Fantastyk dawnych czar – numer 2 (53) 1987

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

To kolejny numer z moich wakacyjnych zakupów w roku 2020. Przeglądając go zacząłem się zastanawiać, jak długo powinienem ciągnąć ten cykl. Do lat dziewięćdziesiątych? Do czasu, gdy przestałem regularnie kupować Fantastykę? Nie wiem. Na razie czytam ten numer i piszę tę recenzję, z dużym wyprzedzeniem – zaczynam w październiku, a ukaże się ona dopiero w grudniu.

Na wewnętrznej okładce okrutny wojownik z nagą branką, a poniżej redakcja komentuje, że niestety, inflacja, trzeba będzie podnieść cenę do stu złotych. Później mamy wstępniak Hollanka o roli nauki oraz o tym, że pisarze science fiction nie uciekają od dydaktyzmu i to dobrze. W listach od czytelników zero dramy. A nie, pardon, jakiś czytelnik oburza się, że reakcja stchórzyła i nie daje wierszy, a poza tym – opowiadania za mało artystowskie. I jeszcze, że młodzi pisarze to partacze i nie mają odwagi do tworzenia poezji. Dziwni bywają ludzie…

Katoh Nao Yuki zaczyna Galerię całkiem porządnym rysunkiem. Niestety, dalej jest znacznie gorzej.

Galeria w tym numerze okropnie mnie rozczarowała. Ciekawa okładka, ciekawa grafika na jej wewnętrznej stronie (cycki! Ekhm, to znaczy, duża wartość artystyczna) a potem? Brzydactwa jakieś nowoczesne.

Zagranicę reprezentują w numerze Rosjanin Władimir Pokrowski oraz Poul Anderson. Tego pierwszego znamy już z numeru 7 (46) 1986 i całkiem zabawnego Szarlatana. Tutaj dostajemy Czas ciemnych łowów, całkiem nieźle napisane i pomyślane. Ludzie założyli kolonię na okropnie dalekiej planecie Uali, gdzie odkryto też prymitywną, obcą rasę. Kolonia rozwijała się, chociaż z powodu odległości coraz rzadziej wysyłano do niej zapasy, urosła z trzystu do półtora tysiąca ludzi, rządziła się po swojemu. Tymczasem Ziemianie ustanowili nowy kodeks, zabraniający zakładania kolonii na światach z prymitywnymi cywilizacjami. Co więc zrobić z biedakami, którzy Ualę uznają za ojczyznę? Wysiedlić.

Japońska grafika. Teruhiko Yumura, “Poster reklamowy”. Nie jest to bynajmniej najbrzydsze dzieło w Galerii.

Naprawdę dobre opowiadanie, świetnie napisane i z ciekawie rozwijającą się akcją. Tylko pod koniec nagle siadło. Wyjaśnia się o co chodzi z ciemnymi łowami, dochodzi trochę czarnego humoru i… I tyle. Koniec jest nijaki, wieloznaczny, nic nie wyjaśniający. Gorzej. Koniec wygląda tak, jakby siostrzeniec odkrył niekompletny rękopis zmarłego wujka i postanowił go uzupełnić na własną rękę. Mimo tego rozczarowania całość wciąż można polecić. Ciekawostką jest zabawa czasami: autor czasami używa czasu przyszłego: coś w stylu, to nie cytat, tylko wymyślony przykład: “Wania będzie pamiętał, jak powitała go dziewczyna. Pomyśli potem, że ładnie wyglądała”. A czasami wraca do normalnej, tradycyjnej narracji w czasie przeszłym.

Aż żal dawać zdjęcia grafik z Galerii. Wybrałem tę stronę, bo jeszcze jako tako da się na nią patrzeć. Shiro Nishiguchi (góra) oraz Tadama Yamada (dół).

W porównaniu z Pokrowskim, Amerykanin Anderson wypada słabo. Jak często przy przekładach zachodnich opowiadań, tak i tutaj mamy pomysł, poprawne wykonanie i poczucie, że dostaliśmy hamburgera. Mariusz to opowiadania osadzone w świecie po wojnie atomowej, trochę więc takie postapo. Sowieci podbili Europę, ale dzięki genialnej strategii jednego profesora i genialnemu jej wykonaniu przez jednego wojskowego Europejczycy kontynent wyzwolili i teraz pracowicie dążą po wybicia szczurów, bandytów oraz utrzymania jedności (w Radzie zasiada Polak, Skandynaw, Francuz…). Profesor jednakże przewiduje, że zbliża się tragedia (trochę jakby nawiązanie do psychohistorii Asimova) i wie, jak ją uniknąć. No cóż; hamburgery można jeść i lubić. Ale raczej nie zapamiętuje się potem na lata ich smaku. I tak jest z tym opowiadaniem właśnie. Hamburger.

Rosiński umie rysować, prawda?

We wkładce powieść Johna Brunnera Telepata oraz Yans! – druga część. Dzieło autorstwa naszego rysownika Rosińskiego i scenarzysty Duchateau mam w kolorze, a właściwie miałem, bo gdzieś się tymczasowo zagubiła. Wolę część pierwszą cyklu (bardziej ponura, ale też bardziej interesująca), a z Rosińskiego wyżej cenię Szninkla i Thorgala, ale… Yans też daje radę.

Ilustracja rzekomo do Conana, pardon, Gorma z Cymmerii, pardon, Olbrzyma z gór. Tomasz Pracel-Mucha.

A później mamy Gorma z Cymmerii, przepraszam, Olbrzyma z gór Zbigniewa Prostaka. Mamy mocarnego barbarzyńcę wymachującego mieczem (a czasami łukiem, przy czym przejścia od łuku do miecza czasami są nie zaznaczone) i tłukącego Atlantów (tak!), do tego zaginione, prastare miasto (a jak!) i potwornego potwora (ha!). Czyli co, Conan. No Conan jak żywy. Towarzyszy mu wprawdzie dla niepoznaki jakiś kiepskawy mag, ale poza tym wszystko się zgadza. Patrzę na datę wydania: 1987. Dwa lata wcześniej Fantastyka opublikowała jakieś opowiadania, w 1982 był film ze Szwarceneggerem (Szwarceafroamerykaninem?). Dla mnie Conan to dopiero rok 1988, gdy wyszedł w serii wydawnictwa Alfa, jednakże ponoć pirackie, fanowskie tłumaczenia krążyły po środowisku wcześniej. Nie ma więc co się oszukiwać: pan Prostak zakochał się w muskularnym intelektualiście i postanowił dać jego swoją wersję.

A efekt? Ii tam. No tragiczne to nie jest, stylistycznie od tłumaczenia Conana w wydaniu Alfy nie odchodzi, machanie mieczem jest, potwory są… No można przeczytać. Ale po co. Już lepiej oryginał.

Zamiast galerii: tylna okładka. Janusz Gutkowski.

Na końcu same nuudy. Recenzje – nudy. Nudni krytycy. Recenzja filmu dla młodzieży, którego nie znam. Nieco mniej nudny Iłowiecki, omawiający, co z wysnutych w 1965 prognoz się spełniło; większość z nich nie została spełniona do dziś, przynajmniej nie na dużą skalę. Z kolei francuski autor SF w wywiadzie wygłasza kilka zdumiewająco aktualnie brzmiących zdań na temat sytuacji na francuskim rynku SF. Że pisma padają, zostało jedno. Że starzy autorzy się trzymają, bo wcześniej zdobyli czytelników, ale nowym się ciężko przebić i publikować to mogą tylko w fanzinach.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.