Jewgienij Łukin i turbofantasy (recenzja “Purpurowa aura protopartorga”)

Od czasu do czasu dostaję napadów zakupowej gorączki. Przypomina mi się, że dawno nie zaglądałem do książek, albo że za mało znam Poważnej Literatury (tutaj spojler: nie, Łukin nie jest Poważnym Literatem). Tak było i tym razem: strzeliło mi do głowy, że pora się nieco odchamić i kupić coś poważniejszego. Wpadłem na allegro, wrzuciłem do koszyka Achebe, Conrada i jeszcze jakieś zagraniczne czytadła. W pewnej chwili opamiętałem się i stwierdziłem, że jak już kupuję, to dorzucę też coś z fantastyki. Wprawdzie w koszyku miałem już Samotność bogów Terakowskiej (recenzja), ale sądziłem, że to jakaś obyczajówka, bo sprzedawca miał ją w kategorii “Literatura”, a nie “Fantastyka”. W ramach zapoznawania się z osiągnięciami rosyjskiej SF kupiłem Łukjanienkę, ale okazało się, że drugą część cyklu, więc jeszcze czeka na półce. A już całkiem na końcu, tuż zanim kliknąłem “zapłać”, pod wpływem impulsu dodałem “Purpurową aurę protopartorga” Jewgienija Łukina. Osiem złotych,niedużo, to czemu by nie kupić, prawda?

Na tzw “blurbie” zachęta, że to gorzka, ale nasycona humorem ostra satyra polityczna. I jeszcze, że pełna obserwacji z codziennego życia i, uwaga, “głębokiej, życiowej mądrości”. He he. I jeszcze mamy “przenikliwe obserwacje autora”. Niee, panie i panowie, bez obaw. Blurb się myli. Książka to kompletny wygłup, żadnych głębokich mądrości w w nich nie ma – za to jest sporo groteski, humoru i swojskiego, słowiańskiego klimatu. Krótko: całkiem niczego sobie czytadło, byle z góry nastawić się, że to będzie czytadło i żadnych “głębokich, życiowych mądrości” tam nie znajdziemy.

Rzecz się dzieje w fantastycznej Rosji, która po rozpadzie Związku Radzieckiego rozpadała się radośnie dalej, aż do poziomu gmin. Powstała więc republika Bakłużyna, starającego się wejść do NATO, rządzona przez Ligę Czarodziejów – oraz nienawidząca jej (zgodnie z wiekową tradycją) prawosławno-komunistyczna republika Łycka.

Od razu uprzedzam: nie, to nie jest genialne dzieło. I nie, nie będziecie się przy nim zaśmiewać do łez. Ale jeżeli wydacie osiem złotych, to nie będziecie mieli poczucia straconego czasu i wyrzuconych w błoto pieniędzy. Głębokie myśli? No, niech będzie, że są. O takie:

Człowiekowi do szczęścia wystarczy skleroza… Tego co zrobione, już się nie da naprawić, a uważać siebie za łajdaka nikt nie chce.

Bohaterów mamy w powieści od groma. Na początku mamy skrzata Anczutkę, próbującego zwiać z Łycka (gdzie wodą święconą wyganiają siły nieczyste z wszystkich gospodarstw) do Bakłużyna. Anczutka ma za sobą współpracę z komunistycznymi siłami bezpieczeństwa, bo cóż – w byłym związku sowieckim nawet skrzata zmusili do donoszenia. Dalej, były przestępca o ksywce “Afrykanin”, który awansował na głównego cudotwórcę w republice Łycka. Patriarcha Łycka mianował go na swojego następcę. Gdy jeszcze na dodatek patriarcha wzmocnił ochronę ukochanego następcy i wyznał, że niepokoi się o niego, bo miał patriarcha niepokojące sny – nooo to już Afrykanin wie, że coś się święci i trzeba uciekać, by uniknąć losu Kirowa.

Hehe. No kompletny wygłup. Skrzaty sprzedające kadzidło amerykańskim gremlinsom. Wszyscy kopiący pod sobą nawzajem dołki, służby specjalne opłacające zamachy organizowane przez ruch oporu, a do tego absolutnie rewelacyjna Nika, kochająca zaplatać kokardki w sierści biednych, ale za to puszystych skrzatów.

Dużo na pewno w tej powieści nam umyka. Tytułowy protopartorg, mówi nam tłumaczka, to nieprzetłumaczalny zbitek słów: proto- pochodzi od funkcjonującego w prawosławiu protodiakona, a partorg to typowa komunistyczna zbitka (partyjna organizacja). Czyli taki jakby arcygensek. Zapewne jest tam także sporo aluzji do rosyjskiej historii i sytuacji politycznej w latach 90tych – nie wiem na przykład, czy każdy z Was, czytelnicy i czytelniczki, bez guglania pamięta, czym się wsławił Janajew (albo wspomniany wcześniej przeze mnie Kirow – nazwisko Kirowa akurat nie pada w tekście, ale paralele z jego losem są dla mnie dość oczywiste).

Nieco denerwuje mania wstawiania wszędzie wielokropków, nawet tam, gdzie za diabła nie wiadomo po co ten wielokropek. Co akapit, wielokropek. Na przykład, opis wielowiekowej niechęci Łycka i Bakłużyna, po czym autor mówi, że jest jedno, co zwaśnione gminy jednak łączyło:

Jedyne, co łączyło (..) dawnych rywali – to głęboka nieprzyjaźń wobec powiatowego centrum. Tak naprawdę ta antypatia zrodziła się wtedy, gdy Paweł Pierwszy, z właściwą sobie nieprzewidywalnością, zaliczył Bakłużyno i Łyck do osiedli, a pierwszeństwo oddał – komu?… Nawet wspominać głupio, jakie to było wtedy miasteczko, jak się wówczas nazywało!…

Humor jest czasami nie najwyższych lotów. Na przykład, gdy Afrykanin przeklął złodziejaszka, który mu ukradł buty. Złodziejaszkowi na pięcie wyrasta… Co wyrasta?

– Słuchaj, chłopie – zwrócił się ściszonym głosem. – A jak to właściwie?… Sam tam wyrósł, czy na piętę się przeniósł?

– Wyrósł – płaczliwie odpowiedział nieszczęsny. – Mój jest na miejscu… O…

Z zapałem złapał się za rozporek.

Taak. No nie jest to wysublimowana rozrywka dla intelektualistów delektujących się Tokarczuk, jednym słowem. Ale mnie śmieszy. Jeżeli więc jesteście ludźmi równie prostymi, jak ja – gwarantuję, was śmieszyć będzie także.

Byleście nie oczekiwali cudów.

Chociaż, zgodnie z przesłaniem książki, jak wszyscy będzie cudów po książce oczekiwali, to ona z całą pewnością cudy sprawi.

PS: Żona przeczytała, powiedziała, że ani razu się nie zaśmiała, w ogóle nieśmieszne i nudne. Tak więc tak, musicie teraz opinię uśrednić 😀

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.