Liczba wstydu, czyli podsumowanie czytelnicze roku 2020

Koniec roku, czas na podsumowania. W sobotę wrzuciłem coś o ruchu na blogu, teraz będzie coś bardziej “lajtowego” :D. Na jednej z fejsbukowych grup poświęconych fantastyce ktoś rzucił nazwę: “52 book challenge”. Ktoś inny wytłumaczył, że to takie wyzwanie, przeczytać w ciągu roku pięćdziesiąt dwie książki, jedną tygodniowo. Dodał z lekceważeniem coś o “normikach”, dla których jedna książka co tydzień to wyzwanie. Nie wiecie, co to “normiki”? Nie szkodzi. Nie przejmujcie się.

Przyszło mi wtedy do głowy policzyć, ile książek ja przeczytałem w roku 2020. Przejrzałem zakupy na allegro, dodałem te z legimi oraz jedną pożyczoną z biblioteki, o której żona mówiła: “przeczytaj, warto” (nie było warto). I wstyd, panie i panowie. Wstyd. Ile aspirujący pisarz przeczytał w roku 2020?

Trzydzieści trzy.

Tak, tak! Co by o mnie powiedział ten facet, co na fejsbukowej grupie tak lekceważąco pisał o “normikach”, co to ledwo pięćdziesiąt książek czytają rocznie? Parsknąłby śmiechem pogardliwym.

Na usprawiedliwienie: ja pracuję. Ja piszę. Dopiero gdzieś tak w maju zacząłem czytać. Napisałem dwie książki, obie zabrały mnóstwo czasu. Ale teraz, uwaga, jeszcze wstydliwsze wyznanie: nie wiem, ile przeczytałem rok temu, ale na pewno mniej. A dwa lata temu jeszcze mniej.

Jako nastolatek książki pożerałem. Jeden dzień, jedna książka. Potem pojechałem na studia i tam się okazało, że bycie “zdolnym, ale leniwym” wystarcza, by bez wysiłku zdobywać piątki w liceum, ale na studiach informatycznych trzeba już czasami sporo zakuwać. Czasu było mniej. Potem praca, żona, dzieci – czasu było jeszcze mniej. Czytałem już nie powieści, ale artykuły naukowe, bo musiałem szybko się dokształcać. Każdy artykuł wymagał skupienia, bo w informatyce bywa tak, że na jedno zdanie trzeba poświęcić parę minut, by dokładnie zrozumieć, o co chodzi. A czytałem ich po trzy-pięć dziennie artykułów, nie zdań :D).

I jeszcze, wstyd przyznać, siedziałem na forach, internecie, prowadząc bezsensownie zaciekłe dyskusje na setki różnych tematów.

A książki? A jakże. Monografie naukowe. Podręczniki. A dla rozrywki, monografie historyczne lub popularno-naukowe spoza mojej dziedziny.

Do tego doktorat. Matko jedyna, te zarwane noce, rycie w materiałach, pisanie po pięć razy jednego zdania, siedzenie nad dowodami poprawności i analizowanie algorytmów, linijka po linijce…

W efekcie dla rozrywki czytałem głównie to, co mi czasami podrzuciła żona z biblioteki. Koontza. Jakieś historyczne niby powieści, a zdarzało się nawet romanse – może z jedną książkę w miesiącu. Przez co najmniej półtorej dekady należałem do tej grupy, na temat której biadają profesorowie o siwych brodach, że Polacy nie czytają, nie chodzą do teatru, nie słuchają oper… Ominęła mnie większość tego, co napisano po roku dwutysięcznym. Achaję przeczytałem, ale Pana lodowego ogrodu do dzisiaj nie. Wymieńcie dowolne nazwisko autora, który stał się znany w tamtym okresie i jest niemal stuprocentowa pewność, że go nie znam. Sanderson? Kto to jest Sanderson? Wagner? To ten, co pisał opery, nie? Podlewski? Nie znam. A już nie wspomnę, ile cykli zacząłem czytać w latach 90tych, a potem nigdy ich nie dokończyłem. Uwierzycie, że do dzisiaj nie przeczytałem Diuny: Kapitularz oraz Heretyków Diuny?

