Fantastyk dawnych czar – numer 4 (43) 1986

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Okładka okropna, mnie od razu zniechęcająca. Do tego na moim egzemplarzu (z zakupów wakacyjnych 2020) nazwisko poprzedniego właściciela, a może adnotacja uczyniona przez kioskarkę – Piotr Sobczak. Przewracam jednak kartkę i już jest lepiej. W Galerii: pokaz okładek odrzuconych przez redakcję.

Wstępniak Hollanka tradycyjnie. Najpierw mówi o teorii strun, którą z uporem nazywa teorią sprężynową, jako teorią tłumaczącą wszystko. Potem biada nad poziomem młodej fantastyki naukowej, w której dużo fantastyki (i to grafomańskiej), a mało nauki. Kończy narzekaniem na tych, którzy chcą zachowania czystości gatunkowej i którym nie podoba się poezja (a nawet fantasy).

W listach poezja też powraca. Kolejny czytelnik pisze, że poezja w Fantastyce to jakaś pomyłka. Redakcja na to odpowiada z namaszczeniem:

Nad poezją na łamach Fantastyki odbywają się dyskusje na każdym spotkaniu redakcyjnym. Postanowiliśmy ją drukować tylko wtedy, gdy będzie naprawdę pasowałą do naszego profilu [Uff! przyp. Radomir Darmiła] i to mniej więcej raz na dwa miesiące [Hmmm… Uff? przypis RD]. Słowem, będziemy drukować pezję [O, wy ch.. – przyp. RD] bez względu na dąsy licznych miłośników “czystości” gatunku.

 

Jeden czytelnik pisze, że ponieważ oprócz Fantastyki nie ma innego wysokonakładowego czasopisma branżowego, więc nie ma sensu robić numery monotematyczne (retro albo fantasy). Inny przypomina, że czytelnicy dorośli są, więc nie ma co bać się krwi, rąbanki i seksu. Redakcja odpowiada, że według ich rozeznania pismo czytają także dzieci – na przykład ja, wtedy miałem lat dziesięć. Ale taki byłem niewinny, że aluzji do seksu nawet bardzo czytelnych i tak w tym wieku nie łapałem 😀

Zgniły zachód w numerze reprezentuje tym razem tylko jeden autor, Stephen R. Donaldson, z bardzo długim Miłośnikiem Zwierząt. Tytuł angielski: Animal Lover, przez co po wpisaniu samego tytułu miałem na początku nieco problemów (Ale nie takich, jak myślicie, świntuchy :D). Polska wikipedia zna Donaldsona tylko z Kronik Thomasa Convenanta, i opisuje go jako twórcę powieści fantasy, laureata World Fantasy Award w 2001 roku, angielska wymienia dodatkowo inne powieści zarówno fantasy, jak i sf. Tutaj mamy to drugie.

Ilustracje Łukasza Ługowskiego to jakieś pokrzywione, koślawe i brzydkie hybrydy. Mimo wszystko nie pasują do treści opowiadania: Miłośnicy zwierząt nie są Wyspą doktora Moreau.

Akcję powieści pan Donaldson osadził w roku 2011, zdecydowanie zbyt szybko. Mamy zalegalizowaną marihuanę (dotowaną przez państwo!) oraz loty na Marsa, ale dźwięk rejestrują magnetofony, zaś jedno pomieszczenie zajmują komputery (to akurat OK) oraz PROGRAMY. Rozumiecie, programy wypełniają pomieszczenie. Nie same. Razem z komputerami, ale to i tak sugeruje, że Donaldson widział programy w postaci jakichś kart perforowanych, czy coś… Opowiadanie napisane w 1977 roku, czyli trzydzieści cztery lata przed czasem akcji. Do tego Donaldson przewiduje straszliwe rozruchy w 1989 roku, w wyniku których zniszczone trzy budynku oraz spalono sto trzydzieści siedem sklepów, co zmusiło rząd do ustępstw oraz drastycznych działań mających na celu uspokojenie populacji. Sto trzydzieści siedem sklepów! Gdy to piszę (koniec września 2020), w USA “przeważnie pokojowe” rozruchy trwają już od kilku miesięcy, sklepy i budynki palone są regularnie (w samym Minneapolis “uszkodzono” półtora tysiąca biznesów, a przecież demonstranci palą budynki w wielu innych miastach!), towarzystwa ubezpieczeniowe szacują, że koszty rozruchów mogą sięgnąć miliarda dolarów, jak nigdy w historii – i rząd żadnych gwałtownych reakcji nie podejmuje.

