Tokarka niebios, czyli Mistrzyni udaje Dicka (recenzja “Jesteśmy snem” Ursuli Le Guin)

Wyobrażam sobie konsternację redaktorów polskiego wydania tej książki na widok angielskiego tytułu. Lathe of heaven, czyli Tokarka niebios. TOKARKA NIEBIOS. Co to może być? Socrealizm fantastyczny? Obróbka ze skrawaniem w życiu pośmiertnym? Jasne więc było, że ostatecznie dzieło Ursuli Le Guin musiało pójść na księgarskie półki pod innym mianem. “Jesteśmy snem” to, moim zdaniem, całkiem niezły wybór.

Co to w ogóle jest za książka? Czy dobra? Oj tak, dobra. Moim zdaniem spokojnie można ją zaliczyć do jednej z najlepszych osiągnięć mojej ulubionej pisarki. Rzecz pochodzi z roku 1971, pierwsze polskie wydanie dwadzieścia lat później. Kupiłem dopiero teraz, w antykwariacie, w ramach uzupełniania mojej znajomości twórczości Mistrzyni (oraz, przy okazji, zakupów mających na celu dokulturalnienie się prozą głównego nurtu). Słyszałem wcześniej pochwały tej powieści, ale wiedziałem o niej tyle, że chodzi o faceta, który śnieniem zmienia rzeczywistość.

Opisów powieści można znaleźć sporo, więc dużo nie zdradzę streszczając kilka najważniejszych punktów fabuły. Głównym bohaterem jest George Orr (Orwell?), człowiek posiadający moc zmieniania świata. Oprócz zwykłych, niegroźnych snów, trafiają mu się także inne, efektywne. Co wyśni podczas tych drugich, wpłynie na rzeczywistość. Zdawałoby się, świetna rzecz, jest tylko jedna sprawa: bohater nie panuje nad swoimi snami. Sny to domena pod- czy też nawet nie- świadomości, irracjonalne, nad którymi nie może kontrolować. Bohater zresztą nie uważa, by miał prawo do zmiany świata. Swojej mocy nie chce. Próbuje więc nie śnić.

Trafia na przymusową terapię do psychiatry, doktora Habera. Tamten początkowo bohaterowi nie wierzy. Nic dziwnego. Potem jednak orientuje się, że Orr mówi prawdę… A wówczas doktor Haber staje przed nieodpartą pokusą poprawienia świata na lepsze. Albowiem Haber jest pełen zapału i dobrych chęci.

Jak dobrze wiemy z historii świata, ludzie pełni zapału i dobrych chęci potrafią wyrządzić naprawdę mnóstwo zła, gdy tylko da im się odpowiednie narzędzia.

Niesamowite, jak bardzo ta książka przypomina moje własne rozważania. Pisałem już, że wcześniej wiedziałem o niej tyle, że bohater śnieniem potrafi zmieniać rzeczywistość – a tymczasem w środku jest mnóstwo smaczków, drobiażdżków jakby żywcem wyjętych z tego, co już napisałem, albo co dopiero miałem zamiar napisać. Jednym słowem, kolejna akcja Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu :D, chociaż oczywiście, nie ma w tym nic dziwnego – rozważania o naturze rzeczywistości prowadzili ludzie tysiące lat temu. Na mnie duży wpływ wywarł, na przykład, Dick.

No właśnie, Philip K. Dick. Miałem miejscami wrażenie, że czytam powieść spod jego ręki, albo przynajmniej – mocno na Dicka stylizowaną. Później, już po przeczytaniu, przy okazji szukania, o co chodzi z tą “Tokarką Niebios”, odkryłem że nie tylko ja miałem takie skojarzenia. Bo też spójrzcie sami: sny, nie wiadomo, co jest prawdziwą rzeczywistością i czy w ogóle cokolwiek; świat zmienia się w wariacki sposób, a główny bohater nie wie do końca, czy oszalał. Do tego bardzo dickowscy Obcy, mocna kobieta, słaby bohater, oraz – farmaceutyki, którymi bohater się szprycuje. Żadna z czytanych dotąd przeze mnie książek Le Guin nie wchodziła tak mocno w takie klimaty.

Tak więc z jednej strony mamy wyraźne inspiracje Dickiem, mamy tematy bardzo odmienne od tych, które Mistrzyni normalnie porusza w swojej twórczości – ale z drugiej strony, mamy też motywy typowo leguinowskie. Pochwała umiarkowania, szukania równowagi ze sobą i ze światem, obawa przed ludźmi chcącymi DOBRZE dla WSZYSTKICH. George Orr jest idealnie przeciętny, mówi Haber. Idealnie przeciętny? Czy idealnie zrównoważony? I czy naprawdę jest tak słabym człowiekiem, tylko dlatego, bo dostrzega dobre intencje psychiatry i wierzy w jego fachowość, bo nie potrafi mu się przeciwstawić?

Mamy też jeszcze podróż Orra, dojrzewanie do zmiany, odnajdywanie tym razem nie miejsca w świecie – tylko, z pewnego punktu widzenia, własnego świata. To też bardzo leguinowskie. Odnajdywanie spokoju, równowagi, wewnętrznej siły.

Aha, dla osób mówiących “w latach 70tych straszyli nas oziębieniem klimatu” i sądzących, że całe to ocieplenie to wymyślili dopiero niedawno – powieść przypominam z 1971 roku, wydana w Polsce 1991. Jednym z opisywanych problemów jest ocieplenie Ziemi z powodu antropogenicznych emisji CO2.

Mógłbym już na tym skończyć, ale najpierw muszę skomentować jeszcze jedną rzecz. Spójrzcie niżej:  mamy tam porównanie dwóch kupionych przeze mnie książek. Właśnie Jesteśmy snem Le Guin oraz Pochwały macochy Mario Vargasa Llosy:

 

 

 

 

 

 

Po lewej: fronty obu książek. Po prawej: ich grzbiety. Wydawałoby się, że powieść Le Guin jest krótsza, chudsza, ewentualnie – że obie są porównywalne. A tu guzik. Dzieło noblisty to nowelka, z grubym papierem, dużą interlinią, tytułami rozdziałów na całą stronę – wszystko, byle rzecz rozepchać. Na oko, i to licząc bardzo łagodnie, Pochwała macochy jest o jedną czwartą krótsza. Świetny przykład tego, o czym kiedyś pisał Kosik na swoim blogu, czyli “pompowania książek”.

A do tego, oczywiście, powieść Le Guin znacznie lepiej się czyta. Przy Llosie strasznie się męczyłem, a Le Guin połknąłem w dwa wieczory i tylko dlatego tak długo to trwało, bo miałem dużo innych rzeczy do zrobienia.

Spis wszystkich recenzji

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.