“Malafrena” Ursuli Le Guin, czyli chłam spod ręki mistrzyni (recenzja)

Nie podobało się.

Uff, wyrzuciłem to z siebie. Ursulę Le Guin uważam za jedną z najlepszych autorek SF jaką czytałem. Napisała kilka prawdziwych arcydzieł, należących do klasyki gatunku. Jej twórczość bez wątpienia wpłynęła na moje gusta oraz na mój sposób postrzegania nie tylko fantastyki, ale literatury w ogóle.

Ale Malafrenę uważam po prostu za słabą.

Dobrze, że chociaż okładka ładna.

No nic, zacznę od rzeczy, które mnie od powieści odstręczały, a potem dopiero napiszę o tym, co może się, mimo wszystko, w Malafrenie podobać.

Tutaj, zanim przejdę dalej, najpierw pozwolę sobie na małą dygresję. Na forum literackim weryfikatorium jest taki użytkownik, który co wrzuci jakiś tekst, to wszyscy się zachwycają – a nie jest łatwo zachwycić ludzi na weryfikatorium. Są achy i ochy, że klimat, że język, że pięknie malowane obrazy – ogólnie, kandydat do nagrody literackiej Nike. A dla mnie to, co on tam daje, to jakiś nadęty, pretensjonalny bełkot. Po prostu – prostak ze mnie, niewrażliwy na prawdziwe piękno i naprawdę wartościową literaturę.

I jeszcze powiem, że to, co zaraz napiszę, może zabrzmieć śmiesznie wręcz. Sprzedałem dotąd trzy opowiadania, pierwsza powieść dopiero w kolejce do wydania (może się ukaże na początku przyszłego roku). I wiem, że mój warsztat nie powala na kolana (widzicie, nie umiem w marketing). I ktoś taki jak ja ośmiela się teraz krytykować warsztat jednej z najlepszych pisarek gatunku? Śmieszne wprost. Po prostu, milcz, panie Radomirze, nie ośmieszaj się pan.

Powiem więcej! Po skończeniu książki, wstrząśnięty, zabrałem się za recenzje – by nie powtarzać czegoś, co napisał już ktoś inny. A tam same superlatywy: że piękny język, że wspaniałe dzieło, że pięknie przełożone przez Agnieszkę Sylwanowicz. Serio? Może to wina wydania? Wydanie to, które mam (sama Malafrena) na lubimyczytać dostało opinię 5.6/10, natomiast Cała Orsinia (nowsze wydanie, Malafrena plus opowiadania) dostała siódemkę. A tymczasem mi właśnie ten język najbardziej przeszkadzał!

Owszem, są fragmenty piękne, soczyste, są miejsca, w których Le Guin kilkoma zdaniami odmalowuje cudowne pejzaże i w których czujemy, że stoimy u stóp zrujnowanej wieży, albo zjeżdżamy dyliżansem ku  miastu w dolinie. Ale jest także mnóstwo chaosu i błędów takich, których na weryfikatorium wytyka się początkującym. Są okropne dłużyzny, w których babcie i ciotki dyskutują chaotycznie, kto jest czyim krewnym. Są dialogi, w których postacie przerzucają się głębokimi myślami, porwane kwestie, wszystkie zakończone wielokropkami.

I bywa też zwykłe niechlujstwo redakcji.

Na przykład:

Jej ojciec był człowiekiem niepraktycznym, nie potrafiącym zarządzać swym majątkiem […] Wszystko próbował mu zawsze wyjaśniać Guido. Lecz mimo że Guido był dobrym rolnikiem i rządcą, sam też zaliczał się do ludzi praktycznych – kochał swoją pracę, a nie zyski, jakie przynosiła.

Hę? Guido też zaliczał się do ludzi praktycznych? Co to ma znaczyć? Najprościej przyjąć, że redakcja lub tłumaczka popełniła błąd, czyli: Guido sam też zaliczał się do ludzi właśnie nie-praktycznych. Ale czy na pewno? Może Le Guin chciała napisać, że praktyczni ludzie kochają pracę, a ci, co pracują dla zysków, a nie dla miłości, są niepraktyczni?

