Fantastyk dawnych czar – numer 2 (41) 1986

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Ha! Kolejny Wojtek Siudmak w Galerii Fantastyki! No, to od razu wiadomo, aż przyjemnie wziąć numer do ręki, tym bardziej, że znowu mamy okładkę w lepszej jakości. W środku gazetowy papier nie zawsze pozwala dobrze oddać jakości grafik, zwłaszcza na zdjęciach. Cóż, marny papier w środku będzie nas dręczył jeszcze przez kilka lat, zanim wreszcie Fantastyka zacznie wstawiać lepszy papier przeznaczony na Galerie.

Egzemplarz pochodzi z moich wakacyjnych zakupów w 2020 roku. Wyjątkowo, dobrze zachowany, bez żadnych dopisków ołówkiem czy długopisem.

Na wewnętrznej stronie okładki redakcja chwali się otrzymaniem nagrody dla najlepszego pisma profesjonalnego oraz dla Konrad Fiałkowskiego jako najpopularniejszego pisarza. Poza tym nudy, że fantastykę doceniają coraz szersze rzesze, że trafia do głównego nurtu, że kontakty nawiązują… Z kontaktów najważniejszy jest z Wojciechem Siudmakiem, autorem rewelacyjnych grafik, które niestety słabo się prezentują w tym numerze z uwagi na jakość papieru i druku. Trudno.

Ostatnio recenzowałem numer retro (11 (38) 1985), gdzie we wstępniaku Hollanek wrzucił inną grafikę, niż zwykle. Może więc warto przypomnieć, jak Hollanek wygląda we wstępniakach normalnie.

We wstępniaku Hollanek uderza w ulubione tony: jesień szopenowska daje mu okazję popisać o romantyzmie. Że młodzi niedokształceni. Że science fiction jest z natury romantyczna. Że młodzi się buntują przeciwko staremu i że brakuje prozy prawdziwie wartościowej. Jednym słowem, Hollanek.

W listach od czytelnikach jak zwykle, prośby, by już poezji więcej nie. Oprócz tego zaś – same listy oferujące fantastykę, szukające fantastyki, czyli Komu, komu…

Na stronie czwartej dostajemy Śnieżny most nad przepaścią Walentyny Żurawlewej, w tłumaczeniu Anity Tyszkowskiej-Gosk. Ha, zobaczyłem to nazwisko i od razu pomyślałem – a skąd ja ją znam? No i cofnąłem się parę numerów i znalazłem – tłumaczyła Kira Bułyczowa w numerze 11 (26) 1984, ale wtedy nazywała się tylko Tyszkowska. A Bułyczowa tłumaczył też Tadeusz Gosk. No, to wszystko wiadomo 😀

Wojciech Siudmak jako ilustrator Żurawlewej. Że nie pasuje? No prawda. Ale wyjątkowo jestem w stanie to redakcji wybaczyć.

Ale wróćmy do pani Żurawlewej. Zaczyna się uroczo, od próby nauki matematyki matematycznego tłuka. Oj, znam ten ból, który przeżywał jeden z bohaterów, usiłujących wbić trochę wiedzy w głowę biednej Nataszy. Też udzielałem kiedyś korepetycji facetowi, który nie kumał kompletnie nic (ale za to jakie miał rwanie wśród koleżanek…). Bohater się wkurza, odchodzi kontynuować karierę cudownego dziecka gdzieś tam w tle, a bohaterka zamiast tego stosuje metodę całkowicie nowatorską, przynoszącą świetne wyniki.

Miałem przy tym wrażenie, że autorka ma jakieś zadry z okresu szkoły. Matematyka żąda ścisłości, logiki, myślenia abstrakcyjnego i zdyscyplinowanego. No to ona pokaże, wprawdzie tylko w opowiadaniu, ale jednak! W sumie, to nic złego, jeżeli z takich fantazji o tym, że się coś komuś pokaże, albo “ale byłoby fajnie, gdyby…” wychodzą takie dość zgrabne tekściki. Przy okazji: paradoks Greya wspomniany w tekście okazało się, że nie jest żadnym paradoksem, tylko wynika z błędnych założeń przyjętych przez brytyjskiego biologa (tekstu na wiki nie da się zrozumieć: lepiej to tłumaczy tekst polski tutaj, ale głównie dlatego, bo poprzestaje na ogólnikach). Moja ostateczna ocena opowiadania będzie tak, jak większości rzeczy publikowanych w Fantastyce: przyjemne, nic specjalnego, ale da się czytać. Bez fajerwerków, bez upadków – cały czas równo poprowadzony średniak, wchodzący łatwo jak hotelowe kawałki melona podawane na śniadanie.

Szkoda, naprawdę szkoda, że oprócz niedoskonałości papieru dochodzi jeszcze moja nikła sprawność w posługiwaniu się aparatem…

W galerii: Wojciech Siudmak. Naprawdę miałem ochotę wyciągnąć zakurzony skaner i sprawdzić, czy jeszcze działa tylko po to, by spróbować, czy efekt będzie lepszy niż fotki z telefonu. Opisuje Siudmaka Hollanek: że nie tylko mi się spodobały jego prace, innym czytelnikom również. Powtarza to, co i mi się już rzuciło w oczy: elegancję kreski, prostotę. Wpędza mnie w kompleksy dywagując o odwołaniach do innych artystów – ja niestety, człek prosty, oceniam tylko to, co widzę, więc pewna warstwa mi umyka. Dodaje, że Siudmak “przeciwstawia się zdecydowanie turpistycznym tendencjom współczesności”. Na koniec zaś pisze z żalem to samo, co i ja pomyślałem:

mistrzostwo Siudmaka potyka się tu o chropowaty, zamazujący, chłonny jak gąbka papier.

