Fantastyk dawnych czar – numer 11 (26) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Dzisiaj pora na kolejną z pakietu szesnastu Fantastyk kupionych na wakacje 2020 roku. Na zdjęciu obok chyba tego nie widać (chyba, że po powiększeniu), ale na okładce na literze “F” poprzedni właściciel zostawił autograf. No cóż, prawdziwy kolekcjoner pewnie bym taki egzemplarz odrzucił z niesmakiem do kosza, ale mi to aż tak bardzo nie przeszkadza.

Przy okazji – nasunęła mi się refleksja na temat ceny. Akurat zapłaciłem pięćdziesiąt złotych za sto kilogramów grysu;  a tu proszę, Fantastyka kosztowała wówczas właśnie tyle. Co więcej, cena ta pozostała bez zmian od samego początku. Godne pochwały, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pismo rozchwytywano i spokojnie można by żądać za nie więcej… w kraju kapitalistycznym :D.

Numer poświęcono fantastyce naszych sąsiadów, czyli demoludom, przy czym za kraj sąsiedni uznano także Jugosławię. Mamy więc dwóch Enerdowców, Czechosłowaka, dwóch ZeteSeReRowców (dzisiaj by się napisało: sowietów), Węgra i wspomnianego Jugosłowianina. Na wewnętrznej stronie okładki krótki zarys sytuacji u sąsiadów. Z wymienionych tam autorów kojarzę tylko Rosjan, pardon, ZeteSeReRowców. Wiadomo, Bułyczow i Strugaccy (kto ich nie zna), a oprócz nich jeszcze tylko Bielajewa z Głową profesora Dowella.

We wstępniaku Hollanek w dość uładzonym stylu przekonuje, że każdy kraj ma swoją tradycję literacką i ta tradycja wpływa na nowe powstałe dzieła, nadając im rysy swoistości. Wyraża też zdegustowanie tym, że wielu kopiuje wzorce cudze, zamiast korzystać z własnych. Czyli – marudzi, jak zwykle.

W Lądowaniu, czyli listach od czytelników mamy górnika, robotnika fizycznego, pracownicę księgarni. Wszyscy czytali i kochali fantastykę (gatunek) i Fantastykę (pismo).

Zakładam, że to losowa grafika wybrana na chybił-trafił, by godnie reprezentowała naszych wschodnich sąsiadów. Niby jest trzech ludzi, ale reszta pasuje do treści Wybacz odchodzącym jak kurczak do wegańskiego burgera. A. Sokołow.

Przegląd fantastyki demoludów otwiera Dymitr Bilenkin z Wybacz odchodzącym. Pierwszą rzeczą, która mnie uderzyła, jest robot. Dlaczego? Bo pięknie ilustruje to, o czym tyle razy czytałem. Robot potrafi świetnie konwersować, a kiepsko gra w szachy – czyli autor, jak wielu innych, zakładał, że rzeczy trudne dla ludzi, będą i dla robotów trudne, a co łatwe dla człowieka, musi być i łatwe dla maszyny. Tymczasem SI pierwszy raz pokonała Kasparowa w 1996 roku, a obecnie arcymistrzowie nie mają z komputerami szans – zaś wciąż nie mamy maszyny potrafiącej przejść test Turinga. Inna rzecz, że autor nie wiedzieć czemu sądzi, że, cytuję: “Nasze biologiczne »ja« instynktownie opiera się zbliżeniu z istotą, której przodkiem była maszyna parowa“. Tymczasem przecież ludzie z łatwością nawiązują emocjonalną więź nawet z głupim odkurzaczem, a co dopiero z komputerami.

A teraz uwaga, będę streszczał treść dzieła. Ludzie badają nudną planetę, gdzie nic nie ma. Po zakończeniu misji zostawią roboty, bo jako “moralnie przestarzałych” nie będzie się opłacało ich transportować z powrotem na Ziemię. Nagle okazuje się, że na planecie są też roboty obcych, porzuconych z tego samego powoli. Żółwiopodobny robocik (tona wagi) o nich wiedział, ale ludzie nie pytali, więc nic nie mówił. Ludzie słysząc o tym decydują, ze zostaną. Robocik się cieszy. Koniec.

To naprawdę jest tak płaskie, jak to wynika ze streszczenia.

