“Wracać wciąż do domu” Ursuli Le Guin, czyli Mistrzyni bawi się w antropolożkę (recenzja)

Na wstępie jedna uwaga: ta recenzja odnosi się tylko do jednego utworu, “Wracać wciąż do domu”. Zakupiony przeze mnie zbiór ma tytuł zbiorczy taki sam, jak ten utwór, ale pozostałe powieści omówiłem uprzednio (“Dary“, “Głosy“, “Moce“).

Recenzując “Moce” napisałem, że Stara Mistrzyni chyba nie lubi opisywać akcji. I zaraz potem natrafiłem na artykuł poświęcony pani Le Guin, w którym znalazła się jej jedna wypowiedź na temat fabuły:

‘I have never written a plot-driven novel,’ Le Guin said. ‘I admire plot from a vast distance, with unenvious admiration. I don’t do it; never did it; don’t want to; can’t’

A więc miałem rację – albo przynajmniej byłem blisko. Mistrzyni nie chce i nie potrafi pisać opowieści z klasyczną akcją. Woli koncentrować się na budowaniu świata i sprawdzaniu, jak w tym świecie odnajdywaliby się ludzie.

I tak sobie myślę, że Mistrzyni pewnego dnia zabrała się do pisania nowej powieści: najpierw stworzyła świat, zwyczaje, mapy, potem zaczęła klepać historię i nagle gdzieś tak w połowie stwierdziła: “e, chrzanię to.”  Rozpoczętą historię zostawiła jako opowieść Mówikamień, a potem oddała się orgii wymyślania świata. Dlaczego tak sądzę? Bo historia Mówikamień wygląda na urwaną, na zakończoną w pośpiechu; jej bohaterka na końcu przybiera imię “Wracająca do domu” (nawiasem mówiąc, ostatnia pieśń Znalazców też mówi o wracaniu do domu). W każdym razie, nie wiem, taki obraz natrętnie wyskakuje mi w głowie: po prostu widzę, jak Le Guin zastyga nagle nad klawiaturą, nad maszyną do pisania, może z długopisem albo gęsim piórem w ręce i nagle chichocze do siebie, mnie kartkę, kasuje plik i zaczyna od nowa.

Tak to sobie wyobrażam.

Wyobrażam sobie jeszcze więcej. Jej ojciec był antropologiem z wykształcenia, matka także zwróciła się w pewnym momencie ku antropologii. I tak sobie myślę – może mała Urszulka słuchała, jak ojciec rozmawia z matką, jak porządkują swoje notatki i wymarzyła sobie, że jak już będzie duża, to też zostanie antropologiem. Może śniła o tym, jak z magnetofonem i notatnikiem brnie przez lasy deszczowe i prerie, by potem usiąść przy ognisku nie zbadanego jeszcze plemienia, nagrywać pieśni, historie, a potem wydać je w jakimś Anthropology Quaterly albo American Anthropologist. I wyobrażam sobie małą Urszulkę, jak bawi się lalkami – jak lalki opowiadają jej o swoich obyczajach i związkach rodzinnych, a ona to wszystko zapisywała kredkami w małym, ozdobionym kwiatkami zeszyciku.

Tak to sobie wyobrażam.

A potem mała Urszulka została dużą Urszulą, jedną z najlepszych pisarek fantastyki wszechczasów. I nigdy nie poszła w dziką dżunglę, nigdy nie przedzierała się przez bagna, by dotrzeć do ostatnich indian Amazonii. Ale marzenie pewnie gdzieś jej zostało – może nawet nie uświadamiane, ot, cień dziecinnych snów, czekający się gdzieś, tuż pod powierzchnią umysłu, zaraz pod tą cienką linią oddzielającą sny od jawy. Gdy więc zabrała się do pisania Wracać wciąż do domu, to było tak, jakby sama wracała do domu, jakby radośnie, ale teraz już po dorosłemu, znowu bawiła się w antropologa.

Bo Wracać wciąż do domu nie jest powieścią. To zbiór zapisek antropolożki z podróży do nieistniejącego (jeszcze) ludu.

Co więc dostajemy? Pięćset stron opracowanych notatek. Wiersze, spisane z nieistniejącego dyktafonu pieśni, przedstawienia i opowieści. Szkice, tabele, przemyślenia badaczki. Ursula Le Guin przechadza się wśród wymyślonego ludu, pyta wyimaginowane kobiety o sens fikcyjnych obyczajów. A wszystko w wymyślonej Kalifornii, gdzieś w odległej przyszłości – setki, tysiące lat po straszliwej, nieokreślonej katastrofie, która zniszczyła poprzednią cywilizację. Została Sztuczna Inteligencja w Miastach Umysłu, zostały pociągi, strzelby, silniki – oraz ludzie o obcej kulturze, obcym sposobie myślenia. A Le Guin zagląda im do domów, siada z nimi przed sceną, słucha ich legend. I pochrumkując ze szczęścia, że nie musi tworzyć akcji, produkuje kolejne notatki.

Jak ocenić taką książkę?

Pierwsza sprawa jest taka, że zwykle nie czytam recenzji powieści, zanim się za nie zabiorę. Spodziewałem się więc normalnej beletrystyki, zwykłej fantastyki. Wstęp Le Guin potraktowałem jako takie tam krygowanie się, ustawianie konwencji. Tylko, że Wracać wciąż do domu nie jest powieścią i nie próbuje ją być. Owszem, jest tam jedna większa historia (opowieść Mówikamień), ale to też tylko niby “zapis” z jednego z heyimas. Nawiasem mówiąc, trochę nudny zapis. Zacząłem więc czytać ze złym nastawieniem.

