Stary przepis na nowo przygotowany, czyli Maciej Guzek i “Trzeci świat” (recenzja)

Tej książki nie miałem zamiaru recenzować. Tak naprawdę, na jakiś czas chciałem zrezygnować z recenzji polskich książek na blogu, a może nawet – z recenzji w ogóle.

Ale Trzeci świat Macieja Guzka jednak zrecenzować muszę. I od razu, jak zwykle, opinia w skrócie: dobra powieść. Nie arcydzieło, ale – ponadprzeciętna. W skali od jeden do sześć: bardzo solidna czwórka. Jeżeli czytacie mój blog, wiecie, jak trudno mnie czasami zadowolić i jak lubię się czepiać, więc ta solidna czwórka to naprawdę, jak na moje standardy czytelnicze, bardzo, bardzo dużo.

Macieja Guzka kupiłem w ramach uzupełniania mojej wiedzy o współczesnej polskiej fantastyce. Dodatkowo, zacząłem właśnie pracować nad nową powieścią i gdy zobaczyłem opis Królikarni zaniepokoiłem się, że ktoś już pomysł, na którym chcę się oprzeć, wykorzystał. Musiałem więc sprawdzić: czy muszę projekt zarzucić i poszukać czegoś nowego? A może mogę pracować dalej? Królikarnia poszła więc na pierwszy ogień i jej recenzji nie napiszę, bo po co. Niby nagradzana, niby znakomita – dla mnie to takie przeciętne czytadło, ot, 3/6.

Sama koncepcja, na której oparta jest Trzeci świat i wcześniejsza Królikarnia, wydawałoby się nie jest niczym nowym. Na przejściach łączących nasz świat ze światem fantasy oparto mnóstwo powieści, począwszy od samego początku gatunku, żeby wspomnieć choćby Narnię. I tutaj pierwszy powód, dla którego musiałem napisać tę recenzję: poczucie winy. Otóż czytając powieść uśmiechałem się z pobłażaniem: ot, Maciej Guzek obejrzał anime Outbreak Company i postanowił napisać to samo, ale z Polską zamiast Japonii. A potem spojrzałem na daty: Królikarnia 2007, Outbreak company 2013. Zwracam honor, panie Guzek! Był Pan pierwszy!

Niemniej Królikarnia wykorzystywała pomysły, które już gdzieś widziałem, już gdzieś czytałem. To nieprawda, że nic nie ma nowego po słońcem i że wszystko polegać może już tylko na odgrzewaniu starych schematów i dostosowywaniu ich do nowych realiów. Ale prawda, że bardzo trudno napisać coś radykalnie nowego. Dla mnie powieścią z radykalnie nowym elementem było na przykład Miasto dusz Wojciecha Szydy (recenzja) – zaś w Królikarni nowe było tylko miejsce akcji: zamiast Japonii czy Nowego Jorku była Polska i Poznań. Dobrze napisane, ale ogólnie: ot, czytadło.

Co innego Trzeci świat: ta powieść wydaje mi się w pewien sposób nowa. Powieść fantasy jako reportaż – świetny pomysł (z rodzaju tych “dlaczego ja na to nie wpadłem pierwszy!”). Ciekawe są też dość nowe połączenia stereotypów, z czarno-białym światem oświetlanym dwoma słońcami, czerwoną Dziwką, nasycającą wszystko Złem, i białą Matką, pod której światłem niemal nie ma morderstw i kradzieży. Do tego czytało mi się utwór znacznie lepiej niż Królikarnię.

Jedna rzecz mi psuła przyjemność lektury. Gdy ma się czterdzieści parę lat i gdy się zna tyle seriali, filmów i książek, każde rozwiązanie wydaje się ograne. I znowu, to nieprawda, że starego fana nie da się zaskoczyć, ale jednak… Zwykle mając tyle lat, co ja, człowiek coraz częściej myśli coś takiego: hm, tutaj są możliwe dwa rozwiązania. Ciekawe, które autor wybierze. I dramatyczne zwroty akcji, mające w zamierzeniu zaskoczyć czytelnika/widza, często dla mnie oznaczają: aha, czyli wybrali ten schemat.

Tutaj odgadłem zakończenie na osiemdziesiątej czwartej stronie (książka ma stron 278).

Lecz mimo tego, że byłem niemal pewien tego zakończenia, to i tak czytało mi się Trzeci świat dobrze. Bardzo sprawnie napisana powieść.

Czyli co, wszystko już wiecie: że pan Guzek bierze stary pomysł, ale bohaterzy nie nazywają się Mallory, tylko Kowalski albo Zawadzki. Wiecie, że zaskakujące zakończenie dla starych wyjadaczy może być nieco przewidywalne. Wiecie, że autor ma lekkie pióro, że nie nudzi czytelnika. Co jeszcze mogę dodać? Że pan Guzek sprawnie żongluje stereotypami, czasami nieco prześmiewczo. Fantasy, czyli karczmy. Skoro czarnobiałe fantasy, to oczywiście muszą być Bohaterzy (jak w Populousie :D) oraz drużyny ruszające naprzeciw złu. Jest też sporo brutalności i odrobina seksu, zresztą – rozwiązania stereotypowe zyskują sporo świeżości dzięki ich przeniesieniu w nasze klimaty, a autor sporo wysiłku wkłada w pokazanie, że czarnobiałe fantasy niekoniecznie jest takie czarnobiałe (“gdy wpatrujesz się w Otchłań uważaj, bo Otchłań patrzy też w ciebie”, czy jak to tam szło) – ale z drugiej strony, czy zmieniającą się perspektywę narratora nie można tłumaczyć też rosnącym wpływem Dziwki?

Podsumowując: polecam. Bardzo porządna, wyróżniająca się z tłumu fantastyka.

No nic. Wracam do tzw. odchamiania, czyli nadganiania zaległości czytelniczych w prozie głównego nurtu oraz przeglądania starej polskiej fantastyki z ostatnich dwudziestu lat. Nieco to potrwa. Żadnych recenzji więcej w tym roku nie przewiduję.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.