Fantastyk dawnych czar – numer 1 (64) 1988

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Strasznie wygląda ten numer. Pochodzi z moich własnych zakupów: z czasów, gdy miałem lat dwanaście. No i… niestety widać, że jako dwunastolatek nie szanowałem czasopism. Na przykład tylną część okładki wyciąłem, nie mam pojęcia dlaczego – może była tam ilustracja do jakiejś powieści?

We wstępniaku Hollanek narzeka na jakieś czasopismo, które szpilkami dźga świeckiego świętego, Lema. Jak dźga, jakie czasopismo, o co chodzi – nie mam pojęcia, Hollanek rzuca tylko aluzjami, które pewnie w roku 1988 były zrozumiałe. Z kolei w Lądowaniu same nudy, z jednym wyjątkiem: jakiś małolatek narzeka, że pani kazała im się chwalić, co czytają, no to pochwalił się lekturą powieści SF i pani go wyśmiała. Ha! Skąd my to znamy, co? Całe pokolenia polonistek pracowicie zniechęcających do czytania rocznik za rocznikiem młodych chłopaków (dziewczyn pewnie też, ale ja słyszałem raczej o zniechęcanych chłopakach).

Oj, brzydka ilustracja Leona Zadońskiego. Brzydka, oj brzydka. Aż się nie chciało jej wklejać.. Do tego jeden autor wie, jaki związek ma baba w chuście z prozą Sheckleya (o, zrymowało mi się! Czyli prawda).

Opowiadanie o spotkaniu dobrodusznego, mabogijskiego pilota z trójką łajdaków nie musiałem sobie właściwie przypominać, ale dla samej przyjemności przeczytałem ponownie. Łajdacy są wredni i bez serca, a mabogijski pilot naiwny i łagodny, ale za to niesamowicie odporny. Ręce przy sobie Roberta Sheckleya to jasny punkt tego numeru, nawet pomimo tego, że więcej w opowiadaniu fiction niż science.

Zamiast ilustracji wolę wkleić grafiki z Galerii. Michelangelo Miani. Ładne, nie? I fantastyczne. Swoją drogą, w numerze 12 (39) 1985 była podobna stylem, ale niepodpisana grafika. Czyżby jego?

Z kolei drugie opowiadanie Sheckleya w numerze, Coś za nic jest o wiele słabsze – chociaż także je pamiętałem. Poprzednie nie streszczałem, bo a nuż chcielibyście je sobie przeczytać, żal by było wam psuć rozrywkę. Tutaj jednak rozrywki za dużo z lektury nie ma, więc nie będę miał żadnych wyrzutów sumienia pisząc spojlery.

Mamy więc Amerykanina, który dostaje lampę Aladyna – to znaczy, dostaje jej odpowiednik, maszynę do spełniania życzeń. Przekonany jest, że wpadła do niego przez pomyłkę i że należy do kogoś z przyszłości, kogoś należącego do elit, z warstwy AAA. Żąda więc domu, pieniędzy, ochrony i tak dalej oraz broni się przed oddaniem maszyny w ręce, jak sądzi prawowitego właściciela.

Tyle, że warstwa AAA to nie jest żadna elita. To oznaczenie zdolności kredytowych. A w cywilizowanych społeczeństwach każdy sam sobie wybiera zdolność kredytową i skoro bohater wybrał AAA, to jego sprawa… A kredyt i tak będzie musiał kiedyś spłacić. W tempie piętnastu kredytek na miesiąc. Śmieszne? Niezbyt. Odkrywcze? A gdzie tam. Ale napisane przez Sheckleya, więc da się czytać.

Też Michelangelo Miani, to mi się mniej podoba. Nie ma ładnych pań… Buu..

W numerze powinna być Ballada o celnym strzale Stephena Kinga. Powinna być, ale jako dwunastolatek ją wypiąłem i cholera wie, gdzie podziałem. Coś mi tam świta pod czaszką, o krwi płynącej z maszyny do pisania, strzelaniu z palca niewidzialnymi kulami – ale czy na pewno to było w tej powieści? A może mi się z czymś pomyliło? Nie wiem i na razie się nie dowiem.

Oprócz tego mamy artykuł Stephena Kinga o horrorach (przetłumaczony przez Krzysztofa Sokołowskiego) oraz artykuł Krzysztofa Sokołowskiego o Kingu. Nie chciało mi się ich czytać. Nie cenię publicystyki.

Słowiański komiks pary Grzegorz Komorowski – Ziemkiewicz. Hm. No chciałbym, by mi się podobało.

Powieść wkładka znikła, ale został utrzymany w czarno-niebieskiej, niezwykłej tonacji komiks. Scenariusz Rafał Ziemkiewicz, rysunki: Grzegorz Komorowski. Rysunki Komorowskiego zawsze mi się podobały i nie powiem, nie są złe, chociaż kuda mu do Rosińskiego. A scenariusz. Hm. “Na Swarga, gadaj wiedźmo, nim ci zetnę łeb!”. No Ziemkiewicz nie nadaje się na scenarzystę.

Tym razem w dziale polskiej prozy nie ma jednego opowiadania, tylko całe mnóstwo short stories. Ojciec redaktor Parowski tłumaczy, że przez rok wybiera po jednym, dwóch miesięcznie i potem wrzuca, bo szorty czyta się łatwo, a daje to szansę dużej liczbie autorów na publikację. Zauważa przy tym, że debiutanci lubią szorty.