Okropność, prawda! Dopiero jakiś czas temu zacząłem znajdować czas – po pierwsze, zrezygnowałem z kariery naukowej. Po drugie, starałem się ograniczać dyskusje na internecie. Po trzecie – przygotowywanie zajęć stało się mniej pracochłonne, bo po tylu latach niektóre rzeczy znam na pamięć. A po czwarte – pandemia w tym roku dała mi mnóstwo dodatkowego czasu.

Tak czy inaczej: oto lista powieści i książek przeczytanych w tym roku. Ponieważ część tytułów i autorów piszę z pamięci, mogłem coś pokręcić :D. Pierwsze dziewięć to te, które pamiętam z legimi. Nie sprawdzę, bo zepsuł się czytnik, po czym zawiesiłem na razie konto. Może jakoś mogę się dostać do historii czytelniczej bez wykupionego abonamentu i bez zepsutego czytnika, ale nie chce mi się sprawdzać, jak.

  1. Ksenofont Anabaza (plus jakieś tam sztuki starożytne Arystofanesa oraz wspomnienia Ksenofonta o Sokratesie) – legimi
  2. Grundkowski Annopolis – ebook (recenzja)
  3. Dan Simmons Hyperion – legimi (recenzja)
  4. Dan Simmons Upadek Hyperiona – legimi (recenzja)
  5. Pilipiuk Północny raport – legimi
  6. Tadeusz Konwicki Podziemna rzeka, podziemne ptaki
  7. Charles Oman Sztuka wojenna w XVI wieku (2 tomy) – legimi
  8. Robert Keith Muszkieter z muszkietem lontowym – legimi – króciutkie, ale do tego mogę doliczyć dwie inne równie krótkie książczynki historyczne, które przeczytałem w ramach przygotowań do powieści fantasy – a te trzy razy chyba już można spokojnie liczyć jako jedną 😀
  9. Jakaś książka na Legimi o polskiej wojskowości, ale nie pamiętam jaka. Chyba Plewczyński Wojny i wojskowość polska – legimi
  10. Yan Lianke Czteroksiąg
  11. Sankarna Lavanya Czerwony dywan
  12. Serhij Żadan Internat
  13. Chinua Achebe Nie jest już łatwo
  14. Jewgienij Łukin Purpurowa aura protopartorga (recenzja)
  15. Maciej Guzek Trzeci świat (recenzja)
  16. Joseph Conrad Zwycięstwo
  17. Guzek Królikarnia
  18. Ursula Le Guin Malafrena (recenzja)
  19. Dorota Terakowska Samotność bogów (recenzja)
  20. Wojciech Szyda Miasto dusz (recenzja)
  21. Konrad Lewandowski Most nad otchłanią (recenzja)
  22. Le Guin Oko czapli (recenzja)
  23. Le Guin Wydziedziczeni (recenzja)
  24. Iain M. Banks Wspomnij Phlebasa (recenzja)
  25. Białołęcka Naznaczeni błękitem tom 1 
  26. Olga Tokarczuk Opowieści bizarne
  27. Paweł Majka Dzielnica obiecana (recenzja)
  28. Thomas Mielke Sakriversum (recenzja)
  29. Adam Przechrzta Gambit Wielopolskiego
  30. Adam Przechrzta Chorągiew Michała Archanioła
  31. Romuald Pawlak Inne okręty
  32. Jeff Abbott Zaufaj mi
  33. Romuald Pawlak Czarem i smokiem

Hm…Czy  można do tego dodać jedną powieść, którą “betowałem”? Z jednej strony, to nie skończona powieść, ale z drugiej – jednak ją czytałem. Z trzeciej – to mniej więcej połowa całości. Z czwartej: ta połowa liczyła chyba z ponad siedemset tysięcy znaków. Nie warto chyba liczyć też nowego podręcznika do mojego przedmiotu. Pozostańmy więc przy takiej żenująco niskiej liczbie: trzydzieści trzy.

Wstyd, panie Radomirze. Wstyd.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *