Fantastyk dawnych czar – numer 9 (72) 1988

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Kolejny egzemplarz z moich dawnych zbiorów i to od razu widać po jego stanie. Jako dwunastolatek nie przejmowałem się wartością kolekcjonerską i swoje Fantastyki traktowałem dość bezceremonialnie: nie tylko usunąłem wkładkę powieściową, ale także wyciąłem tylną stronę okładki, nie mam pojęcia dlaczego.

Na okładce pierwsza nagroda ilustracji fantastycznej autorstwa pani Anny Sternik. Hm, hm.

Sam numer jest taki sobie – ani specjalnie zły, ani specjalnie dobry. Ale po kolei…

Wstępniak Hollanka mógłby zostać stworzony przez generator wstępniaków Hollanka. To znaczy, o czym zwykle lubi pisać Hollanek? O romantyzmie w fantastyce, o Lemie i trochę pobiadolić. I tutaj mamy dwa pierwsze elementy, biadolenia jakby nieco mniej. Och, pisze Hollanek, znałem Lema, był kiedyś debiutantem! I romantyzm w fantastyce, a zwłaszcza polskiej fantastyce, jest ważny! Do tego Żuławski, bo z niego wynika polska fantastyka. Jednym słowem, typowy Hollanek.

W listach od czytelników też zieje nudą. Jedne, to że przez jeden z listów zerknąłem na stopkę redakcyjną i sapnąłem ze zdumienia: 167 tysięcy nakładu! Tak! Czasopismo miało sto sześćdziesiąt siedem tysięcy nakładu! W tamtych czasach podawanie nakładu to był obowiązek, dzisiaj nikt się tym nie chwali, ale naprawdę byłbym zdziwiony, gdyby obecnie Nowa Fantastyka miała chociaż szesnaście tysięcy.

Pasująca dość ilustracja do treści, chociaż nie powala formą. Michał Jędrczak.

Pierwsze opowiadanie numeru to Czarne powietrze Kim Stanley Robinsona. Z trudem przebrnąłem przez nie jako dwunastolatek i zapamiętałem z niego tylko końcówkę. Kolejny przykład rzeczy, do której trzeba jednak nieco dorosnąć – obecnie rzecz wydała mi się nawet interesująca, dobrze napisana, chociaż – nie jest to fantastyka. To znaczy, owszem, główny bohater, czarnoskóry Manuel, gdy przejdzie dezynterię i gdy na statku zaczynają ograniczać racje żywnościowe, zaczyna widzieć świętą Annę, duchy i dusze towarzyszy – jednakże to opowiadanie spokojnie można by określić jako proza głównonurtowa. Osadzona w konkretnym roku, 1588: opisuje los marynarzy hiszpańskiej Wielkiej Armady – i już to samo w sobie jest ciekawe, bo zwykle czytałem o Wielkiej Armadzie z punktu widzenia Anglików.

W stopce redakcja zauważa, że fani często wybaczają “swoim”, gdy ci zbaczają w główny nurt, a z drugiej strony – gdy ktoś głównonurtowy próbuje iść w fantastykę, fani są zwykle bezlitośni. Coś w tym jest i dzisiaj – nie czytałem nic Mroza, ale czytałem wypowiedzi fanów krytykujących jego powieści fantastyczne.

W Galerii mamy gry: planszówki, gry książkowe (paragrafówki) oraz RPG. Kiedy czytałem numer po raz pierwszy, nie miałem styczności z żadną z tych kategorii i czytałem o tym z niewielkim zrozumieniem, czym naprawdę są RPGi albo paragrafówki. Trzy lata później hitem wśród moich rówieśników stał się Wehikuł czasu oraz Wojownik autostrady. Tak nam się to podobało, że sami tworzyliśmy własne paragrafówki, bardzo słabej wartości (czego się spodziewać pod piętnastolatkach :D).

Później najpierw w liceum graliśmy w Warhammera, ale niezbyt dużo – i dopiero na studiach trafiłem w dwa towarzystwa, z którymi grałem w Wilkołaki (ale mistrz gry zmienił setting na nasze rodzinne miasteczko), Kryształy czasu, w młotka, oraz całe mnóstwo produkcji własnych – te ostatnie najbardziej mi się podobały. Sam też bywałem MG, ale przyznam, że raz, gdy prowadziłem, po prostu obraziłem się na graczy, bo zepsuli mi cały scenariusz, zabili jedną z pozytywnych postaci i skończyłem grę obrażony jak siedmiolatek :D.

