Fantastyk dawnych czar – Numer 11 (38) 1985

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Na okładce mamy okładkę z żonglerem, budzącą od razu XIX-wieczne skojarzenia. No i rzeczywiście: autor, Jean mnóstwa imion Grandville zmarł w 1847 roku. Nic dziwnego. Cały numer poświęcony jest starej fantastyce.

Egzemplarz pochodzi z moich wakacyjnych zakupów w 2020 roku. Jest na nim ten sam podpis, co na kilku innych: “Goś 9/31”. Numer prenumeraty? Notatka kioskarki?

W poprzednich Fantastykach mieliśmy rubrykę “Pożółkłe kartki”, tutaj są same “pożółkłe kartki”. Wprowadza w myśl przewodnią numeru Andrzej Niewiadomski, pokrótce opisując historię polskiej fantastyki, obok Mickiewicza, Prusa, Żuławskiego, Karczewskiego i Smolarskiego przywołując także całą masę nazwisk kompletnie zapomnianych. Przewracamy stronę i od razu lądujemy w “pożółkłej” stylistyce: tytuły opowiadań i rubryk wybite są stylizowaną kursywą.

Z okazji numeru retro, Adam Hollanek zmienia rysunek do wstępniaka 😀

Hollanek tym razem pisze zadziwiająco spójnie i do rzeczy. Zaczyna od uwagi, że fani są dobrze zorientowani w światowym science fiction, i że swoim przywiązaniem do twórców przypominają często kibiców. Twierdzi, że numer retro jest w odpowiedzi na żądania czytelników. Dywaguje na temat nowego konkursu i zastanawia się, czy tym razem także najpierw przyjdzie mnóstwo grafomanii, zanim się trafi jakaś perełka.

W Lądowaniu (trzydziestym trzecim – cyframi arabskimi, może XXXIII brzydko wyglądało albo się nie mieściło kursywą) czytelnicy błagają, by już nie było poezji, by mniej wulgaryzmów, lepszy papier, większy nakład. Jeden podziela mój pogląd, że paskudne grafiki Marzeny Kawalerowicz w ogóle nie powinny trafić do numeru 3 (30) 1985. Poza tym – standard. Przetłumaczcie to, dajcie to, więcej dorosłych tekstów.

Kolejna strona i najpierw szybsze bicie serce, bo jest Brian W. Aldiss i tytuł Do Barsoom i jeszcze dalej, a więc człowiek już myśli, że będzie jakieś opowiadanie z uniwersum Burroughsa, ale nie, to tekst publicystyczny. Porównuje Wellsa (Wehikuł czasu) z Burroughsem (no wiecie, Tarzan, Księżniczka Marsa) i zdecydowanie wybiera tego drugiego: woli “gawędziarza” od “zgorzkniałego belfra”. Zarazem zauważa, że Wells i Burroughs stanowią dwa przeciwstawne bieguny fantastyki, wyznaczając po dziś dzień dwa standardy: fantastyki tej twardej, myślącej oraz tej miękkiej, rozrywkowej. Przy czym Burroughs otwarcie przyznawał, że pisał dla pieniędzy; Aldiss z ubolewaniem zauważa, że facet nie mógł się oprzeć pokusie kontynuowania cyklu tak długo, póki czytelnicy byli gotowi kupować, nawet, gdy cykl został wyciśnięty ze wszystkich rozsądnych pomysłów. Wspomina o jego naśladowcach oraz podaje coś, co zapamiętam chyba na długo: że Burroughs zmarł jako siedemdziesięciolatek podczas czytania komiksu…

W galerii mamy Grandville’a, nieco podkolorowanego. Z obowiązku pokazuję, ale jednak to jest zbyt stare, by pasowało do moich ukształtowanych w końcówce XX wieku gustów.

Pierwszą ramotką wybraną przez redaktorów było opowiadanie Projekty świata Kurda Lasswitza. Ot, taka tam kosmogonia, lekko humorystyczna, ździebko filozoficzna, z puentą mającą być może kiedyś śmieszyć. Co ciekawe, chociaż rzecz bardzo stara (autor zmarł w 1910 roku!) uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że napisano ją w Polsce w latach 80tych. Nie widać specjalnie tej starzyzny. Z drugiej strony – ii tam, takie coś tobym ze szwagrem po jednym głębszym napisał.

Skoro klasyka bardzo starej fantastyki, to oczywiście nie może zabraknąć Lovecrafta.  Oj, nie lubię człowieka. Nie za poglądy, bo te mi zwisają i powiewają, zwłaszcza, że człek nie żyje od paru dekad – ale za styl. Zadrżałem widząc jego nazwisko już w spisie treści, ale cóż, recezent ma swoje obowiązki, trzeba czytać.

Kolejny sztych Grandville’a. Formalnie jako ilustracja do poprzedniego opowiadania, ale przecież to i tak nie ma znaczenia.

