem wygląda jak debiut i jak na debiut prezentowałby się przyzwoicie – ale na tle tamtych dwóch jest po prostu słaby.

Eugeniusz Józefowski z kolei popatrzył na nazwy własne w “Pieśni Szywanga”, podrapał się po głowie i zrobił… to.

Drugie opowiadanie to Pieśń Szywanga Zbigniewa Jastrzębskiego. Pamiętam, że gdy miałem lat dwanaście, opowiadanie wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Uznałem je wówczas za najlepszą rzecz numeru, ba, najlepszą rzecz z całego 1988 roku. Wizja obcej, rozumnej rasy, o owadzich, mrówczych zwyczajach wydała mi się wtedy niesłychanie atrakcyjna i nowatorska. Teraz mam za sobą więcej lektur, w tym także niepokojące opowiadanie “Miłość to plan, plan to śmierć” Alice Sheldon (ps. James Tiptree, Jr.) z 1973, dość podobne do tego. Więcej, proza Jastrzębskiego dziś wydaje mi się też wprawdzie poprawna – ale to tyle, poprawna. Wydawało mi się, że to będzie gwóźdź numeru i w 1988 dla mnie-dwunastolatka to faktycznie gwóźdź numeru był… ale dzisiaj oceniam je znacznie surowiej.

Zbigniew Jastrzębski napisał jeszcze dwa inne opowiadania i znikł. Jedno z tych dwóch czytałem, ale go nie pamiętałem – musiałem zajrzeć do odpowiedniego numeru Fantastyki: tam znalazłem całkiem zgrabne opowiadanie fantasy, lepiej napisane niż Pieśń Szywanga, chociaż mniej oryginalne.

W Pożółkłych kartkach niesamowity fragment powieści z roku 1930, Miss o szkarłatnym spojrzeniu Marka Romańskiego. Niesamowity nie przez język, który jest taki sobie – ale z uwagi na treść. Oto ni mniej, ni więcej rzecz jest o tym, jak japońska flota podkrada się pod Hawaje i znienacka atakuje Honolulu, podczas gdy japoński amabasador dopiero wręcza Amerykanom deklarację o wypowiedzeniu wojny. Banzaj! Przypominam, rok 1930 – dekada przed Pearl Harbor.

Dalej Andrzej Niewiadowski i publicystyka. Naprawdę bardzo chciałem przeczytać, ale nie dałem rady. Krytycy mnie nudzą, a już tekst, w którym padają takie słowa jak “konsolacja” i “koincydencja” nużą mnie tak, że dostaję przy nich ataku senności.

Dużo lepiej jest dalej, w wywiadzie z Adamem Hollankiem. Zaczyna się od wyznania, że ani Hollanek, ani jego redakcyjni koledzy nie napisali nic fantastycznego od czasu rozpoczęcia pracy w Fantastyce. Hollanek mówi, że może powstrzymuje ich lęk – sami oceniają innych, wymagają najlepszego, może więc powstrzymuje ich lęk przed stworzeniem czegoś słabszego? Potem jest i Żuławski,  i Mickiewicz, i romantyzm, czyli pełen pakiet. Ale – są też wojenne i przedwojenne wspomnienia Hollanka. Stracił ojca i brata w Powstaniu Warszawskim. Ogólnie redaktor naczelny wychodzi z tego wywiadu znacznie bardziej ludzki i – jakby bardziej zrozumiały, niż po tych wszystkich przynudzających wstępniakach.

A tak redakcja “Fantastyki” wyglądała w roku 1988. Dziergane na drutach sweterki, wąsiki, pełen PRL

A dalej jest już omówienie wyników sondażu. Prawie 90% czytelników jest płci męskiej większość to zdecydowanie młodzież. Najlepsze opowiadanie polskie – Huberath, wiadomo (“Wrócieeś, Sneog, wiedziaam”). Którego autora czytelnicy się domagają? Zajdla, Oramusa, Kresa i dopiero potem, na czwartym miejscu, Sapkowskiego. Sondaż komentuje Parowski, Zalejski, Niewiadowski, Jęczmyk i sam naczelny. Piszą, że na 36 opowiadań, wszystkie co najmniej raz zostały wymienione jako “najlepsze”, a 34 co najmniej raz jako “najgorsze”. Piszą o rozmijaniu się czytelników (wolących rzeczy prostsze, fantasy, akcję) i gustów redakcji (chcących utworów “lepszych literacko”). Parowski przyznaje, że trzy opowiadania z miejsc drugiego, trzeciego i czwartego (Kres, Dębski, Prostak) budziły w redakcji gorące dyskusje i były krytykowane.

Starocie Kurta Lasswitza trafiły na listę najgorszych, ale redakcja, nie nauczona doświadczeniem, w przyszłości jeszcze go będzie publikować.

Co ciekawe – przy sondażu jest niewycięty, wypełniony przeze mnie pasek. Dziwne, ale na odwrocie podałem liczbę lat: czternaście, co oznacza, że albo chciałem wysłać pasek dwa lata później (co słabo świadczyłoby o mojej ówczesnej inteligencji), albo chciałem oszukać w ankiecie i siebie postarzyć (co nie wiem, o czym miałoby świadczyć).

Z okładek i galerii wygrywa Siudmak oraz Frazetta, nic dziwnego.

I to już koniec numeru. Został Iłowiecki i hipoteza Gai, wiersze (tak! znowu, cholera, wiersze!) oraz spis treści za rok 1988.

A na wewnętrznej stronie okładki: Stasys.

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.