Podejrzewam, że komuś, kto kocha antropologię, ta rzecz powinna podejść. Taki ktoś dostrzeże na pewno mnóstwo smaczków, których ja nie widzę. Taki (taka) ktoś będzie w stanie ocenić, jak blisko prawdziwej antropologii są te raporty z fikcyjnego świata. A ja?

Owszem, widzę w zapiskach pewną autentyczność. Czuć tutaj taką niską, ludową obyczajowość, ten język nie stroniący od rzeczy, które w naszej kulturze są tabu. Jest więc dużo rubasznych przyśpiewek i wierszy o seksie, sporo wulgaryzmów, jest coś o sr*niu i pier*leniu. Widać podobieństwa do tych opowieści, które gdzieś już przeczytałem/usłyszałem – podobieństw pod względem klimatu i sposobu prowadzenia narracji.

Mamy społeczność matrylokalną (czy to dobre słowo?), w której domy należą do kobiet, a mężczyźni mogą się wprowadzić do żony, mogą ją porzucić, ale żona może też bezceremonialnie wystawić rzeczy męża za drzwi. Mamy komentarz o tym, że mężczyźni nie nadają się do intelektualnych zadań. Mamy jak zwykle porównanie do złej, patriarchalnej społeczności, gdzie mężczyźni traktują kobiety jako chodzące c*y.

Ba! Lud nazywa się Kesh, mówi językiem “kesh” i w tym języku dolina, w której mieszkają, to właśnie “kesh”. A jak nazywają się kobiety? Ludzie to “she”, rodzaj żeński to “ke”, a więc kobiety w języku kesh to “keshe”, żeńscy ludzie. A jak w kesh nazywają się mężczyźni? “Pekeshe”, czyli “nie-żeńscy ludzie”. Dość znaczące, prawda? Jeszcze “-sh” to przyrostek oznaczający kogoś, kto coś czyni (jako nasz -arz w kucharz, murarz). Oczywiście “ke” to nie czasownik, więc tłumaczenie “kesh” jako “czyniący kobiecość” jest mocno naciągane… Ale ciekawe, czy Le Guin nie wprowadziła takiej możliwości odczytu specjalnie.

Kobiety rządzą, bogactwo polega na dawaniu, przemoc jest rzadka, wszyscy śpiewają, żyją w zgodzie z naturą, zwierzęta traktują jak ludzi. Wojownicy są chorobą, która sama przechodzi, a kto zaczyna wojnę, niszczy sam siebie. Czy Le Guin pokazuje nam tutaj idealne, utopijne społeczeństwo? Kusiłoby, by tak napisać: że Le Guin próbowała pokazać idealne, utopijne społeczeństwo, ale to nieprawda – jedną z rozmów, niby spisaną z dyktafonu, można odebrać jako prześmiewczy dialog autorki samej z sobą. Archiwistka z tego dialogu, zapytana przez “Pandorę” (badaczkę – można przyjąć, że alter ego Le Guin), odpowiada, że wcale nie opowiada o utopii. Że o braku cywilizacji mówi mając komfort życia w cywilizacji. Opowiada o poważnych rzeczach równocześnie żartując. Zachowuje dystans do tego, co pisze – bardziej wskazuje na problemy i na marzenia, niż naprawdę wierzy, że te marzenia mogą się spełnić.

Ciekawa rzecz z tą Pandorą. Na samym początku wyznaje, że pragnie nie stworzyć dom lalek, martwy świat, ale raczej – żywą, nową kulturę i ma nadzieję, że ta kultura będzie żyła w umysłach czytelników. Ale dlaczego Pandora? Czyżby Le Guin odczytywała ten mit (do którego zresztą się w tekście potem odwołuje) zupełnie inaczej, niż tradycyjnie? Co Le Guin chce wpuścić do naszego świata tą książką?

Strasznie wolno czytałem te pięćset stron i strasznie często gubiłem wątek, musiałem się cofać. Strasznie często nie miałem pojęcia, o co autorce chodzi. Strasznie często miałem ochotę przekartkować całość i rzucić w diabły. A ostatnie sto dwadzieścia stron to już w ogóle… Przepisy na potrawy jedzone w Kesh. Opis instrumentów i ras kóz. Ale znowu – chciałem powieści, a to nie jest powieść.

Jak więc mam ocenić Wracać wciąż do domu? Nie ocenię. Nie jestem do oceny kompetentny.

I nie mam pojęcia nawet, komu się ta książka może spodobać, a komu nie. Skoro jednak zacząłem pisać recenzję – powinienem jakąś rekomendację napisać, prawda? Więc dobrze – mimo wszystkich wątpliwości, spróbuję. Jeżeli kochacie światotworzenie dla samego światotworzenia, jeżeli uwielbiacie obce światy i pal licho akcja – jeżeli lubujecie się w historiach opowiadanych przy ogniskach przez Inuitów, wyśpiewanych przy bębnach, jeżeli macie ochotę zaśpiewać heya heya heya heya – to czytajcie. Jeżeli jednak lubicie też jakąś akcję, to nawet jeżeli podobały się wam inne powieści Le Guin – tutaj nie ma żadnej gwarancji, że akurat tę rzecz skończycie. Wydaje mi się jednak, że o ile nie jesteście jej hardcorowymi fanami i widzicie ten utwór wydany osobno, omijajcie. No chyba, że jak ja – kupicie ją wydane wspólnie, w zestawie z czterema innymi.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *