“Moce” Ursuli Le Guin, czyli, niespodzianka, niewolnictwo jest złe (recenzja)

Le Guin jest pisarką tej klasy, że nawet jej słabsze dzieła spokojnie wystają ponad przeciętność. Rozbestwiony znakomitymi “Darami” (recenzja) i bardzo dobrymi “Głosami” (recenzja) spodziewałem się, że “Moce” będą równie dobre. Nieco się zawiodłem. Gdybym jednak napisał, że to ostatnia część cyklu jest słaba, to jak miałbym nazywać 90% pozostałej fantastyki?

Zanim przejdę do właściwej recenzji, nieco wyjaśnień. Na okładce po lewej widzicie “Wracać wciąż do domu”, ponieważ “Moce” zostały wydane w jednym wielkim tomie z czterema innymi powieściami. Efektem jest ponad-tysiącstronicowa cegła w przyzwoitej cenie. Jak na razie jeszcze nie rozsypuje mi się w dłoniach, chociaż czyta się toto czasami niewygodnie, przez co już lekko naddarłem jedną stronę. Jak dotąd wyłapałem tylko jedną literówkę – biorąc pod uwagę rozmiar cegły, można rzec – jakość wydania więcej, jak bardzo dobra.

O okolicznościach zakupu pięcioksiągu pisałem dopiero co przy okazji recenzji “Głosów” (tutaj), więc nie będę się powtarzał. Powiem tylko, że jestem coraz bardziej zadowolony z wydanych pieniędzy. I to pomimo tego, że – mimo wszystko – “Moce” są słabsze od “Głosów”, a “Głosy” od “Darów”.

Przede wszystkim, ujęcie tych trzech powieści w cykl jest nieco naciągane. Wszystkie dzieją się w tym samym świecie, prawda, ale to mniej więcej tak, jakby wszystkie powieści Conrada uznać za jeden cykl, bo wszystkie dzieją się na Ziemi. “Dary” to Wyżyny, kraina odległa, biedna i zapomniana. “Głosy” to kupieckie miasto Ansul, cierpiące pod okupacją Aldów, setki kilometrów od Wyżyn. Wreszcie “Moce” to miasta-państwa i okolice, nie graniczące ani z jednym, ani z drugim. Owszem, w “Mocach” wspominają mimochodem i o Wyżynach, i o Ansulu, ale gdyby te wzmianki usunąć, nic by to nie zmieniło.

Są jeszcze wspólni bohaterowie. Jest Orrec Caspro i Gry, i nawet Memar się pojawia, i półlwica Shetar. Ale znowu – nie ma ich przez dziewięćdziesiąt procent historii i zjawiają się pod koniec tylko po to, by szlachetni pobłyszczeć i poprowadzić Gavira, główną postać powieści, ku szczęśliwemu zakończeniu. Można by Orreca podmienić na przypadkowego, szlachetnego poetę albo filozofa i zakończenie pozostałoby takie same. No, jeszcze dzieła Orreca są wspominane raz czy dwa razy wcześniej.

Stara Mistrzyni zawsze świetnie sobie radziła z malowaniem bogatego tła, tworzeniem wiarygodnych zwyczajów i tak samo jest tutaj. Jak zwykle, światotworzenie jest z górnej półki i za samo światotworzenie można powieści wiele wybaczyć. Drugą mocną stroną jest pewna szarość – są źli, ale jednak nie do końca źli, albo raczej: są wiarygodni w swojej podłości. Są też ci dobrzy, ale nie zawsze, i (wyjąwszy Orreca bez skazy) nie do końca. To nie jest komiksowy, czarno-biały świat. Są rozbudowane, psychologicznie podbudowane postacie, które pamiętamy nawet po przebrnięciu setki stron, gdy zdawałoby się, sama autorka już o nich zapomniała.

No właśnie, a dlaczego przebrnięciu setki stron, a nie po prostu: przeczytaniu? Trudno wyjaśnić.  Le Guin pisze dobrze, a tłumaczeniu też nie można niczego zarzucić. A jednak… W odróżnieniu od pozostałych dwóch części, tutaj miejscami się nudziłem. Zawsze miałem wrażenie, że Le Guin pisze taką obyczajową fantastykę i tutaj to także świetnie widać. Gdzieś tam toczy się wojna, oblężenie, krążą armie – ale do nas docierają tego tylko echa.