Na odtrutkę po Bilenkinie dostajemy Czecha, Zdenka Volnego i humoreskę Żona z kwestionariusza. Nic ambitnego, ale da się czytać, więc tutaj nie będę psuł zabawy opowiadając, o co chodzi. To nie jest tak, żeby człowiek wybuchał śmiechem, ale też nie miałem poczucia żenady, jak przy lekturze niektórych zabawnych na siłę tekstów. Ot, takie krótkie coś, zderzenie ludzkiej tragedii z biurokracją w roku 2279.

Grafika niejaki Korga. Zauważcie, że nie piszę “ilustracja”

Za Czechem idzie Węgier, Péter Szentmihályi Szabó ze Skurczem czasu. Nudna rzecz okropnie. Wychodzi facet, ma wykład, nikt prawie go nie słucha, wraca rozeźlony do domu, okazuje się: niespodzianka! Ma rację. Jaki zwrot akcji. Do tego w jednym miejscu chyba drukarski chochlik zamienił “kurczenie czasu” na “kruszenie czasu”. Żeby jeszcze to miało ręce i nogi, ale nie, logika tekstu też szwankuje.

Kolejna grafika-nie-ilustracja. J. Gado.

Po bratanku Madziarze przynudza dwóch enerdowców. Najpierw smęci okropnie Günter Kutner o tabletkach na sen i niezmienności ludzkiej natury. Później usiłuje być zabawny Erik Simon z Naturalnie, nie istnieją żadni Marsjanie… Jeżeli wszyscy Niemcy tak piszą, to jednak wolę, by skupili się na konstruowaniu samochodów. Oba opka pretendują do miana najgorszego gniota numeru i idą w tej konkurencji łeb w łeb.

Grafika J.Gado. Koło ilustracji to nawet nie leżało. Ja nie wiem, po kiego grzyba redaktorzy wstawiali takie obrazki w tekst, bo w tej jakości druku i takiej rozdzielczości to nie można tego podziwiać jako sztuki.

W bitwie o tytuł gniota numeru dzielnie walczy też Serb Filip David z Baśnią o księżycowej karecie, takim niby strasznej, niby niesamowitej, potwornie nudnej historii o przeklętej karecie z woźnicą bez głowy. Gdyby nie obowiązek recenzenta, nie doczytałbym do końca. Bardzo staroświeckie w formie, i to nie jest komplement. Gdyby to była końcówka XIX wieku, wtedy można by rzecz zaakceptować.

Grafika Sokołowa na prawie całą stronę. Iii tam. Nie takie rzeczy żeśmy ze szwagrem po pijaku malowali.

Do tej pory jedyną strawną historię w numerze napisał Czech, a wszystko inne mogłoby posłużyć do odstraszania młodych Polaków od zagranicznej fantastyki, a może i czytania w ogóle. I wtedy, gdy już człowiek zniechęcony nie ma nadziei na nic lepszego wkracza Kir Bułyczow (“cały na biało…”).

Co za facet! Cztery krótkie opowiadanka z Wielkiego Guslaru. Połączone jednym motywem (fujarka Marsjasza) i tymi samymi bohaterami. Lekkie, dobrze napisane i świetnie przetłumaczone (chapeau bas, pani Anita Tyszkowska). Czytając je miałem non-stop skojarzenia z Pilipiukiem i jego Wędrowyczem. To znaczy, bohaterzy niby kompletnie inni, problematyka, świat przedstawiony – wszystko inne, można by więc rzec puknij się w głowie, człowieku, gdzie tu podobieństwa. A jednak jest w tych kawałkach taka swojska, słowiańska można by rzec atmosfera. I nawet pewna przewidywalność nie przeszkadza.

Naprawdę, Bułyczow to zupełnie inna liga.

Ilustracja sracja, macie zamiast tego mój egzemplarz Księżniczki Marsa

We wkładce: Księżniczka Marsa, część drugi. Ciesząca duszę ramotka, rozkosznie anachroniczna i we wspaniały sposób, bezwstydnie niepoprawna politycznie. Burroughsa pewnie większość kojarzy z Tarzana, chociaż może po ekranizacji Księżniczki z z 2009 roku to się zmieniło. Jeżeli ktoś lubi starą fantastykę, polecam. Jak ktoś nie lubi, też polecam, na pewno zdanie zmieni.

