Fantastyk dawnych czar – numer 4 (67) 1988

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

To numer pochodzący z moich dawnych zbiorów: kupiłem go, gdy miałem dwanaście lat. Na okładce: Siudmak! Mmm i od razu wiadomo, że w Galerii będzie uczta dla oczu. Właściwie: nie “będzie”, tylko “byłaby”, bo to rok 1988, a więc jakość papieru wciąż nie powala. Szary, nieco już póżółkły. Do tego dochodzi nieco rozmazany druk – całość masakruje, trudno użyć tu innego słowa, prace naszego artysty.

Na wewnętrznej stronie okładki Hollanek zachwyca się Siudmakiem. Zachwyca się słusznie. Pisze, że Siudmak rysuje elegancko, po prostu ładnie, podczas gdy w Polsce ówczesnej (lata osiemdziesiąte) wciąż królował turpizm i udziwniona brzydota.

We wstępniaku znowu Hollanek: pisze o Freudzie. Hollanek się zachwyca, a ja czytałem jakiś czas temu opinię, że za sto lat ludzie będą szanowali więcej frenelogów niż Freuda :D. W listach od czytelników: nudy. Nic godnego wspomnienia.

Ilustracja Michał Jędrczak. No niby trudno zilustrować opowiadanie takie jak umysłowiec, ale mimo tego sądzę, że niemal każda grafika byłaby lepsza, niż ta.

Numer zaczyna Jack Williamson z Umysłowcem (Mental Men). Opowiadaniu towarzyszy laurka napisana przez Frederika Pohla, opisująca trudne życie Williamsona, jego osiągnięcia oraz twórczość. Laurka dość miejscami interesująca – na przykład, anegdotka (?) o pechu prześladującym Jacka za młodu: zgromadził był nasz Jack pół tuzina byków. I co? I większość zdechła po zjedzeniu liściu trującego dębu, a ostatnią sztukę zabił piorun. No pech.

Samo opowiadanie: słabiutkie. Przypięta byle jak puenta, nachalnie powtarzane zdania mające wywołać u czytelnika emocje. Nie wiadomo, co się dokładnie stało, poza tym, że ludzie ludziom zgotowali ten los i jest smutno, bo umierają dzieci. Ale można stworzyć nowy świat, który będzie lepszy. Koniec?! Tak, koniec.

Druga ilustracja, inny ilustrator, ten sam problem: co u diabła ma toto wspólnego z opowiadaniem? Lidia Popiel.

Po wielce zasłużonym dla SF Williamsonie dostajemy króciutki kawałek pana Erica Simona, Clivia Newman. Kawałek znacznie lepszy: bardzo zwarty, oparty na jednym pomyśle. Nie poraża warsztatem, to po prostu relacja, niemal prasowy reportaż. Ot, zapis rozmowy, a dokładnie: zapis wypowiedzi jednego z uczestników rozmowy. Dowiadujemy się z niej sporo szczególików, na przykład: że kiedyś ludzkość latała w kosmos, ale już nie lata i że obecnie uważa się to za bezsens.

A więc kiedyś w kosmos ruszyła dziesiątka wybrańców. Tylko jeden z nich miał żonę. Żona dała się zahibernować, aby zaczekać na powrót męża. Teraz już się z hibernacji wybudziła i codziennie biega… nie wiem gdzie. Do kosmoportu? W każdym razie codziennie przybiega, bo czeka na informację o powrocie męża. Wyprawa wraca, jeszcze został rok, nim dotrze na Ziemię, co więcej, zakończyła się sukcesem. A więc rozłąka tytułowej Clivii Newman wkrótce się zakończy!

Tak, to opowiadanie warto przeczytać. Krótkie i fajne.

No ok, tę ilustrację da się do treści opowiadania dopasować. Andrzej Brzezicki.