Tłumaczyła pani Zofia Uhrynowska-Hanasz i poradziła sobie całkiem nieźle, raptem w kilku miejscach zatrzymywałem się, kręcąc głową na niezgrabnościami – co więcej, czy są to niezgrabności faktycznie, to poniekąd kwestia gustu. W efekcie dostajemy ładny, dynamiczny tekst, pełen akcji, wybuchów, wystrzałów i walki wręcz. Kojarzyło mi się to miejscami stylem z dziełami Witka Dworakowskiego – szybka proza, pełna rytmicznych zdań i przejścia od jednego łubudubu do drugiego. Mamy jednak tutaj ciekawą myśl na temat rozwoju badań genetycznych, wprost wypowiedzianą przez głównego bohatera. Bohater to cyborg, usprawniony mechanicznie, z nićmi wzmacniającymi kości. Społeczeństwo to przyjmuje, a jednak sprzeciwia się manipulacjom, w wyniku których powstaliby inni ulepszeni ludzie – tyle, że już rodziliby się lepsi, a nie dopiero powstawali w wyniku operacji. Na czym więc polega różnica? Donaldson ustami bohatera mówi: to kwestia wyboru. Bohater sam podjął decyzję, że chce tych operacji. Tych supermenów, mogących w próżni chodzić bez skafandra, nikt by nie pytał o zdanie, czy chcieli być takimi.

Nie twierdzę, że Donaldson ma rację i nie podejmuję się polemiki. Okazuje się, że opowiadanie z pozoru tak rozrywkowe, przemyca też głębszą myśl. Jednym słowem, Miłośników zwierząt oceniam na powyżej średniej, takie 7/10, zahaczające nawet miejscami wyżej.

W środku Funky Koval z Brendą oglądają świat drolli

Dariusz Filar raczy nas Zaglądającym przez szpary: ani to fantasy, ani science fiction, tylko nieokreślona fantastyka. Mamy więc trzech bohaterów, żyjących w różnych okresach. Jest obraz Sądu Ostatecznego, namalowany przez Walddorfera gdzieś w późnym średniowieczu. Jest profesor (in spe) na początku XX wieku piszący pracę o obrazach przedstawiających sądy ostateczne, któremu tylko Walddorfer nie pasuje do tezy. I wreszcie jest Dieter, który wyjaśnia tajemnicę niezwykłego obrazu. Wszystko jest dość dziwne, pokręcone, ale wcale nie zniechęcające treścią i stylem. Zakwalifikowałbym do publikacji, czemu nie, ale wątpię, by mi zostało to na dłużej w pamięci.

W Galerii odrzucone okładki. Najpierw redakcja twierdzi, że okładki (lata 80te!) mają rzadko związek z treścią, a graficy nie mają nosa do fantastyki. “Autorzy po pierwsze nie lubią, po drugie – nie rozumieją fantastyki”. Dalej wypowiada się grafik, obwiniając po części szkoły plastyczne, gdzie dominują osoby związane z polską szkołą plakatu. Podaje przykład jednej szkoły, gdzie zlikwidowano kurs anatomii, bo po co artyście anatomia. Wina “prymatu pomysłu literackiego nad plastycznym”. Wreszcie grafik twierdzi, że rynek wydawniczy nie istnieje, wydawnictwa produkują książki “jak rury czy pralki – przecież i tak się sprzeda”. Chętnie bym pokazał te okładki, ale wydrukowane są okropnie, kolory się rozjeżdżają, nic nie widać… No cóż, szczęście mamy, że obecnie okładki powstają często przepiękne, a przynajmniej nie tak spartańskie i brzydkie, jak kiedyś.