No i faktycznie, mamy lovecraftowski styl. Kpiące spojrzenia umarłego, rozbudowane zdania, nieuchronny, straszliwy i niesamowity koniec oraz niezwykłe zdarzenia wplecione w rzeczywisty (i współczesny autorowi) świat. Nieokreślona groza i przerażające widoki. No i tytuł: Świątynia. Z podtytułem: “rękopis znaleziony na wybrzeżu Jukatanu”.

Całość napisana z perspektywy dla Lovecrafta wrogiej: bohaterem jest dowódca niemieckiego uboota, polującego w czasie pierwszej wojny światowej na alianckie okręty. Kapitan wtrąca co chwila o wielkiej niemieckiej ojczyźnie, tych paskudnych Anglików nie wiedzieć dlaczego napadających na pokojowych Niemców, a wszystko to wymieszane z podawanymi mimochodem wzmiankami o zatopieniu alianckich łodzi ratunkowych oraz skazaniu na śmierć własnych załogantów. Mamy więc bohatera-tępego, archetypicznego Prusaka, gardzącego zniewieściałym Nadreńczykiem oraz gotowym rozwalić całą załogę bez zmrużenia oka.

Zabieg ten czyni całość znacznie bardziej interesującą. Oczywiście, całość wciąż czuć starzyzną: szatańskie chichoty i tajemnicze światła nie są w stanie przerazić ludzi ziewających na współczesnych horrorach. Pomimo tego spokojnie można Świątynię polecić.

Również dwa czeskie opowiadania próbują straszyć. Najpierw Jan Neruda z Wampirem, potem Karel Švanda z Semčic, oba z podobną, dość przewidywalną puentą. Kiedyś może faktycznie straszyły, teraz raczej trochę nudzą. Jak zwykle, zastrzegam – nie to, że źle napisane, ale po prostu… zestarzały się.

Z kolei pierwszy Polak w zestawieniu strasznie nudzi. Dostajemy Zegarmistrza stylizowanego na baśń, dającego się streścić o tak: szedł facet odkryć tajemnicę, szedł, szedł, aż wreszcie umarł. Słabiutkie. Zastanawiam się, czy na mój odbiór nie wpływa także język, pełen dyamentów i furyi. Opowiadania Lovecrafta zostały przetłumaczone, a więc z konieczności ich język został uwspółcześniony – a opowiadanie polskie zostało z wszystkimi archaizmami.

We wkładce: Pellucidar Burroughsa. Nawet bym przeczytał, ale męczą mnie małe literki, do tego jest to drugi tom cyklu no i – jak wielokrotnie powtarzałem – fatalnie się pisze powieść w takiej postaci.

Oczywiście mamy też Funky’ego Kovala, bez żadnej stylistyki retro 😀

Za powieścią polskie retro wraca. Jerzy Żuławski z Białym szczurem. Tutaj też roi się od archaizmów i archaicznej pisowni. Zaraz w pierwszym akapicie mamy “z pod”, “nizko”, “tam i sam”, “wspartemi”… Daje to pewien klimat, ale też powoduje, że w odróżnieniu od tłumaczenia Lovecrafta tutaj od razu warstwa językowa opowiadanie ustawia najpóźniej w pierwszym ćwierćwieczu uprzedniego stulecia (i faktycznie: rok wydania – 1902). I jest równie nudne jak Zegarmistrz. Wynalazca, biedny aptekarz, chce wynaleźć lekarstwo na wszystkie choroby. I cierpi. Jak młody Werter, tylko, że po słowiańsku pije, a potem pijany wraca do domu. Czyli, uwaga: pogłębiona psychologia postaci, skupiająca się na jego przeżyciach wewnętrznych, akcję traktująca pretekstowo. Coś dla krytyków i wielbicieli głównego nurtu. Fuj.

A tu mamy sztych (koloryzowany) reprezentujący retro angielskie.

Za Żuławskim przynudza Franciszek Mirandola. Rzecz dziwna, bo jego Drogowskaz pochodzi z roku 1919, ale czytając go miałem wrażenie, jakby był bardziej archaiczny od Białego szczura. Mamy tutaj wszystko, czym tylko da się zanudzić czytelnika. Wydumane opisy (aczkolwiek przykre wrażenie z ich lektury pochodzi po części z archaicznego języka, tego z “dziwnymi kształtami pełniącymi głąb lasu”). Długie dialogi o szczęściu, niby przypadkiem podsłuchane. Nudne wszystko przeraźliwe. Ot, taki moralitet, ubrany dla pozoru w szaty fantastycznej baśni.

I to właściwie tyle. Są jeszcze krytyka z 1898 roku, recenzje, pożółkłe kartki, historyjka o Keplerze szukającym muzyki sfer oraz szkic ruchu fanowskiego, ale wymęczony przez Mirandolę nie miałem już siły się na nich skupić.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.