No wreszcie ilustracja. I pasuje! K. Białek

Dział prozy polskiej otwiera Krzysztof Kochański. Nazwisko skądś znam, ale przejrzałem wikipedię, nic nie kojarzę. Samo opowiadanie, Zabójca czarownic, jest dość ciekawe i nietypowe jak na lata 80te – mamy więc czary, telepatię, ale oprócz tego statki kosmiczne i zagubioną w kosmosie kolonię. Pomysł niezły, tylko wykonanie nieco gorsze.

Sam nie wiem, czego mi w tej prozie brakuje. Poprawne, akceptowalne, nadające sie do druku – z każdym z tym określeń bym się zgodził, ale rzecz chyba właśnie w tym, że tylko takie określenia się do Zabójcy czarownic nadają. Nie da się tą prozą delektować.

Na dodatek – rzecz urywa się nagle i bez puenty, jakby była tylko wstępem do powieści lub chociażby nowelki. Niemniej – wolę Kochańskiego od obu Niemców, Węgra, Jugosłowianina i pierwszego z Rosjan. Na tle reszty numer zajmuje miejsce drugie.

Ilustracja A. Aldridge. Absolutnie odmawiam wstawienia tego w większej rozdzielczości

A co mamy po przyzwoitym Kochańskim? Otóż mamy bardzo nieprzyzwoitego Andrzeja Zimniaka. Taki wygłup. Przypomina pomysłem Piersa Anthony’ego Sfery – oryginał w 1977, ale w Polsce wydany dopiero w 1990, więc nie wiem, czy Zimniak już tę powieść znał lub czy chociaż o niej słyszał. Lecą sobie nowożeńcy po kosmosie i kopulują, koniec opisu. Słabizna, chociaż warsztatowo lepsza od Kochańskiego.

W dziale recenzji Krzysztof Sokołowski (ten od Fenixa) ocenia Asimova, do tego staroć Bielajewa i na koniec – ha, opinia na temat filmu Synteza. Nawet nie wiedziałem, że Wojtyszko zekranizował własną powieść. Synteza dzisiaj by określono pewnie jako Young Adult albo wręcz fantastyka dla małolatów, do tego opinia na temat filmu wyrażona taka sobie, więc chyba sobie daruję jego szukanie…

Dalej mamy Zwierzenia młodej kurtyzany, a pardon, Zwierzenia tłumacza (Tadeusz Gosk, przyszły mąż Anity Tyszkowskiej, tłumaczki Kira z tego numeru) oraz Zwierzenia recenzenta (z Jugosławii). Gosk to polski tłumacz z rosyjskiego. Pisze o Bułyczowie, zauważając, że facet odnajduje się w różnych stylach, bo i potrafi pisać dla dzieci (cykl o Alicji), i żartobliwie (Wielki Guslar) i całkiem na poważnie (Miasto na górze). Najbardziej jednak mi się podobało zdanie o braciach Strugackich: że są przykład niezmiernie rzadkiego intelektu zbiorowego. Znaczy, że razem tworzyli arcydzieła, a jak próbowali osobno, wychodziły im słabizny.

Jugosłowianin-recenzent pisze o tym, jakie opowiadania przysyłają początkujący. Zapewnia, że większość wędruje do kosza, że debiutanci uparcie nadają bohaterom imiona Bill albo Jane, oraz że uwielbiają pisać opowiadania o powstaniu ew. końcu ludzkości, często obserwowanych przez kosmitów lub kosmiczny intelekt.

Powoli zbliżamy się już do końca. Nudny wywiad z bardzo znanym rosyjskim autorem, którego ja akurat nie znam, potem dość makabryczna opowieść o przeszczepianiu głów pawianom (pożyły tydzień i zdechły). Okropność.

A na koniec numeru… praca dyplomowa. Nie wiem, czy magisterska, czy doktorska. O projekcie stacji orbitalnej. Do konsultacji zatrudniono wybitnego naukowca i znawcę tematyki Stanisława Lema… Nie, zaraz, coś nie tak – przecież Lem z wykształcenia był lekarzem? W każdym razie nie wiedzieć czemu pracę konsultował właśnie Lem.

Ogólnie, chociaż w numerze tylko trzy opowiadania nadają się do czytania, a resztę należy sobie darować, nie żałuję zakupu. Kir Bułyczow daje radę 😀

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.