Drobiażdżek, prawda? I można by rzec: czego się czepiasz, człowieku, w każdej powieści takie potknięcia się zdarzają. Przecież łatwo z kontekstu domyślić się prawdziwego sensu. No niby tak, ale takich drobiażdżków jest sporo i powstaje u czytelnika w końcu wrażenie pewnego niechlujstwa, co zabija przyjemność z lektury. Do tego kto wie, ile jeszcze takich drobiażdżków tam jest, zmieniających sens zdań, których my nie wyłapiemy?

Do tego dochodzą fragmenty, które zieją nudą, albo z pewnością są winą autorki, a nie redakcji. Nie będę was zamęczał wszystkimi takimi fragmentami, ale takich niezgrabności jest całkiem sporo. W dialogach czasami nie wiadomo, co kto mówi: rozmawiają dwie osoby i nagle pada wypowiedź, bez żadnej atrybucji, pochodząca od kogoś trzeciego. Zdezorientowani zastanawiamy się, o co chodzi, czy jedna z postaci zmieniła nagle temat? A może ucięło stronę w książce? Ale nie, w następnej linijce dopiero dowiadujemy się, że to jakaś ciotka albo wujek dyskutuje z kimś o szydełkowaniu albo relacjach rodzinnych. I takich zagubień jest często. Na przykład (liczby w nawiasach klamrowych pochodzą ode mnie):

Estenskar dalej mu się przyglądał, ponieważ Itale wyciągnął się wygodnie i mocno pykał z fajki, na nic innego nie zwracając uwagi

– Cieszę się, że razem podróżujemy – powiedział. {1}

– Oczywiście.

Estenskar uśmiechnął się i znów utkwił wzrok w płomieniach.

– Dobrze jest wyjechać z miasta. {2} Musisz jutro wziąć klacz, ma wspaniały chód. Jak dawno nie siedziałem już na koniu, a co dopiero na dobrym koniu?! To są wakacje. Więcej niż wakacje. Ucieczka… – Itale machnął zgasłą fajką {3}.

Ajajaj. Kto “powiedział” w {1}? Wszystko wskazuje na to, że Estenskar, chociaż ostatnim podmiotem w poprzednim akapicie jest Itale. No nic. Więc mówi Estenskar, potem Itale. Potem Estenskar się uśmiecha i mamy kolejną wypowiedź {2}. Wszystko wskazuje więc, że teraz będzie mówić Estenskar: bo i  kolejność w dialogu to sugeruje (Estenskar, Itale, Estenskar), i ostatnio wspomniany jest Estenskar (“Estenskar uśmiechnął się”). I potem nagle dowiadujemy się w {3}, że nie, że to mówił Itale!

Spokojnie, panie Radomirze. To są dęte zarzuty. Sam piszesz gorzej. Czynisz zarzuty starej mistrzyni po prostu z zazdrości!

Dochodzą rzeczy mniej ważne, typu head-hopping. Mówiono mi, że takie coś świadczy o słabym warsztacie, ale nie jestem tego taki pewien – head-hopping czasami bywa przydatnym środkiem stylistycznym, chociaż podobno najczęściej używanym w kobiecej prozie. Ach, nie wiecie, o co chodzi? Otóż zwykle scena przedstawiana jest z czyjegoś punktu widzenia. Czytelnik więc patrzy czyimiś oczami i zna myśli oraz oceny jednej osoby i nie wie (zwykle), co się dzieje w głowach innych osób z tej sceny. Head-hopping jest wtedy, gdy w tej samej scenie raz patrzymy oczami jednej osoby, a po chwili zaraz jesteśmy w głowie drugiej. Tutaj nie ma head-hoppingu:

– Hej – powiedział Józek. Wydawało mu się, że Heli się spodobało jego pozdrowienie.

– Hej – odrzekła Hela. Uśmiechnęła się.