Nie będę dokładniej omawiał szortów wszystkich, bo jest ich za dużo. Mamy jedenaścioro autorów:Barbarę Mineyko, Andrzeja B. Boryczko, Wacława Steca, Agnieszkę Taborską, W. Markiewicza, Leszka Kraskowskiego, Michała Łukasiewicza, Ewę Lipską, Zofię Beszczyńską, Andrzeja Knapika, Małgorzatę Kondas. Reprezentują bardzo różny poziom i bardzo różne gatunki. Mamy humoreski, groteski, jakieś niewiadomo co brnące w absurd oraz kompletnie nieudany eksperyment Wacława Steca (zabawa literacka: opowiadanie stworzone z tytułów powieści i opowiadań).

Część szortów nie jestem w stanie docenić, bo nie przepadam za groteskami i różnymi takimi dziwadełkami, w których nie ma puenty, autor lub autorka po prostu bawią się słowami i biegną od jednej absurdalnej sceny do drugiej. Pod kategorię dziwadełek wstawiam tutaj Łukaszewicza i Lipską, trochę też Knapika, choć szort tego ostatniego jest nieco strawniejszy. Brnąłem przez nie, tak samo przez okropny niby-horror Markiewicza. Dalej mamy takie magiczne obyczajówki: krasnoludki-skunwiszony Mineyki, miniaturki Beszczyńskiej (np. jednej nocy odleciały wszystkie drzewa. Ojej, to byli Obcy!),  Te chociaż da się czytać, ale nudzą.

Pozostałe – mają potencjał. Boryczko i złodziej kradnący posążek bożka z przekorną puentą, akurat pasują do tak krótkiej formy (“myślę, że nie zrobi ci to różnicy”). Agnieszka Taborska: w sumie jedno z dziwadełek, ale przyjemnie napisane, o rozpadających się poddanych podczas audiencji u księżniczki. Tak samo z pierwszym szortem Leszka Kraskowskiego o Wybrańcu – niby nudny i oklepany temat cofającego się w czasie faceta (było to już u Lema choćby), ale z humorystycznym wyjawieniem, do czego wybrano Wybrańca. Drugi szort z kolei całkiem fajny, znowu, temat akurat na szorta, nieco dłużej i już by męczyło. Pozostała jeszcze Małgorzata Kondas: to już bardziej mini-opowiadanko, znowu wykorzystujące znany pomysł, ale dodające do niego nieco własnego szlifu.

Właściwie tylko u Kraskowskiego i Kondas dostrzegałem jakiś potencjał. Więcej, coś w stylu pani Kondas nasunęło mi myśl, że może ją też czytałem gdzie indziej. Sprawdziłem: faktycznie, pisała coś do Spotkań w przestworzach i czytałem tamte opowiadania.  Ma też na koncie kilka książek, o bardzo różnych ocenach na lubimyczytac, od 4,5 do 6 (jedna dziesiątka, ale “średnia z jednej opinii”, czyli sami rozumiecie: mało wiarygodne). Kraskowski z kolei nic już później nie napisał, wybrał chyba karierę dziennikarza. Z innych Zofia Beszczyńska przerzuciła się na poezję i bajki dla dzieci. Innych nie kojarzę, nie znalazłem, znikli.

Cycki! Cycusie! Michelangelo Miani.

Do omówienia została publicystyka. Głównie nudy. W recenzji omówienie powieści Marty Tomaszewskiej Wielkolud z jaskini piratów albo tajemnica czwartej ściany. Czytałem, zanudziła mnie okropnie, przyrzekłem sobie nigdy więcej nic autorki nie tykać – recenzent pisze jednak raczej pochlebnie.

Po recenzjach mamy długie narzekanie Ziemkiewicza, który wskazuje, dlaczego debiutantom jest ciężko. Raz, bo nie ma gdzie publikować, a Fantastyka rocznie przyjmie maksymalnie dwa tuziny opowiadań. Dwa, bo rynek zapchany, drogo, wydawcy wolą więc sprawdzone nazwiska niż debiutantów, ciężko się promować. Trzy, bo zarobki marne, więc debiutanci muszą pracować na życie a pisanie traktować jako hobby – a tak się nie da. Tutaj nie odmówię sobie przyjemności wstawienia cytatu:

autorom, którym pisanie idzie lekko zazdroszczę, podziwiam i starannie unikam ich twórczości

Oprócz tego RAZ zauważa zdroworozsądkowo, że za dużo ludzi wydaje się, że pisarz jest kimś lepszym, że pisarze sądzą, że powinni pisać trudno – a literaturę powinno móc się czytać.

Po RAZie mamy Remuszkę i wywiad z alpinistą Andrzejem Zawadą. Wywiad z … alpinistą? No tak. A dlaczego? Bo alpinista wymienia mnóstwo wynalazków, które narodziły się w NASA, a które mogą teraz wykorzystać alpiniści. W ogóle ciekawa sprawa z Remuszką: pracował w Gazecie Wyborczej, próbował tam zakładać związek zawodowy, poleciał, zmarł niedawno chyba raczej w biedzie.Napisał książkę o początkach GW, wszystkie czasopisma odmówiły zamieszczenia reklam o niej. Sądy przyznały im do tego prawo, twierdząc, że gazeta ma prawo odmówić reklamy, bo umieszczanie negatywnych treści na czyjś temat jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.

Na koniec – przygody Stephena Kinga z Hollywoodem, łącznie z opiniami samego Kinga na temat ekranizacji jego powieści i opowiadań.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.