“Samotność bogów” Dorota Terakowska (recenzja)

Najbardziej lubię recenzować książki czysto rozrywkowe. Takie, które nie pretendują do miana mądrych, które nie usiłują posiadać głębi, w których z góry wiadomo, że jeżeli pochodzący ze wsi bohater łupie w Głównego Złego Naukowca z granatnika, to nie jest to symbol odwiecznej walki Natury z Cywilizacją, a autor kazał użyć granatnika nie po to, by coś przekazać, tylko bo uznał, że tak będzie zabawniej. Takie książki łatwo ocenić: czytają się dobrze albo nie. Wiadomo, czego się po nich spodziewać i wystarczy sprawdzić, czy dostarczają tego, co dostarczyć miały: dobrej zabawy.

Problem za to mam z książkami dotykającymi problemów. Pardon, Problemów. Przez duże “P”. W takich książkach nigdy nie wiem, czy to ja jestem taki głupi i prymitywny, że czegoś nie dostrzegłem, czy też autorka po prostu, mówiąc brzydko i kolokwialnie, dała ciała.

I taką właśnie książką jest “Samotność Bogów” Doroty Terakowskiej.

Po przeczytaniu długo się głowiłem, czy powieść zjechać, czy nie. Rzecz w tym, że utwory czasami kierowane są do określonej grupy czytelników i jeżeli ktoś do takiej grupy nie należy, to raczej się nie zachwyci i jest to coś oczekiwanego. Feature, not a bug. Jak ktoś nie cierpi romansów, to nie powinien ich czytać, a nie wpisywać w recenzji “za mało akcji”. Śmiesznie brzmiałaby recenzja horroru, w której miłośnik powieści obyczajowych napisałby “kompletnie nierealistyczne, przecież wiadomo, że duchów nie ma, a tu są jakieś duchy”.

W tym konkretnym wypadku miałem wrażenie, że powieść kierowana jest do osób wierzących i może poruszać problemy ważne dla osób wierzących i być może dlatego kompletnie nie trafiła do mnie – ateisty.

Na lubimyczytać powieść zdobyła noty bardzo wysokie: średnio 7/10, kilka tysięcy ocen, a więc raczej wiarygodne (gdy powieść ma pięć ocen, zawsze można podejrzewać, że to akcja krewnych-i-znajomych królika). Mnóstwo dziesiątek i zachwyceń, jaka to książka mocna, głęboka i jak mocno porusza. Do tego dostała jakieś nominacje, jakieś nagrody. Czyli co? Czyli nic. Przyjmijmy, że dalej będzie ocena czytelnika głupiego i prymitywnego, co to głębi nie dostrzega, bo woli, jak się Schwarzenegger naparza z Van Dammem na grzbiecie tyranozaura.

Kupiłem Samotność bogów, bo chciałem dla odmiany poczytać coś głównonurtowego. Nie sprawdzałem recenzji, zobaczyłem cenę, wrzuciłem do koszyka na allegro i tyle. A tymczasem – niespodzianka, powieść da się spokojnie zaliczyć do fantastyki.

Mamy tutaj wymieszane pomysły dość ograne: bogowie, którzy tracą wiernych, tracą też moc i umierają (jak w Populusie 😀 – ale tak serio, to naprawdę stary pomysł, w fantasy dość standardowy). Mamy wybrańca, który bardziej jest świadkiem przemijania starego boga, bardziej jego przewodnikiem, opiekunem na drodze do śmierci, niż bohaterem. Mamy kilka przeplatających się wątków i mnóstwo głębokich przemyśleń, że to dobrze wątpić, że Cywilizacja niesie i dobro, i zło, że w imię miłości można nienawidzić.

Przyznam, że na początku, gdy czytałem o plemieniu, tabu, szamanach, starych bogach, biciu w bębny, cywilizacji niesionej przez ludzi w długich sukniach – na początku sądziłem, że to będzie o zapomnianych indianach w Amazonii. A tu niespodzianka, cywilizacja to używanie ługu do mycia i większe izby, by rodzice nie spali razem z dziećmi, a plemię jest wybitnie słowiańskie. Potem mamy wątek współczesny, nie wiadomo do końca, gdzie się dziejący – wzmianki o college’u sugerowałyby USA. Jeszcze późnośredniowieczna Francja, w której jednak Orlean to Orlin, a Domrémy-la-Pucelle to Domremi. I to się czyta nawet nie tak źle; tak do połowy książki nie uznałbym jej za złą, po prostu za przeciętną, może nawet nieco ponadprzeciętną. Takie 6/10. Ba. Nawet to 7/10 by mnie bardzo nie zbulwersowało. Warsztatowo, językowo jest nawet, powiedziałbym, całkiem nieźle.

Ale potem, mniej więcej od połowy książka staje się za bardzo. A jak staje się za bardzo, to już jest za bardzo do samego końca. Wygląda to mniej więcej tak, jakby autorka przeliczała, ile razy ktoś powiedział coś głębokiego i symbolicznego na stronę, i natychmiast dodawała Wielką Myśl gdy tylko liczba przesłań na stronę spadła niżej pięciu. Główne myśli muszą być napisane jasno, wyraźnie i dobitne, a do tego powtórzone kilka razy: przez bohatera, jego żonę, postaci poboczne albo narratora. To ludzie deprawują bogów. Uff, jakie głębokie! A jakie nowatorskie, chyba dopiero dwa i pół tysiąca lat temu Ksenofanes napisał, że ludzie tworzą bogów na swoje podobieństwo!

Wiadomo, że nic nowego i to, że w powieści powtarza się stereotypy i archetypy to naprawdę nic złego. Wszystko już było. Ale strasznie mnie denerwuje, gdy autorka zaczyna takie stereotypy z namaszczeniem objawiać – ale to także bym zniósł, gdyby oprócz tego książka miała wartką akcję, do której objawienia byłyby dodatkami. Tutaj jest odwrotnie. Akcja, postaci, bohaterowie są do objawień dodatkami. Bohaterowie jadą obejrzeć świątynię po to, by mogli w trójkę podyskutować o Ważnych Rzeczach. Bohater myśli nieustraszenie o Wielkich Sprawach i wysłuchuje Mądrych Ludzi. I tak non stop.

Tak więc – nie polecam. Chyba, że takie głębokie przemyślenia o wielkich sprawach lubicie. Na lubimyczytac, powtarzam, powieść dostała dziesiątek mnóstwo. Jeżeli więc lubicie słowiańskie dziecię skaczące między czasami po to, by dowiedzieć się, że wątpliwości są dobre, że miłość zwycięża, a do tego ważne są dobroć, tolerancja i tak dalej – to tutaj dostaniecie pełen zestaw. Ja od połowy zacząłem się otrząsać.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.