Trzecie opowiadanie zagraniczne to Pozory życia Briana Aldissa. Autora cenię i znam, więcej – z dzieciństwa opowiadanie pamiętałem i wywarło na mnie wtedy wrażenie. Wydawało mi się nawet, że nie mam po co czytać je po raz drugi, bo przecież wszystko pamiętam. Miałem prawie rację. Pamiętałem jakieś 90% tekstu i puentę, a moja litościwa pamięć pominęła wszystkie zdania-potworki i niezgrabności, w rodzaju tekstu poniżej:

Zagłada całego jednego świata pełnego ludzi, kolejny przejaw owej żądzy posiadania, która jak na razie uwolniła nieco duszę ludzką ze swego uścisku. Czy jednak istnienie muzeum nie stanowi dowodu, że ślady tej żądzy pozostały, tylko że teraz przedstawia się ją uczenie jako chęć zawładnięcia nie tyle przedmiotami, co globalną przeszłością rodzaju ludzkiego, a nawet tym, co moja znajoma nazwała żartobliwie tajemnicą wszechświata? Powiedziałem sobie wówczas, że w sferze psychiki przyczyna i skutek funkcjonują na dosyć swobodnych zasadach, że żądza posiadania sama mogła stworzyć poszukiwaną tajemnicę, wszak nie ma polowania bez ustalonej zdobyczy. A jeśli już się ją odkryję? Wówczas cały kompleks ludzkich spraw może ulec rozwikłaniu w glorii jednego wielkiego uproszczenia, aż poziom motywacji obniży się do tego stopnia, że życia utraci swój sens,  a w konsekwencji gatunek nasz, po wypełnieniu wszystkich zadań, obumrze i zginie.

Na szczęście nie cały tekst jest taki. Całości nie polecam, nie katujcie się, chociaż pomysł przewodni nie jest zły: intuicjonał z przyszłości odnajduje dwa “holocony”, urządzenia z wiadomościami nagranymi od żony do męża, oraz od męża do już byłej żony (piętnaście lat po rozwodzie). Wiadomości odtwarzają się naprzemiennie, tworząc pozór rozmowy. Z tego nasz intuicjonał wysnuwa straszliwy wniosek, który tak nim wstrząsa, że porzuca wszystko i zaszywa się w jakieś dziurze na końcu świata: cała ludzkość jest tylko właśnie takim nagraniem, kopią osiągnięć dawno wymarłej rasy.

Phii tam.

We wkładce Pierścień Larry’ego Nivena, rewelacyjna powieść, która wywarła na mnie spory wpływ (m.in. moja Tęcza za horyzontem co nieco tej powieści zawdzięcza). Więcej o niej napiszę może innym razem. Może. W moim egzemplarzu wkładki brakuje: jako chłopiec nie przejmowałem się późniejszą wartością kolekcjonerską.

Słaby druk, kiepski papier, ale przynajmniej widać Wojciecha Siudmaka z mieczem 😀

W polskiej fantastyce jedno opowiadanie i jeden paszkwil. Najpierw Zupełnie nowy interes Wojciecha Jankowskiego. Napisane sprawnie, rzekłbym nawet, że to opko jest lepsze i od Aldissa, i od Williamsona. Sam pomysł obecnie  dzisiaj jest już nieco zgrany, jak każdy pomysł w SF: ktoś wynajmuje zawodowców do zabijania ludzi, których zawodowcy powinni ignorować. Dlaczego? Ha, i tu właśnie objawia się pomysł – nie zdradzę. Wykonanie porządne, czego więc chcieć więcej?

Spodziewałbym się, że Jankowski coś jeszcze w życiu napisze, a tu w internecie głucho, jakby na jednym opku się skończyło.

I jeszcze jeden Siudmak, bo Siudmaka nigdy za dużo.

Po Jankowskim Inglot z tym zapowiedzianym wyżej “paszkwilem”. Może słowo paszkwil niezbyt pasuje, Parowski tekst zapowiada jako “niedorzeczną karykaturę” środowiska fanów i redaktorów, którą Fantastyka drukuje najmniejszą możliwą czcionką tylko dlatego, by utwór nie trafił na wrogie łamy.