Mistrzyni nie lubi opisywać akcji. Chciałoby się przeczytać więcej o bitwach, zobaczyć tę wojnę, spojrzeć na nią oczami wojowników, ale nie: dostajemy tylko wygłodzonych cywilów i Gavira pomagającego w sortowaniu starych zwojów w świątyni. Jedna z teoretycznie najbardziej klimatycznych scen pod koniec powieści, do której autorka nas prowadzi powoli budując napięcie, kończy się potwornie rozczarowująco. Oczekiwałem dramatyzmu, a tymczasem… dwa akapity. Przeczytałem, oderwałem wzrok od linijek tekstu i pomyślałem: “I co?! To wszystko!?! To ma być to?!”

Sam bohater jest dość ciekawy – poznajemy go jako naiwnego chłopaczka, niewolnika święcie wierzącego w słuszność ustroju, w którym żyje. Le Guin nienachalnie pokazuje, jak łatwo ulega wpływom, jak brakuje mu na początku krytycyzmu i jak powoli, krok po kroku dojrzewa do tego, by myśleć sam za siebie. Mamy więc tak ukochany przez wszystkie poradniki pisarstwa “rozwój postaci” i ten rozwój jest tutaj pokazany naprawdę w świetny sposób i znowu: bardzo wiarygodnie. Gavir jest łatwowierny, bo jest młody. Dorasta, a jego dorastanie polega nie tylko na tym, że odkrywa na podbródku kilka czarnych włosów, ale także – na odnajdywaniu siebie. Szuka swojego miejsce, swoich początków i okazuje się, że do niektórych rzeczy nie może wrócić, a odnajdywanie własnego miejsca w świecie polega nie na powrocie do rodzinnego domu, ale właśnie na odejściu od niego, na zbudowaniu własnej przyszłości.

Po drodze Gavir uczy się opiekować innymi, uczy się samodzielności. Przejście przez rzekę z dzieckiem na plecach jest tutaj dość symboliczne.

Do tego mamy niewolnictwo. Które jest złe. Gavir zaczyna jako taki “wuj Tom” z amerykańskich memów, usprawiedliwiający ustrój, sławiący swoich łaskawych i sprawiedliwych panów. Jego niewola nie jest szczególnie ciężka. Le Guin nie idzie na łatwiznę, nie czyni bohaterem kogoś, kogo by źli nadzorcy codziennie smagali batami. Nie. Gavir to niewolnik domowy, w bliskich stosunkach z dziećmi swojego pana, uważającego się za część rodziny. A jednak nawet taka niewola jest zła, odkrywa Le Guin.

Po co wyważała otwarte drzwi, po co tak mocno to podkreślała? Nie wiem. Mamy tutaj niewolników kochających swoje miasto, chociaż się w nim nie urodzili, chociaż zostali do niego porwani. Czy to ma być krytyka nacjonalizmu, pokazująca, że patriotyzm zaślepia niewolników, zamyka im oczy na społeczną niesprawiedliwość? Nie wiem. A może celem Le Guin – w końcu feministki – było pokazanie, że w patriarchalnym społeczeństwie los kobiety, nawet wolnej, nie różni się dużo od niewolników? Sallo i Sotur wspólnie płaczą, wspólnie przeżywają, chociaż jedna jest niewolnicą, a druga wolną kobietą. W mieście uciekinierów są wolni mężczyźni, ale ich marzący o naprawie świata przywódca równocześnie traktuje kobiety jako swoją własność. Wolność dla mężczyzn nie musi oznaczać wolności dla kobiet.

Uderzyła mnie w trakcie lektury jedna myśl: mężczyźni u Le Guin są różni, są ci dobrzy i są ci źli. Kiedy jednak się nad tym zastanowiłem, nie wydaje mi się, by Le Guin w całym cyklu stworzyła chociaż jedną naprawdę złą postać kobiecą. Tak, mężczyźni są i dobrzy, i źli, ale gdyby wymienić główne złe postacie, wszystkie, które sobie przypomniałem – to mężczyźni. Zło pochodzi od mężczyzn?! Kobiety są gwałcone, bite, niewolone. Wolne bywają najwyżej nieprzyjemne i opryskliwe. W jednej ze społeczności opisywanych przez Le Guin mężczyźni godzą się na niewygody, czasami wręcz absurdalne, tylko dlatego, by się odróżnić od kobiet. Gdy raz to zauważyłem, nie mogłem już “odzauważyć”.

Mimo wszystko jednak książkę polecam – o ile lubicie Le Guin, o ile nie przeszkadza wam potoczysty sposób prowadzenia narracji.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.