A tutaj jest:

– Hej – powiedział Józek. Wydawało mu się, że Heli się spodobało jego pozdrowienie.

– Hej – odrzekła Hela. Pomyślała, że Józek chciał jej zaimponować.

Uff, to by było tyle, jeżeli chodzi o język. Jak dla mnie, czytelnika-prostaka, to wydanie Malafreny posiadane przeze mnie jest bardzo słabe pod tym względem.

Mogę teraz przejść do zalet. Nieco samemu sobie przecząc, powiem, że czasami – ale naprawdę, czasami – język bywa Malafreny zaletą. Pani Le Guin pokazuje nam miasta, wsie, psy goniące dyliżansy, góry i burze, wszystko zanurzone w dziewiętnastym wieku. Klimat czuć, nie da się ukryć. Orsinia jest żywym krajem i aż trudno uwierzyć, że mistrzyni sobie ją wymyśliła. Dla mnie zaletą jest także realizm powieści: historia się tam dzieje, przemyka gdzieś obok, nasi bohaterowie nawet są w niej dość ważni – ale jednak historia dzieje się obok i patrzymy na nią zawsze z perspektywy ludzi jej współczesnej, którzy nie wiedzą, co dokładnie się właściwie dzieje.

Ten realizm objawia się także w pewnym rozemłaniu powieści; to znaczy, ona nie ma jasnego podziału na wprowadzenie, rozwinięcie, spektakularny koniec kończący wszystkie wątki. Owszem, jest jakaś kulminacja na końcu, ale ona bardziej rozczarowuje, niż rozwiązuje wątki. Bardzo to życiowe. W efekcie Malafrena mogłaby uchodzić spokojnie za powieść historyczną, z historycznymi bohaterami. Można by uwierzyć, że Estenskar naprawdę istniał, że naprawdę było kiedyś pismo Novesma Verba. Mnie polityczne gierki i wielka historia nie rażą, wprost przeciwnie. Lubię poznawać szczegóły fikcyjnego, wymyślonego kraju, lubię zanurzać się w jego historię i przepychanki między frakcjami. Nie lubię wątków obyczajowych i rzucanych mimochodem wielkich myśli.

No właśnie, Wielkie Myśli. Fajnie jest, gdy się w powieści pojawiają. To znaczy, gdy od czasu do czasu ktoś powie coś głębokiego. Niefajnie, gdy połowa dyskusji jest o tym samym i gdy wszystkie postacie wygłaszają z namaszczeniem jakieś kwestie, przy czym połowa tych kwestii jest urwana w połowie, niejasna i kończy się czymś w rodzaju “wiesz, o co mi chodzi, prawda?”.

Sama Orsinia to też ciekawy kraik. Wschód jest nieco dzikszy, na zachodzie mamy ślady po rzymskim imperium. Jest pół-niezależną (w teorii) częścią cesarstwa austriackiego, raczej nie za daleko od Włoch. Są w niej góry na zachodzie, rzeki, nie ma dostępu do morza. Stolica nazywa się po słowiańsku Krasnoy, a szlachta z Soveny nie nazywa się von Soven, de Soven tylko Sovenskar. Z drugiej strony, czuć w języku coś romańskiego (Verba, Malafrena…). Mieszkają w niej katolicy i protestanci, ale nie prawosławni. Gdzie jest więc ta Orsinia? Nigdzie. Gdzieś.

No dobrze, czas na podsumowanie, a podsumowanie będzie powtórzeniem pierwszego zdania tej recenzji: nie podobało mi się. Jak dla mnie, na razie najsłabsza powieść Le Guin, jaką czytałem, słaba pod każdym względem, czasami nudna. Nie wiem, z czego wynika niejasność części tekstu – wina tłumaczki, redakcji czy autorki? Ogólnie, nie polecam, chociaż w różnego rodzaju rankingach “najlepszych dzieł Le Guin” Malafrena stoi dość wysoko.

Nie podobało się.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.