Bez planowania nie da się pisać!

Różne są zdania na temat tego, czy lepiej najpierw wszystko porządnie rozplanować, czy iść na żywioł, czy też wybrać wariant pośredni (tj. nakreślić ogólny zarys i potem traktować go jako zbiór wskazówek/drogowskaz). “Między brzaskiem a świtem”, “Tęcza za horyzontem”, “Międzyświat” (wszystko tytuły robocze, dwa pierwsze przyjęte do wydania) planowałem przy pomocy metody ścinków. Planowałem je bardzo rygorystycznie dlatego, bo “Pożar na pustkowiu” (przyjęte, nie wiadomo kiedy będzie wydane) pisałem metodą bardziej “na żywioł”, czyli mniej więcej tylko wiedząc, co zamierzam, i w efekcie pisałem rzecz okropnie długo, okropnie długo przerabiałem i wyszło mi też coś okropnie długiego.

Tym razem znowu zabrałem się bez planowania. Tzn naszkicowałem mniej więcej, co chcę mieć w każdym rozdziale, bohaterów, świat i radośnie rzuciłem się do pisania.

I nigdy więcej tak nie zrobię.

Chciałem napisać proste, rozrywkowe fantasy, coś kompletnie odmiennego od ostatnich trzech utworów. Ot, radosną przygodówkę z romansem, z unoszącym się nad wszystkim prochowym dymem, okrasić całość odrobiną humoru, jednym słowem – miałem chęć na stworzenie czytadła, dla odsapnięcia od poważniejszych tematów. A tymczasem podczas pracy doszedłem do wniosku, że o jeden szalenie poważny temat niechcący zahaczyłem – i rozpaczliwie próbuję teraz jakoś go ominąć, zepchnąć na plan dalszy, bo nie czuję się na siłach temat udźwignąć. Miało być rozrywkowo i niepoważnie!!

Po drugie, wydźwięk końcowy wyszedł inny od zamierzonego – ale inaczej być nie mogło z takimi bohaterami i takim rozwojem akcji. Gdybym chciał zmienić końcówkę tak, by pasowała bardziej do moich upodobań, musiałbym zmienić wszystko, albo zakończyć kompletnie niewiarygodnym zwrotem fabularnym.

Po trzecie, relacje między bohaterami wyszły mi też inne, niż chciałem.

Po czwarte, jeden element świata wydaje mi się teraz dość… infantylny.

Po piąte – za dużo przestojów, za mało akcji. Za dużo gadania o uczuciach, filozofowania, za mało machania rapierem.

Po szóste – mam zwichniętą konstrukcję, o czym zorientowałem się już dochodząc do połowy powieści. Nie wiem, czy da się to naprawić bez napisania całości niemal od początku.

Dużo z tego, co napisałem, dość mi się jednak podoba. Żal mi też władowanej pracy – dawno aż tyle nie siedziałem nad jedną powieścią. Dlatego, zamiast rzecz wyrzucić, mam zamiar nad nią siedzieć, przycinać, poprawiać… Ale jeżeli nie będę zadowolony z efektu, możliwe, że kilka miesięcy pracy zakończą się wrzuceniem “Sztandarów imperium” do szuflady.

Łatwo poznać po tym, co wyżej, że nie umiem w marketing 😀 No nic – będziemy montować, przepisywać, polerować, może jeszcze wyjdzie z tego materiału coś dobrego.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.