Fantastyk dawnych czar – numer 7 (34) 1985

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Jakże różne są pierwsze wrażenia z obcowania z tym numerem w porównaniu z ostatnio przeze mnie recenzowanym, zgrzebnym 3 (30) 1985. Najsampierw jakość papieru na okładkę: tam jakaś tektura, tu ładny, kredowy papier. Dalej – tam brzydkie grafiki Marzeny Kawalerowicz, a tutaj: mniam, Siudmak. Aż miło wziąć do ręki. Do tego na okładce zapowiedź sławetnych Siedmiu grzechów Oramusa – czytałem tylko dwa lata późniejszą odpowiedź Oramusa na odpowiedzi krytyków. Cieszyłem się, że wreszcie zobaczę, co tak ludzi wzburzyło.

To kolejny egzemplarz z mojego zakupu na wakacje 2020 roku, do zabijania nudy w czasie pandemii. Jak widać, do zabijania nudy zabrałem się dopiero teraz :D. Zauważcie cenę – przez lata utrzymywała się na poziomie pięćdziesięciu złotych, tutaj mamy już osiemdziesiąt.

Na wewnętrznej stronie okładki niemiecki wydawca składa raport z sytuacji na świecie. O wydaniu bardzo krytycznych wobec amerykańskiej SF opinii Lema – Niemiec spekuluje, że wywoła to burzę, jakby już wcześniej nie wywołało… Poza tym biadoli, że kryzys, za dużo zaczęło pojawiać się tytułów, czytelnicy przestali kupować, że debiutanci mają przez to gorzej… w sumie, jakbym czytał opinie o sytuacji na naszym rynku. I jeszcze, że gorsza literatura wypiera lepszą. Najciekawsze jest w tym zdanie, że dzięki podziałowi Niemiec nad NRD i RFN rynek niemiecki ma dostęp do różnorodnej literatury, bo RFN tłumaczy autorów zachodnich, a NRD fantastykę z demoludów (dla młodzieży nie znającej tego pojęcia: z demokracji ludowych, czyli PRL, ZSRS -wówczas nazywanej ZSRR – Jugosławii, Czechosłowacji i tak dalej).

Wstępniak Hollanka strasznie zawiły, plącze się w dygresję i w końcu nie wiem, czy on potępia tych, co sądzą, że tylko fantastyka ma potencjał, czy raczej wprost przeciwnie. W Lądowaniu tym razem żadnych ciekawych listów, tylko biadolenie, ze nakład za mały i to skandal, pewnie redaktorzy lewe geszefty robią, by numery były dostępne tylko pod ladą. I jeszcze, że papier złej jakości i kto to widział. Redakcja uprzejmie przywołuje czytelników do rzeczywistości – co, zapomnieli, że żyją w PRLu?

Zamiast ilustracji – galeria. Ale jaka galeria! Szkoda, że jakość papieru i druku jest, jaka jest (nie wiem, czy widzicie na przykład, jak się rozmywają usta postaci na grafice). Wojciech Siudmak tworzy dzieła faktycznie fantastyczne i do tego nie rażące zamiłowaniem do turpizmu.

Pierwsze (i jedyne zagraniczne) opowiadanie numeru pochodzi od Frederika Pohla. Skarb w środku gwiezdnej tęczy. Piękna rzecz. Dobrze napisana, chociaż czasami rozczula – Amerykanie lecą do gwiazd, ale naukowiec prezydentowi macha przezrocza po staremu, a przy prezentacji używa “latarki wskaźnikowej”. Opisy życia w kosmosie, łącznie z pigułkami “stopu” dla mężczyzn oraz dla kobiet. Pięknie opisane efekty lotem z podświetlnymi prędkościami. Przy tym też co najmniej jedna literówka oraz coś, wygląda tak, jakby zgubiły się dwa wiersze ze szpalty.

Skarb w środku gwiezdnej tęczy oparty jest na jednym, dość prostym pomyśle. Bardzo szybko odkrywamy prawdziwy cel podróży ósemki amerykańskich kosmonautów i na czym polegał plan archetypicznego niemieckiego profesora Knefhausena. Szybko też domyślamy się, czym jest ten tytułowy “skarb”. Powoduje to, że niestety mniej więcej w połowie lektury można poczuć spadek tempa – wydaje się, że zagadki zostały już rozwiązane i nic dalej ciekawego nas nie czeka. Akcja chwilę stoi w miejscu, drobi, ale wreszcie rusza dalej. Ostatecznie dostajemy poprawnie przyrządzony produkt, nic, co by zostało na dłużej w pamięci, ale też nie żałujemy specjalnie czasu poświęconego (zmarnowanego?)  na lekturę.