Piękna socrealistyczna grafika Andrzeja Brzezickiego, pięknie pasująca do opowiadania. Widać, że pan Brzezicki umiał w różne style.

Po mało fantastycznej historii czarnoskórego Manuela pora na rosyjską fantastykę, Borysa Szterna i Opowiadanie produkcyjne nr 1, w której mamy alternatywny świat. Że też cenzorzy sawietskowo sajuza to przepuścili 😀 Mamy tutaj zakład, który nie może wywiązać się z planu, bo nie dostarczają mu aluminium, do tego ma przestarzałe maszyny. A tu nagle trafia do gabinetu dyrektora obcy człowiek – mówi po rosyjsku, ale pochodzi z tego samego miasta, tyle, że w innym świecie. A więc – inny świat to kapitalistyczna Rosja. I dalej – w tej kapitalistycznej Rosji mają lepsze maszyny, wyższą wydajność i zero problemów z aluminium. Ho ho. No tak, 1988 rok :D. Opowiadanie ogółem takie sobie, socjalistyczny produkcyjniak, z humorem śmieszącym w latach 80tych, dzisiaj jakby nieco mniej.

Bardziej zrozumiały jest humor Pomysłowego patrioty autorstwa Ambrose Biercego (!) z roku 1891 (!!). Króciutkie, tuzin akapitów, pół stroniczki, ale wcale nie czuć w nim stęchlizny, chociaż pochodzi sprzed 130 prawie lat. Po angielsku można przeczytać tutaj.

We wkładce brakuje mi powieści: Sakriwersum Thomasa R.P. Mielkego, wersja skrócona, w tłumaczeniu Wawrzyńca Sawickiego. Gdy miałem dwanaście lat, przeczytałem ten kawałek we wkładce, samą drugą część powieści, i bardzo mi się spodobała – szukałem potem pierwszego kawałka i niestety, nie udało mi się. Całkiem niedawno kupiłem całość, już wersję bez skróceń, w innym tłumaczeniu i strasznie mnie powieść wtedy rozczarowało (moja recenzja tutaj).

Kolejne zaskoczenie – dobrze pasująca do opowiadania ilustracja Andrzeja Brzezickiego i to w ładnym, realistycznym stylu.

Jak do tej pory więc nie mieliśmy żadnego szczególnie wyróżniającego się opowiadania. Tym większym zaskoczeniem jest jakość Przekleństwa autorstwa pani Teresy Iżewskiej. A biorąc pod uwagę treść, zaskoczeniem jest to, że opowiadanie właśnie napisała pani, a nie pan. Chociaż – może nie powinienem się dziwić – może moje zdziwienie świadczy o jakichś uprzedzeniach po mojej stronie.

Nie wiem, czy dzisiaj to opowiadanie mogłoby się w ogóle ukazać. Gdyby się ukazało, autorkę by wyklęto, a redakcję oskarżono o mizoginię i seksizm.

Przekleństwo opowiada bowiem o siedmiu pokoleniach dziwek. Jest główny bohater, kosmonauta, co mniej więcej dwadzieścia lat wracający na Ziemię. Gdy wyrusza pierwszy raz, żeni się z puszczalską (tak!) panną, z poczucia obowiązku, bo panna przez bohatera zaciążyła. Panna na ślub się godzi, bo liczy na rentę z firmy zatrudniającej naszego bohatera-kosmonautę. Gdy bohater napomyka, że może jednak by zrezygnował z podróży w kosmos i z nią został, panna się krzywi i woli jednak tę rentę.

Później bohater wraca i poznaje swoje potomkinie: córkę, wnuczkę, prawnuczkę. Każda z nich jest wredna, chociaż każda na inny sposób. Każda wykorzystuje swoje ciało, manipuluje mężczyznami, niektóre popadają w lekomanię lub pijaństwo, żadna nie pracuje w porządnym zawodzie. Prostytutki, stręczycielki, striptizerki. I wreszcie ostatnia z nich podobno umiera nie zostawiając dziecka. Bohater oddycha z ulgą. Spotyka młodą dziewczynę, ona się nie zabezpiecza, bo chce zaciążyć i dostać rentę. Okazuje się, że to jego pra-pra-pra… bohater ją morduje.

