Fantastyk dawnych czar – numer 7 (46) 1986

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Dzisiaj recenzuję kolejny numer z moich covidowych zakupów w wakacje 2020 roku. Okładka prezentuje się całkiem elegancko, chociaż papier wciąż jest daleki od tego, co prezentuje Fantastyka dzisiaj. Do tego egzemplarz niepomazany, żadnych adnotacji, aż przyjemnie wziąć do ręki. W środku niestety poprzedni właściciel wyrwał i nie włożył powieściowej wkładki z Billem, bohaterem galaktyki. Z punktu widzenia kolekcjonera mam więc rzecz bezwartościową, więc jeżeli kiedyś stracę pracę i nie zrobię kariery jako pisarz, ten numer w najlepszym razie starczy na pół bułeczki.

Hollanek zaczyna od dzielenia się przemyśleniami, które mu się nasunęły podczas pracy na międzynarodową encyklopedią fantastyki (przez małe “f”). Zastanawia się, dlaczego w PRL Fantastyka (przez duże “F”) ma sto pięćdziesiąt tysięcy nakładu, książki SF bywa tak samo, a we Włoszech piętnaście tysięcy to już jest bestseller – i to by mieć te piętnaście tysięcy, trzeba się namęczyć z marketingiem. Dochodzi do absurdalnego wniosku, że to wina genius loci, ducha miejsca, środkowej Europy, że tu niby niejako z urodzenia kochamy fantastykę. Do głowy mu nie przychodzi bardziej oczywiste wytłumaczenie, że jak tu ludzie mają nie kupować książek, gdy telewizja do bani, a rzeczywistość szara. No cóż, minęły dwie dekady i jakoś genus loci zniknęło. Piętnaście tysięcy to u nas też jest bestseller, a jak się sprzeda w trzech tysiącach, to już wydawcy się cieszą, że może nie będzie strat.

No nie da się ukryć, że zdjęcie czy też grafika o dość, hm, hm, kontrowersyjnym przesłaniu.

W listach – misz masz. Że fantasy więcej, problemy z dystrybucją, jak zwykle.

Na Darwina, co się stało?! Ilustracja pasująca do treści opowiadania? Jestem zszokowany!

Dalej jest znakomite opowiadanie George R.R. Martina, które czytałem kiedyś w jakimś zbiorku, a teraz z przyjemnością sobie przypomniałem. Piaseczniki. Świetnie napisane, świetnie przetłumaczone, pokazujące, że Martin umie nie tylko w fantasy (zresztą, w 1986 to Pieśni ognia i lodu pewnie nawet w planach nie było). Jest antypatyczny bohater, interesująca akcja, a chociaż wszystko od początku idzie w stronę oczywistego zakończenia, ani przez chwilę nie czuje się znużenia. Jedno z lepszych opowiadań w tych starych Fantastykach, które ostatnio czytałem, po prostu gwóźdź numeru.

Ilustracja. Nie zapisałem sobie czyja i do czego, ale nie szkodzi, bo zwykle ilustracje i tak są dobierane losowo.

Ale to nie koniec dobroci w tej Fantastyce! Po długaśnych Piasecznikach mamy króciutkiego Szarlatana Władimira Pokrowskiego. No cud, miód i orzeszki. Bardzo dobra humoreska. O tym, jak towarzystwo telepatów, telekinetyków i innych “fenomenów” postanawia wyrzucić ze swego grona szarlatana. Przy okazji: jeżeli chodzi o człowieka, przy którym się zatrzymują wszystkie aparaty, to w akademiku też mieliśmy takiego kolegę. Jak wchodził do pokoju, resetowały się komputery. Moja matka zaś przez pewien czas psuła kasy w supermarketach 😀

Galerii Japończyk, Katoh Nao Yuki. Niby mało japoński, nieprawda. Ta japońskość tu jest, tylko trzeba oglądać nieco mangi i anime, by ją odszukać 😀

Niestety, druga humoreska, też Rosjanina – Noworoczna tragedia Lubena Diłowa – jest o wiele mniej śmieszna. Oparta o ograny pomysł zamiany ciał podczas teleportacji, a dokładniej zamiany dolnej połowy ciał, wygrywa go w dość prymitywny sposób. Ii tam. Taki rozwleczony na parę stron rubaszny dowcip starego wuja.

