Fantastyk dawnych czar – numer 5 (56) 1987

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Za dwa dni święta a ja wam wrzucam recenzję. Myślicie więc może, że ech, ten Darmiła, nie ma co robić? Darmiła co robić ma, po prostu trochę oszukuje. Recenzję napisałem w listopadzie i zaplanowałem ją na 23 grudnia z dużym wyprzedzeniem :D.

Zbliżam się do końca moich “covidowych” zakupów podczas wakacji 2020 roku. Egzemplarz (majowy z 1987 roku) zdobyłem w stosunkowo dobrym stanie, bez żadnych dopisków, z jedną naklejką na końcu.  Na okładce – abstrakcja. Autorstwa Jana Grabowskiego. Jakieś ni to ruiny, ni to maszyny. W numerze w galerii więcej tego typu grafik, część Grabowskiego, część z kolei czarnobiałych, czystszych ale też nie wiadomo co przedstawiających grafik Jeana Claude’a Smita de Bénédicte.

We wstępniaku Hollanek obnaża zakłamanie wydawców i księgarzy, którzy chcą zarobić na książkach ograniczając ich nakłady i chowając część egzemplarzy pod ladą. W listach od czytelników: narzekania, że drogo. Narzekania, że krytycy głównonurtowi się nie znają. Narzekania, że nie ma poezji. Pochwały, że nie ma poezji. Narzekania, że za dużo publicystyki. Redakcja odpowiada, że sondaże pokazują, że zdania są podzielone i że wielu czytelników lubi publicystykę.

Panie Radomirze, pan nie narzeka. Opowiadanie wprawdzie kiepskie, ale na ilustracji za to są cycki. Ilustracja Andrzej Brzezicki.

Na początek działu prozy opowiadanie Czecha, Jaroslava Veisa (Duplikator Hendersona, Fantastyka 9 (36) 1985, Na zdrowie Fantastyka 1 (52) 1987). Zaczyna się całkiem nieźle – mamy walkę na korcie, w której tenisiści wyłażą w zbrojach, a przegranego znoszą sanitariusze (szanse na przeżycie: pięć procent). Jak to się dzieje, że tenis stał się tak zabójczy? Bo gracze dostają aparacik stymulujący agresję i motywację? Hm, nie przekonuje, ale jako pomysł zabawne. Niestety wszystko rozmywa się w nijakie zakończenie, mające chyba szokować czytelnika okrucieństwem. To już trzecie opowiadanie tego autora, które przeczytałem i żadne mnie nie zachwyciło.

Kolejna ilustracja nawet pasująca do treści opowiadania. Andrzej Brzezicki.

Po Czechu dostajemy utwór znacznie lepszy, autorstwa Iana Watsona (Łowca śmierci, Ognisty robak). Powolne Ptaki dzieją się w umierającym świecie – nie wiadomo skąd przybywają rakiety, które pomalutku, powolutku zamieniają cały ląd w szkliste tafle. Ludzie się przyzwyczaili, bo koniec nadejdzie za dwa, może za trzy stulecia, więc po co się martwić na zapas.

Akcji i zakończenia nie będę zdradzał, bo przeczytać nawet warto, chociaż nie jest to arcydzieło. Mamy tutaj starcie dwóch podejść: pierwsze to stoickie pogodzenie z nieuniknionym, z ciszą, ze śmiercią; i drugie, niezgoda, walka o przyszłość, nadzieja. Ciekawe w opowiadaniu jest to, że można by je zakończyć w trzech miejscach, uzyskując zupełnie różne efekty. I tutaj dłuższy czas się zastanawiałem, jak to zapisać bez psujów. No cóż: można by urwać po ciosie Jasona zadanym laską i mieć pesymistyczne, bardzo mroczne zakończenie. Można by urwać po jego powrocie na strych i otrzymać zakończenie otwarte. Zamiast tego Watson zdecydował się pociągnąć dalej i skończyć happy endem, co dla mnie akurat obniża wartość całej historii. Nie dlatego, że nie lubię happy endów, tylko dlatego, bo tutaj ten happy end wydaje się nieco wymuszony.

W Galerii: Jan Grabowski. Grafiki pełne chaosu, takie, jakich zwykle nie lubię, ale tutaj… No coś w nich jest. Fantastycznego nawet.

W środku mamy Strugackich – nie czytałem, bo jak pamiętacie, wkładek nie czytam z uwagi na fatalną czcionkę i układ stron – oraz Yansa, którego mam w wersji kolorowej.

Dalej mamy Czas wodnika Mirosława P. Jabłońskiego. W notce o nim ciekawa informacja: ponoć Szulkin wykorzystał niektóre pomysły z książki Jabłońskiego w filmie Ga, ga, chwała bohaterom. Ho, nie wiedziałem. Natomiast samo opowiadanie… Takie sobie. Początek fajny, ale szybko okazuje się, że otrzymuje kompletnie sztampową historię. Znacie na pewno to uczucie: gdy się ogląda coś albo czyta coś, co wcześniej widzieliśmy już dziesiątki razy. Pomysł tak ograny, że jedyną niespodzianką może być, które ze sztampowych rozwiązań autor wybierze.

Mamy więc ludzi łączących się w Nadjaźń, telepatyczną społeczność, która pozwoli ludzkości zrzucić łańcuchy hierarchii i stawić czoło kosmosowi. Aha. Odkrywa to inspektor przysłany przez Federację i dostaje ofertę, by do Nadjaźni dołączyć. I teraz mamy do wyboru: Nadjaźń może okazać się prawdziwa, może być efektem pasożytowania przez jakieś obce rośliny/robale/zwierzęta, albo może być podstępem Obcych. Sam inspektor może dołączyć, odkryć spisek, wykończyć społeczność albo uciec w ostatniej chwili. Łącząc te elementy otrzymujemy różne, znane nam wszystkim warianty zakończeń: od łzawych happy endów po te mroczne. Co może zrobić pisarz? Unikać tej historii, sądząc, że nic nowego nie wymyśli; albo wymyślić coś absolutnie nowego i łamiącego schematy. Jabłoński nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Wybrał opcję “łzawy happy end”.

Jednym słowem, strata czasu okropna.

W pożółkłych kartkach historia alternatywna Mickiewicza. No, jak na taką ramotkę, daje radę.

Oprócz Grabowskiego mamy też Jeana.. Jeana-Claude’a… Eee no tego Francuza. Phi tam.

Co tam jeszcze… Publicystyka o Wellsie i Verne’ie, recenzje zbioru opowiadań Kinga, zbioru polskich autorów Bliskie spotkania oraz Władcy much Goldinga. W tym ostatnim ciekawe spostrzeżenie, że odbiór Władcy much mocno zależy od tego, czy zeitgeist jest akurat optymistyczny (gospodarka kwitnie, cywilizacja się rozwija – Golding jest wtedy nudny i płytki) albo pesymistyczny (kryzys, ludzie się boją przyszłości – Golding jest głęboki i przenikliwy).

Maciej Iłowiecki straszy globalnym ociepleniem, prorokując, że do końca XX wieku oceany podniosą się może nawet o cały metr. Zanim zaczniecie się nabijać, pamiętajcie: to były najgorsze scenariusze, modele wtedy były niedoskonałe, komputery słabe, teoria wciąż w stadium dopracowywania. To był 1987 rok!

Na ostatniej stronie okładki recenzja Listów martwego człowieka, okropnie pesymistycznego filmu postapo rosyjskiej produkcji. Oglądałem, mało co pamiętam i nie wstrząsnęło mną tak, jak się spodziewałem po recenzjach.

A z tyłu… Siudmak.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.