Dam tylko okładkę do Oceanu niespokojnego Markowskiego, autorstwa Romana Kirilenko. Całkiem, całkiem, prawda? W porównaniu z tą, którą mam w zeszytowym wydaniu Iskier, niebo a ziemia.

Mięso Andrzeja Urbańczyka stawiam wyżej, niż Zaglądającego przez szpary. Czytając na początku już się uśmiechałem pod nosem, że wiadomo, do czego to prowadzi i co to odkryje bohater, a tu: pach, niespodzianka. Trochę naciągane, ale efekt niezły. Powiedziałbym: humoreska, ale to taki absurdalny rodzaj humoru, taki, który raczej powoduje, że człowiek wali się w czoło krzycząc OJP (Och, Jaśnie Panie)! Ciekawi mnie przy okazji, ile obecnych nastolatków rozumie, o co chodzi z “kurkiem” w “sznurek, proszek lub kurek”.

W drugim opowiadaniu tego samego autora zaczyna się od tego, że narrator wali grubą głupotę, ale – ma prawo, to narrator, a nie autor. Że niby kiedyś, gdy “dwa plemiona brały się za skóry, to kobiety, dzieci i emeryci siedzieli na trawie i patrzyli. No niech by ktoś spróbował ich tknąć.” Jak wiadomo, nieprawda. Kiedyś, gdy dwa plemiona się brały za łby, to mordowały wszystko jak leci, zostawiając ewentualnie tylko młode kobiety albo młodych niewolników. No, ale całość jest mocno absurdalna, rozwiązanie przyjęte przez ludzkość dla ratowania pokoju jest tak niemożebnie kretyńskie, że tylko kretyn by wziął opowiadanie na poważnie. Andrzej Urbańczyk machnął nam tutaj groteskę. Porządnie sklecona, żadnej fuszerki, jakby wujek artysta machnął wam w prezencie na urodziny landszaft z jeleniami na rykowisku. No niby – porządna robota, nie ma się czego czepić. Pokój na ziemi jest, logiczna konkluzja jest, trochę humoru, ha ha, koniec. Jednym słowem, kolejny przeciętniak.

No, a dalej mamy wywiad z autorem. Narzeka, że przegrał, bo chciał być astronautą, nie udało się. Owszem, projektował diody, które brały udział w misji Viking na Marsa. Dwukrotnie samotnie opłynął na jachcie Ziemię. Lata samolotem (Cessną 150, a nie: Cewssną, jak w tekście). Pisze książki, SF i nie tylko. On przegrał? To co ja mam powiedzieć o sobie? Poza tym wymienia tych samych autorów, których i ja czytałem, zieje optymizmem, że aż strach, a na koniec radzi, że do sukcesu potrzebny jest upór, silna wola i inteligentna praca.

A tu: niespodzianka. Grafika Leszka Frey Witkowskiego. Artysta uczył mnie plastyki w szkole 😀 a ojcu kiedyś narysował ex-libris podczas wycieczki.

Dalej o neologizmach w prozie Parowskiego, odpowiedź Hollanka na jakąś polemikę z numeru, którego nie mam (przyznaje tutaj, że publikując Stereometrię w tłumaczeniu Zofii Uhrynowskiej-Hanasz nie wspomnieli, że opowiadanie ukazało się wcześniej w innym tłumaczeniu w Literaturze na świecie; ale tłumaczenie pani Uhrynowskiej-Hanasz wydało się redakcji ciekawsze i dlatego je puścili do druku). W recenzjach m. in. Narnia C.S. Lewisa. Iłowiecki pisze o afrykańskich pszczołach sprowadzonych do Ameryki. Do tego pożółkłe kartki, SF na świecie i dział krytyki (nie czytam).

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.