Katoh Nao Yuki, niby ilustracja do Kompleksu Hioba. No i co, nie ma japońskości? Mi od razu skojarzyło się to z bajkami ze studia Ghibli.

Marka Oramusa znam głównie ze znakomitych powieści. Dzień drogi do Meorii to jedna z najważniejszych powieści polskiej fantastyki socjologicznej, a chociaż zdarzały się w niej potknięcia i fragmenty, których usunięcie powieści tylko by pomogło, ogólnie dziw, że nie zdobył nią żadnych nagród. Widząc więc nazwisko Oramusa w spisie treści miałem więc nadzieje na coś równie dobrego. Tymczasem Kompleks Hioba od razu wali z grubej rury, myślotokiem bez znaków przestankowych. Tak, to ma być dosłowny zapis myśli i jako zabieg literacki jest uzasadniony. Ale dla mnie to przykład pastwienia się nad czytelnikiem, zwłaszcza, że pół opowiadania jedzie na właśnie takim potopie oderwanych zdań. Całość – czyta się trudno. To nie jest proza rozrywkowa, o nie, to coś posiadającego ambicje być o czymś więcej, coś co aspiruje do miana Literatury, odkrywania prawdy o człowieku.

Tematem jest artysta, talent i nauka. Nauka bez szacunku do niczego. Naukowcy przeszczepiali serca, bez ceregieli kroiliby ciała świętych i grzeszników, dlaczego by więc nie mieliby zabrać się ludzką duszę? Odkryć, jak wzbudzić w człowieku geniusza, cóż to by było za osiągnięcie, co za postęp dla… nie, nie dla ludzkości, dla nauki samej. A że skorzysta na razie garstka bogaczy? Trudno. A że eksperymenty produkują odpadki, rozczarowanych artystów, przedwcześnie podstarzałych, rozbitych jak upadłe anioły? Trudno. Eksperyment musi trwać dalej.

I jeszcze jedna grafika pana Yukiego.

Mam więc kłopot z tym opowiadaniem, bo za ten myślotok chętnie bym autora zmusił do czytania Jesieni patriarchy i to od tyłu, ale z drugiej strony nie potrafię całkiem tego utworu przekreślić. Jest trudny, ale nie jest to coś z rodzaju tych utworów, które za formą i niejasnością przekazu kryją samą pustkę. Nie potrafiłbym więc ocenić Oramusa w żadnej prostej skali. Trzy na sześć, pięć na sześć, jeden na sześć? Nie, nie można oceny Kompleksu Hioba zawrzeć w jednej liczbie. Jest okropny i dobry zarazem. Nie bardzo dobry, o nie, ale dobry – tak. A zarazem okropny.

Andrzej Nowakowski? Skąd ja znam to nazwisko? Hmmm…

Uff. Literatura za nami. Dla odmiany mamy dyskusję na temat fantastyki i komentarz do niej Hollanka. Hollanek w komentarzu jest Hollankiem, a więc tradycja, ważkie problemy, bla bla bla. W dyskusji najbliższe jest mi stanowisko Leszka Bugajskiego, który twierdzi, że w Polsce wszyscy chcą tworzyć wielką literaturę i za wszelką cenę chcą fantastyki także wielkiej, podczas gdy brakuje dobrej fantastyki “środka”, rozrywki, ale nie całkiem bezmyślnej. “SF opiera się na stereotypach i ma przede wszystkim dostarczać czytelnikowi rozrywki”, cytat niedokładny. I jeszcze Bugajski przyznaje, że on lubi ten kicz, te “bajdy”. Oprócz tego inny zastanawiają się, czym jest fantastyka, a może wszystko jest fantastyką, czy jest eskapizmem, ile w niej kiczu i tak dalej.

No dobra, ostatnia grafika faktycznie jest mało japońska i mogłaby wyjść spod ręki dowolnego europejskiego grafika.

Krytykę tradycyjnie pomijam. W recenzjach Silmarilion omówiony przez Sokołowskiego. W dziale naukowym Iłowiecki o komputerach i naturze myślenia. Jeszcze jest wzmianka o śmierci Herberta i o tym, że napisał Diunę, bo dręczyła go myśl, że “superbohaterowie są klęską ludzkości”. A Bene Gesserit oparł na obserwacjach swoich dziesięciu ciotek 😀

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.