Rany julek, gdy się rzecz streszcza, jakie to opowiadanie wydaje się płaskie. Dlaczego bohaterowi tak przeszkadza, że jego potomkinie się, mówiąc brzydko, “puszczają”? Co w tym złego, że jego wnuczki i prawnuczki mają bogate życie seksualne? Dlaczego aż tak bardzo to nim wstrząsnęło, że musiał udusić pra-pra-pra-wnuczkę, gdy się dowiedział, że tamta jest w ciąży? Stereotyp stereotypem stereotyp pogania. Jestem bardzo konserwatywnym człowiekiem i bardzo pruderyjnym, ale nawet mi bohater wydaje się hipokrytą, a postępowanie niektórych z dziewczyn byłbym w stanie usprawiedliwić. Bohater niektóre z wizyt spędza bez wyrzutów sumienia z “hostessami” – dlaczego więc tak mu przeszkadza, że jego córki i wnuczki zachowują się podobnie? No owszem, on nie ma wyjścia, co dwadzieścia lat przylatuje na kilka tygodni i leci znowu, trudno tutaj nawiązać poważniejsze związki (ciekawe, że pani Iżewska nie wspomina o kobietach-kosmonautkach) – ale i tak, jak pisałem, mi się wydaje strasznym hipokrytą.

A jednak rzecz czytało mi się dobrze. To bardzo mocny i bardzo dobry debiut pani Iżewskiej – i zarazem jej jedyne opublikowane opowiadanie.

Ilustracja Roman Hennel. Jeżeli to ma być cycek, to ja przepraszam, wolę Siudmaka albo Brzezickiego. A takie coś to jeszcze po nocach mi się będzie śnić, w koszmarach.

Po mocnym debiucie pani Iżewskiej – bardzo słaba, naciągana humoreska pana Romualda Lenecha, Prezes Zeus i Danajczak. Ot, postacie z greckiej mitologii w sztafażu pereelowskiej siermiężności, ha, ha. Mnie nie śmieszyło ani trzydzieści lat temu, ani teraz.

Dalej zaczyna się część publicystyczna. W recenzjach Rafał Ziemkiewicz pastwi się okrutnie nad grafomanią niejakiego Wiekiery, ostrzegając wszystkich przed sięgnięciem po tę książkę i stwierdzając, że nawet odrzuceni autorzy-grafomani z literackiego konkursu Fantastyki w porównaniu z recenzowanym gniotem nie mają się czego wstydzić. He, he.

Co za skaza mojego charakteru, że lubię czytać, jak się kto pastwi nad grafomanią :D.

Grafika Maciej Dworak. Tutaj chyba też mają być cycki i jeżeli mi się przyśnią, to będę się z krzykiem budził. Swoją drogą, widzę wyraźne podobieństwo do turpistycznych grafik Łukasza Ługowskiego w numerze 4 (43) 1986

Potem już same nudy. W jednym miejscu ciekawostka, sprawozdanie z jakiegoś poważnego zebrania krytyków, gdzie występował gość z zagranicy, Kanadyjczyk, i rzucał znajomo brzmiące teksty. Posłuchajcie (rok 1988!):

gość z Kanady stwierdził bodajże, że feministki chcą móc spełniać role nie tylko typowo męskie (kobiety astronautki, szefowie), ale chciałyby iść dalej, przełamać przy pomocy techniki biologiczne ograniczenia. Na przykład, mężczyzna nie może urodzić dziś dziecka. W procesie wychowania nie powinno się determinować ról płciowych, odgrywanych potem w społeczeństwie przez człowieka dorosłego. Usunięcia wymaga seksualizm, którym naznaczona jest współczesna kulturalna nadbudowa.

A potem:

G. Bouchard przyznał, że uczestnicząc w konferencji z tłumaczem, nie zrozumiał wszystkiego, o czym mówiono, ale jest usatysfakcjonowany. To samo mogliby powtórzyć gościowi pozostali uczestnicy, przy czym problemu niezrozumienia tematyki feministycznej, nie dałoby się odnieść wyłącznie do kwestii językowych. Feminizm w SF (i każdy inny) będzie miał u nas ciężką drogę.

Ha.

No nic. Zostaje ostatnia strona, a na niej pani Dorota Malinowska recenzuje dwa filmy. Jeden, bardzo mroczny i bardzo dobry z Mickeyem Rourkem (Serce anioła) oraz drugi, bardzo lekki i taki sobie z Eddie Murphym (Złote dziecko). Ten pierwszy mocno mną wstrząsnął i w kilku historyjkach, które sobie wymyślałem (a których nie zapisałem) odwoływałem się do rozwiązań z tamtego filmu. Zaś komedyjka z Murphym mnie potwornie zanudziła.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.