Podsumowanie roku 2020

Wszyscy oczywiście spodziewają się, że podsumowanie roku 2020 zacznę ponuro, wzdychając, jaki to ciężki był rok, jak nam wszystkim źle i w ogóle – katastrofa, worst year ever i w ogóle. No, ale co ja mam zrobić, że dla mnie akurat ten rok okazał się po prostu super. Zwykle jestem strasznym pesymistą, czarnowidzem i zwykle potwornie wszystkich drażni moja skłonność do wyszukiwania dziury w całym – tym razem zaś wszystkich zapewne będzie drażnić bezczelny uśmiech na mojej ciołkowatej gębie.

Na początek, epidemia. Tak, wiem, straszne. Umierają ludzie. Ja to wiem, ale jakoś to do mnie nie dociera na takim emocjonalnym poziomie. Nie umarł nikt z moich znajomych ani rodziny – kilka osób zachorowało, ale przeszło bez większych komplikacji. Takiemu zimnokrwistemu, gruboskórnemu człowiekowi jak ja trudno się przejąć więc statystykami i cała ta epidemia wydaje się odrealniona, jakbym słyszał o katastrofie gdzieś w jakimś odległym kraju. Wszyscy czytają o tym, że zderzyły się dwa pociągi, setki ofiar, powtarzają Boże, jakie to straszne i oczekują, że ja też pokiwam głową i wstrząśnięty wyjąkam Na Darwina, setki ofiar… Tyle, że nie potrafię. Wiem, że jestem okropny. Wiem, że miliony ludzi na świecie przeżywają tragedię, ale po prostu to do mnie nijak nie dociera – zawsze jest tak, że w każdej sekundzie ktoś na świecie przeżywa tragedię.

Natomiast sama kwarantanna to coś wspaniałego. Przenieśliśmy się do domu na przedmieściach, cisza, spokój, za oknem puste pola. Z jednej strony rodzina ultra-uprzejmych i kochanych Świadków Jehowy (sami się domyślacie, że nie robią imprez trwających do pierwszej w nocy), z drugiej młode, ultra-uprzejme i kochane małżeństwo z dzieckiem. Samochody jeżdżą gdzieś tam daleko i nikt mnie nie budzi o czwartej nad rano głośnym umc-umc wracając z imprezy i piętnaście minut jeżdżąc po osiedlu szukając miejsca do zaparkowania. Matko jedyna, jak mi się tu cudownie mieszka.

I jeszcze nie trzeba widzieć zbyt wielu ludzi. Jupi! Raz na tydzień idę po chleb, widuję ekspedientkę, reszta w kolejce zachowuje cudowny dystans co najmniej metra. Zapasy zamawiamy zdalnie. Ulice puste. Jak o tym pomyślę, uśmiech sam wypełza na twarz. Jupi! To nie tak, że nie lubię ludzi. Lubię, ale z odpowiedniego dystansu. Czasami fajnie jest się z kimś spotkać, pośmiać się, wypić coś wspólnie, ale takie spotkania wystarczą raz na pół roku oraz z kimś, kogo znam. Nie jestem kompletnym odludkiem, absolutnie nie. Moja córka niedawno się śmiała, że gdyby szukali kogoś na samotny lot do Marsa, pół roku w jedną stronę, pół roku w drugą, na pewno byłbym pierwszy w kolejce. Prawda! Potrzebowałbym tylko czasami wymienić emaile z kimś, tak raz na miesiąc 😀

A praca? Ajaj, jak wspaniale. Do pracy zawsze szedłem na piechotę, bo po pierwsze, bardzo lubię chodzić, a po drugie, bardzo nie lubię tłoku. Spacery rzecz fajna. Niestety, czasami trzeba było przeciskać się przez tłum na ulicy albo uczelni. Albo, gdy brakowało czasu, trzeba było jechać tramwajem, gdzie nikt dystansu nie zachowywał, ludzie bezczelnie mnie dotykali, hałasowali i ogólnie zachowywali się jak ludzie. Zawsze, gdy wychodziłem z zatłoczonego tramwaju, czułem się chory.

I ja nawet lubię swoją pracę, lubię uczyć studentów, a jeszcze bardziej rozmawiać z nimi, czasami się pokłócić, dowiedzieć czegoś nowego – i czasami podczas nauczania brakuje mi tego, że nie widzę ich reakcji, nie mogę coś narysować na tablicy, albo użyć gestykulacji, by coś wyjaśnić. Nie mogę też podejść do komputerów, żeby sprawdzić, pomóc, przykucnąć przy kimś, poprawić błędy – ale z drugiej strony… nie muszę podchodzić do ludzi, przykucać i zbliżać się na odległość mniejszą niż metr.

Lepsze jest coś innego – kiedyś zajęcia w sobotę oznaczały całą sobotę zmarnowaną, nawet jeżeli miałem trzygodzinną przerwę między zajęciami na ósmą (kończące się 11:20) i tymi o powiedzmy piętnastej. Bo zawsze po zajęciach ktoś się coś pytał, potem odwiedzali mnie studenci w pokoju, a potem do domu szedłem (bo nie lubię jechać zatłoczonym tramwajami) i w efekcie miałem półtora godziny na pobyt w domu. To już wolałem zostać w pokoju na uczelni i poczytać jakiś artykuł (niekoniecznie naukowy). A teraz? Trzy godziny przerwy to trzy godziny przerwy.

Co jeszcze jest super? Ukazało się moje opowiadanie w Fantastyce (Przynoszę wam pokój) i zebrało dość dobre recenzje. Zdarzyło się kilka osób, którym się nie podobało, ale jednak więcej było takich, którym opko podeszło. Dalej: podpisałem trzy umowy wydawnicze w dwóch wydawnictwach. Wprawdzie nie udało się doprowadzić do debiutu w tym roku, wiadomo, epidemia, ryzykowny rynek i tak dalej, ale i tak jest super. Rok temu sądziłem, że może dać sobie spokój z tym całym pisaniem. A opóźnienia? Koledzy z branży mi od początku mówili, że to norma, że nie mam się co przejmować i że klucz do bycia pisarzem to dużo, dużo cierpliwości i spokoju ducha.

No owszem, coś tam cały czas mnie boli, nie mogę spać w nocy, w czerwcu i przez wakacje miałem okropne zawroty głowy, przez które mogłem leżeć tylko w jednej pozycji – ale to są wszystko drobiażdżki.

Aż strach pomyśleć, jaki ten rok był dla mnie dobry. Pewnie w przyszłym roku świat wszystko zrównoważy. Wydawcy zrezygnują z umów, szefostwo wyrzuci mnie z pracy, a na dom spadnie F16.  Póki co jednak – można się uśmiechać.

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.