Ilustracji wciąż nie ma, za to mamy Wojciecha Siudmaka we własnej osobie. Sympatycznie wyglądający gość, nie?

We wkładce Harry Harrison, druga część powieści. Nie lubię czytać wkładek, wyrywać nie chcę, bo to by było barbarzyństwo, więc jego Filmowy Wehikuł Czasu ignoruję i przechodzę do polskiej prozy. A tam… wielki zawód.

Dzienniki wsteczne to debiut Wojciecha Tomczyka. Redakcja zastrzega, że drukuje ze skrótami. Nic dziwnego. To humoreska, zbiór absurdalnych żartów słownych z rodzaju nie tych, co wywołują uśmiech, ale raczej z tych, które kwitujemy o, zażartował. Doceniam. Gdyby to skrócić, napisałbym recenzję znacznie przychylniejszą. A tak, forma zaczęła mnie nużyć na drugiej stronie.

W numerze mamy też Funky’ego Kovala. Piękna kreska i wartka akcja, czyli najlepszy polski komiks fantastyczny lat 80tych.

Mieć uszy i nie mieć muzyki to koszmar. Lepiej ogłuchnąć. I tak cały czas. Zbiór oderwanych bon motów, zero akcji, fantastyki tyle, co kot napłakał. Nie wiem, co kierowało redakcją, że przyjęli to do druku. To znaczy: nie chodzi o to, by na druk nie zasługiwało, bo może i by zasługiwało, ale dlaczego w Fantastyce? Naprawdę poziom nadsyłanych tekstów był tak słaby, że musieli się skusić na to?  Myślicie, że przesadzam? Poniżej próbka tej prozy. Sami oceńcie:

Zaczęło wciągać mnie coraz bardziej, leciałem nad miastem, pionowo w górę. Okrągły nikł w oczach. Potem miasto miało wielkość mojej stopy. W powietrzu wciąż było słychać głos Okrągłego:

– Jesteś prostakiem, prymitywnym maniakiem, depresyjnym. Gdzie ci do mnie schizofrenika i patologicznego geniusza.

Był nikim, był proszkiem, był wiatrem. Mimo wszystko zdecydowałem się na podróż.

Ech, mijałem czyjś balon.

Z drugiej strony, jeżeli ktoś kocha absurd, jakieś postmodernizmy, zabawy słowami, to może mu się to i spodoba. Nie wiem. Ja dokończyłem z prawdziwym trudem.

Autor znany ze sztuk teatralnych. Nagradzany (później). Chyba bardziej pasował do głównego nurtu niż fantastyki (i tej z małej, i tej z dużej litery).

A teraz niespodzianka, ilustracja do opowiadania. Autor grafiki: Piotr Łukaszewski.

Dla odmiany opowiadanie Mirosława P. Jabłońskiego, Wyliczanka jest bardzo klasyczną science fiction – co powoduje, że czyta się rzecz dobrze, chociaż oparta jest na starym i zużytym pomyśle, a na dodatek zakończenie wydaje się być dopięte na siłę. Dzielny pilot z Patrolu dostaje zadanie odnalezienia przemytnika i drogą dedukcji eliminuje podejrzanych. Niby nuda, ale Jabłoński potrafi nudę zapisać tak, że czytelnik dopiero po dotarciu do ostatniego zdania orientuje się, że obcował z gumową lalą miast Miss Polonia. Z drugiej strony nie podoba mi się to, że w tekście można znaleźć mnóstwo zdań i stwierdzeń przeczących zakończeniu, które przez to wydaje się wydumane i nieprzekonujące. Miałem wrażenie zdrady – autor pisał, pisał, i dopiero w połowie wpadł, jak skończyć. Dostajemy produkcyjniaka, robotę porządnego rzemieślnika – ot, takie krzesło. Można na nim usiąść, ale zachwycić się trudno.

Pan Jabłoński napisał potem kilka powieści (nie znam żadnej z nich – ha, jednak znam! Schron czytałem i był niezły), a w tamtym roku nawet opublikował w Nowej Fantastyce opowiadanie (Cienie).

Na pociechę: Wojciech Siudmak. Widzicie, nie tylko cycki mu w głowie.

Dalej mamy króciutkich Nosicieli Macieja Gałaszka. Króciutkie, ale ja bym jeszcze skrócił. Początek z Hirshem (tak! Hirshem!) nic nie wnosi i należałoby to wyrzucić. Epitafium – tak samo, weg, precz. To, co by zostało po takim zabiegu, spokojnie możnaby uznać za lepsze od produkcyjniaka Jabłońskiego, a Jakieś nowe zarządzenia spokojnie wystarczyłoby na puentę tak krótkiego opowiadanka.