Otóż to. Nawet się zgadzam, że Siudmak jest wartościowszy od Vallejo.

No dobrze, a co mamy jeszcze oprócz Siudmaka? Mamy enerdowskiego (Niemca z NRD, tłumaczę dla tych urodzonych w XXI wieku) Franza Fühmanna i Pojedynek. Napisane dość ciężko, dużo zdań płynących powoli jak rzeka czarnej smoły. Serio miałem takie wrażenie: jakby mózg mi odmawiał współpracy, bo coś mi go oblepiało podczas tej lektury. Można jednak się przyzwyczaić i dobrnąć do końca. Czy warto? Rzecz gustu. Dla mnie zaskakujące jest, że w NRD można było napisać coś tak otwarcie atakujące idee Postępu, Cenzury, i oczywiście Rzeczywistej Historii. Zakończenie nawet nie całkiem nadęte, chociaż też ciężkie. Chyba miał to być jakiś symbolizm, ale za prosty ze mnie człek, by rozumieć symbole. Przeczytajcie:

Pavlo […]wracał nocami do tamtych obydwu snów: częściej do pierwszego, z rowem, a nieraz do tego bardziej przykrego. Może więc jednak opowiemy go. Pavlo idzie brzegiem morza i nagle w rozbryzgach fal widzi dryfującą meduzę, która przywodzi mu na myśl pozbawione powieki oko, przyglądające mu się uporczywie, wtedy on rozgląda się wokół siebie, czy jest sam, wchodzi do wody, aby schwytać meduzę, i właśnie kiedy wyciąga po nią rękę… ale nie, naprawdę nie mówmy już o tym.

Słabo mi wyszło to zdjęcie, ale może i dobrze, może was to zmotywuje, by kupić nową, kolorową wersję w dobrej jakości.

We wkładca Colin Kapp i Bronie Chaosu, kontynuacja Form Chaosu z numeru szesnastego. Nie czytałem, nic więcej nie dodam. Oprócz tego Funky Koval, jak zwykle.

Mamy za sobą połowę numeru. Tutaj dla mnie prawdziwa gratka: konspekty powieści Zajdla. Zarys pomysłów, na podstawie których dostawał umowy. Jeden z tych konspektów albo czytałem, albo czytałem bardzo podobny pomysł. Drugi też mi przypomina, ale tym razem już powieść, której tytułu nie pamiętam – o wielopokoleniowym statku, który potomkowie tych, co statek wysłali, dogonili i zamienili w połączenie gry i teatru. Tutaj jest wyspa, ale skojarzenia mam. Ostatni (Macki) wydaje się dość czytelną aluzją do historii Polski rozrywanej przez ZSRR i Niemcy.

Już mi brakuje pomysłów, jak zaczynać akapity. “Dalej mamy”, “po Zajdlu jest Zimniak”, “Kolejne opowiadanie to”… Wszystko już było. Po prostu zacznę więc od tytułu: Ornitolog. Andrzej Zimniak w opowiadaniu jak dla mnie poniżej średniej. Ptasznik łapie ptaszki; to znaczy, łapie ludzi robiących coś na jednej planecie i przewozi ich na inną, gdzie to coś akurat jest nielegalne. Pomysł nawet nietrywialny, ale wykonanie takie… poprawne. Trochę jakby przyszedł prikaz: “za tydzień opowiadanko, do roboty!” i Zimniak chcąc, nie chcąc zabrał się do roboty, by zdążyć z terminem.

Koniec już bliski, więc żeby nie było smutno: Siudmak.

I właściwie to koniec. Pożółkłe kartki z nudną utopią, Recenzja dziełka o komiksie napisana przez ś.p. Macieja Parowskiego i recenzja książki Macieja Parowskiego napisana przez Buszniewskiego. Do tego recenzja Sakriwersum (a tu moja recenzja) Mielkego – Wawrzyniec Sawicki zachwyca się oraz zapowiada, że może za dwa-trzy lata się pojawi na rynku. Wawrzyniec Sawicki przetłumaczył później skróconą wersję powieści na potrzeby Fantastyki. Potem krytyka. Nie czytałem, nie chciało mi się, nie lubię – wpadło mi w oczy tylko zdanie, że Lem nie lubił pisać książek, bo był filozofem i myślicielem, co prozy używał tylko jako pretekstu do przedstawiania pomysłów. Potem wywiad z jakimś Francuzem, Eurocon w małym miasteczku i Dni Fantastyki w dużej Warszawie. I tyle.

Tylna okładka Fantastyki. Klikniecie, dostaniecie link do grafiki w dużej rozdzielczości na zewnętrznej stronie na wikiart – Copyright “fair use” – “historia miłości między wodą a drewnem”

Podsumowując: całkiem niezły numer, ale głównie z uwagi na grafiki. Aż naszła mnie ochota, by poszukać, czy można gdzieś znaleźć album z dziełami Siudmaka. Można. Bagatela: między 140 a 320 złotych 😀 Powtórzę swoje żale z wpisu o tym artyście: chciałbym móc tyle zarabiać, by móc sobie dla kaprysu taki album kupić 😀

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.