Mamy więc niby-relację pochodzącą z ostatniego konwentu fanów SF, z czasów, gdy już tylko 30% fanów w ogóle umie czytać, a SF pozostało ostatnim rodzajem literatury. Mamy dwa stronnictwa fanów (w późnych latach 80tych PSMF darło koty ze śląskim klubem fantastyki) oraz zapewne parodiowanych ich prezesów. Do tego mamy grono autorów o angielskich nazwiskach.

Jako dwunastolatek z nazwisk rozpoznałem tylko jedno: N. Olland, który w opowiadaniu wzywa, by wrócić do romantyzmu i by spróbować poruszyć jakieś struny w duszy fanów. Dość przejrzysta kpina z poglądów Hollanka. A reszta? Ralph Zimnitz, zimno stwierdzający, że SF lubi, bo można zrobić na nim kasę: to Ziemkiewicz. Andrew Earthman to zapewne Andrzej Ziemiański, ale czy to znaczy, że już przed Achają jego pisanina wydawała się Inglotowi sprośna i odwołująca się do niskich instynktów? O. Remus: Marek Oramus, wiadomo. Tutaj przedstawiony z puszką piwa w dłoni. M.P: też wiadomo, Parowski, tutaj reprezentujący pogląd, że fanom trzeba schlebiać.

A tutaj aż łzy lecą, jak fatalnie ta znakomita grafika wygląda w numerze.

Pozostali mniej dla mnie czytelni: A. Treeman to chyba Andrzej Drzewiński. A kim jest “A. Nowhereman”? Andrzej Niewiadomski? Ma być krytyk. Wskazówką jest tytuł rzekomo wydanej przez krytyka z przyszłości książki “Koniec Science Fiction”, zapewne więc powinien być ktoś piszący o początku SF, ale próbowałem różnych fraz, nie znalazłem. Mamy też Vick Żwik-Mik, czyli Wiktora Żwikiewicza. Z kolei Roberto Sucker Smitton, przedsiębiorca bez skrupułów, pomógł mi rozszyfrować varelse z mastodona: to chyba Robert J. Szmidt. Roberto w opowiadaniu zdobył nagrodę “Fucker of the year” a Robert z prawdziwego życia został “Fanem roku 1986”.

Jednym słowem, rzecz ma niby tylko nieco ponad trzydzieści lat, a zestarzała się już okropnie.

“Nowy sąd nad Parysem”. Po kliknięciu odnośnik zewnętrzny do większej wersji na stronie wiki.art

Co tu jeszcze dodać? Pożółkłe kartki z bezwzględnym facetem, co rozkochuje w sobie dla zakładu skromną pannę, porzuca i potem się zadręcza, gdy dziewczyna popełnia samobójstwo. Recenzja Umberto Eco Imienia róży, bardzo pochlebna i pod koniec usilnie próbująca nas przekonać, że Imię róży jest trochę tak jakby fantasy (bardzo podobało mi się ta powieść i chętnie bym ją dokooptował do fantastyki, ale to chyba jednak zbytnie naginanie reguł). W eseju Hollanek przekonuje, żeby… No? Żeby co robić? No oczywiście, żeby iść w romantyzm.

Wywiad z Iłowieckim – tylko przekartkowałem, choć parę rzeczy budziło nostalgię (facet jeździł na zachód i zachwycał się, że tam można pójść do biblioteki i za parę centów pokserować materiały). Na koniec recenzja horroru Mucha, gdzie pani Malinowska bardzo ładnie uzasadnia, dlaczego to dobry film. A na ostatniej, wewnętrznej stronie okładki Mostowicz przekonuje, że na Marsie jest zdjęcie twarzy człowieka i że to tajemnica i skandal, że NASA się tym nie chwali (nie przesadzam, tylko parafrazuję, a to różnica).

Żadnej twarzy nie ma, po prostu akurat tak się ułożyły cienie, na innych zdjęciach widać wzgórze jak wzgórze (zob. stronę w wikipedii).

I to już koniec numeru.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.