Na stronie pięćdziesiątej czwartej zaczynają się recenzje. Pani Joanna Salamończyk bezwstydnie podlizuje się naczelnemu pozytywną recenzją książki Hollanka Katastrofa na słońcu Antarktydy. Tyle, że dzięki niej straciłem sporo czasu na szukanie, co znaczy użyte przez nią słowo: anat, zanim się zorientowałem, że to chodzi o anatemę :D.

Oprócz tego – pamiętacie Theodore Sturgeona (Xanadu z Fantastyki 8 (35) 1985)? No więc wydano mu też książkę w Polsce, Klucz do nieba. Mamy tutaj jej nijaką recenzję.

Pomijamy recenzję Bułyczowa, bibliografię i pożółkłe kartki z niejakim Wojciechem Kajderem i przechodzimy do zapowiedzianych na okładce grzechów polskiej fantastyki naukowej.

Niby, że Oramus łapie się za głowę?

To jest dopiero tekst! Z miejsca redakcja deklaruje, że się z nim nie zgadza. Dalej mamy zgrabnie napisane duże nic. Zawiodłem się. A więc dowiadujemy się, że najwięcej grzeszników w Polsce jest w Płocku (hi, Małgosiu!), a potem, że polska sf cierpi na kiepskie, jednowyrazowe tytuły: Inwazja, Fiasko, Kontakt, Robot, Imago… Już w latach 90tych pojawiły się tytuły nie pasujące (Senni zwycięzcy), a obecnie? Upiór w ruderze wcale nie jest powieścią grozy, mamy też Pani czterdziestu żywiołów, Lancelota znad Renu, Podarować Niebo czy też Gambit Wielopolskiego. Grzech ten chyba już w latach 80tych był naciągany.

Niewyszukane imiona bohaterów – no dobrze, pamiętam tych wszystkich Pirxów, Perów i Porów ze starych opowiadań, ale tutaj mamy dokładnie tak samo – już wówczas nie wszyscy tak nazywali postaci, a obecnie od dawna już nikt. Grzech trzeci to wydmuszkowatość bohaterów, płaskich supermenów, co to zawsze przed zaśnięciem muszą pomyśleć o dobrze ludzkości. Coś tam z tego pokutuje, ale to przecież cecha samej sf – tutaj bohaterem jest często pomysł, historia, akcja, a ludzie to tylko część dekoracji. To cecha gatunkowa i nie należy się na nią obrażać.

Grzech czwarty, zadęcie… Dawno znikło. Piąty, sceneria, gdzie wszystko działa i błyszczy… Nie, też już wszyscy opisują awarie. Popsuty kosmolot, który ledwo lata, coraz częściej jest częścią sztafażu. Społeczeństwo – z tym bywa różnie. A na koniec – “Czy kto wie, dokąd jadę”. No cóż, to cecha kiepskiej literatury, a nie gatunkowa. Upychanie “ciasta” faktycznie się zdarza w wielu utworach, które przez to puchną niemożebnie, bo wszak czytelnik nie kupi powieści ledwie trzystustronicowej, gdy zamiast tego może dostać pół tysiąca pełnych dygresji i nie posuwających akcji do przodu przypadków.

Jednym słowem, rozczarowanie. Lepiej mi się czytało odpowiedź Oramusa na odpowiedzi na jego krytykę.

Dalej mamy Iłowieckiego z plamami na słońcu, gdzie zainteresowało mnie najwyżej to, że przed cyklami Kondratiewa były też cykle Czyżewskiego.

A na koniec: Wojciech Siudmak. Okładka fantastyczna, ładna, ciekawa. Czyli co, można? Można.

W rubryce o fanach o kosztach biletu na konwent: trzy tysiączki, połowa faktycznych kosztów. W przeliczeniu na Fantastyki: obecnie by było nieco ponad cztery stówy.

Podsumowując – numer dość ciekawy, ale jego gwóźdź (Siedem grzechów) okazał się mocno zardzewiały. Najdłuższe opowiadanie polskie uznaję zarazem za najgorsze spośród wszystkich w ostatnio czytanych numerach, a obok tego mamy dwa sprawne produkcyjniaki i jedno opko ciekawe, ale strasznie krótkie. Jasny punkt numeru to brak poezji oraz Siudmak… A nie, żartowałem. Jaki tam brak poezji. Redaktor znęca się nad czytelnikami z uporem godnym starej polonistki z powołaniem. Na ostatniej stronie mamy Teresę Truszkowską i fantastyczne wiersze. Ech, panie Hollanek…

 

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.