Linkownia pięćdziesiąta szósta

Kolejny piąteczek, kolejny zbiór odnośników, na które ostatnio trafiłem. Zaczyna się nowy rok akademicki, więc niestety nie będę miał teraz zbyt dużo wolnego czasu, zwłaszcza, że dużą część tego czasu pochłaniać będzie moje literackie hobby. Tak więc piątkowe linkowniki znowu mogą przestać się pojawiać.

Zacznijmy optymistycznie, od naćpanych delfinów. Istnieje sobie taka rybka, nadymka, która zagrożona wydziela śmiertelnie niebezpieczną neurotoksynę. No, ale jak dobrze wiedzą niektórzy Polacy, co nas nie zabije, to może nas doprowadzić do haju. Na sieci można znaleźć piękny film, w którym młode delfiny łapią nadymkę, trzymają ją w pysku, pożują trochę i rzucają kolegom ze stada, jakby podawały jointa. Dla porządku: to gang samczyków.

No cóż, nie od dzisiaj wiadomo, że to, czy coś jest narkotykiem, lekiem czy trucizną, zależy od dawki. No właśnie – a co ze śmiertelną dawką wody? To znaczy: ile trzeba wypić wody, żeby umrzeć? No cóż, trudno powiedzieć dokładnie, ale wiadomo, że nerki człowieka potrafią pomóc w pozbyciu się około litra na godzinę. Jeżeli więc będzie pić więcej niż litra na godzinę przez dłuższy czas, grozi wam hiponatremia: obniżenie poziomu sodu we krwi. Pierwsze objawy to zaburzenia koncentracji i równowagi, bóle głowy, nudności, a potem wymioty, zaburzenia świadomości, drgawki, śpiączka, śmierć. Zasadniczo gdzie indziej na sieci można znaleźć informacje, że sześć litrów wody wypite w zbyt krótkim czasie zabija.

Czy Tajwan potrafiłby się obronić przed chińską inwazją? Teoretycznie, wszystko działa na jego korzyść: potężny sojusznik, trudny teren. Każdy też wie, jak Taiwan powinien się przygotować: zainwestować w obronę, fortyfikacje, a przede wszystkim w armię potrafiącą prowadzić działania partyzanckie. A tymczasem… a tymczasem Tajwan inwestuje kupę kasy w prestiżowe, ale bezużyteczne do tego rodzaju walki czołgi Abrams, równocześnie zmuszając żołnierzy, by uzupełniali rezerwy sprzętu z własnej kieszeni (co spowodowało co najmniej jedno samobójstwo). Politycy chcieli zmniejszyć armię, generałowie się zgodzili, cięcia poszły w logistyce – i teraz nie ma kto wspierać jednostek bojowych… Armia jest źle szkolona, a rekruci, nawet ci entuzjastycznie nastawieni do idei niezależności Tajwanu, po zakończeniu służby tracą nadzieję na sukces obrony. Ludzie poprzednio przekonani o tym, że Tajwan z łatwością się obroni przed Chinami – obecnie są znacznie większymi pesymistami.

Wciąż Chiny. Co decyduje o sukcesie? Majątek zgromadzony przez rodziców, przez co dzieci biednych mają mniejsze szanse na rozwój niż dzieci bogatych? A może bogaci są bogaci, bo kultywują cechy pomagające w zdobyciu bogactwa? Nieetycznie byłoby przeprowadzić odpowiedni eksperyment, na szczęście od czego mamy komunistów w Chinach. Podczas rewolucji kulturowej bogatych wieśniaków i wrednych burżujów mordowano, bito, skazywano na zsyłki i tak dalej. Wyrównano w ten sposób bogactwo (wszyscy byli biedni). Następnie dzieci bogatych wieśniaków i wrednych burżujów miały utrudnienia w dostaniu się na uniwersytety (obowiązywał system punktów za pochodzenie i ostro dyskryminowano osoby z niewłaściwych klas). Efekt? Wnuki wywłaszczonych chłopów i wrednych burżujów, których pozbawiono całego majątku; dzieci rodziców, którzy nie mogli iść na uniwersytety… zarabiają średnio 16% więcej niż wnuki tych Chińczyków, którzy nie należeli do warstwy kułaków. Najwidoczniej bogaci przekazują dzieciom coś więcej, niż tylko majątek (w co wątpić mogą tylko lewicowcy).

To było dość ponure, więc może teraz coś jeszcze bardziej depresyjnego, ale na szczęście nie dotyczącego prawdziwego świata. Jako dziecko uwielbiałem grać w Cywilizację. Właściwie, niemal każdy mój kolega w nią grał. Powstaje pytanie: a ile trwała najdłuższa rozgrywka? Odpowiedź: dwanaście lat (w linku pisze dziesięć, ale facet grał dalej jeszcze co najmniej dwa lata). Oczywiście, nie bez przerwy. Mężczyzna o pseudonimie Lycerius wracał do Cywilizacji II, kiedy miał wolny czas. Efekt? Świat pogrążony w wiecznej wojnie. Trzy potęgi: Amerykanie, Celtowie i Wikingowie obrzucają się bombami atomowymi. Capy polarne stopniały dwadzieścia razy, zalewając niziny. Zostały radioaktywne pustynie, bagna, nie nadające się do uprawy góry. Cała produkcja idzie na zbrojenia, tworzenie jednostek ginących dziesiątkami w każdej turze. Oto ostatni wpis Lyceriusa, który znalazłe:

The year is 4320 AD. The world is a nightmare of suffering and devastation. War continues to rage across the globe as well as at home. The indiscriminate onslaught of the hated Viking foe continues unabated as does the now tentative alliance with the Americans who themselves have lost territory to the Vikings in their northern region. The Sioux remain, desperately clinging to existence on the few disparate islands they inhabit, hoping to go unnoticed between the conflicts and machinations of the superpowers. Fallout still plagues large swaths of the planet’s surface while the inundation of whats left has not receded. Sea level continues to rise and farming continues to be almost impossible. People of all nations starve and cities slip into ruin as hunger slowly strangles them into nothingness. Or if they’re particularly lucky, sometimes an ICBM will deliver it’s payload to their crumbling homes and save them from an otherwise slow and terrible death with it’s intense but brief light and heat.

Wieczna wojna. Kilku graczy podjęło wyzwanie, by ją zakończyć. Pierwszy dał radę w ciągu 58 lat w grze. Drugi w ciągu ćwierćwiecza. Strategia? Dość z próbami osuszania bagien czy budowania czegokolwiek dla cywili. Ha! Kusi, by podjąć wyzwanie, co? 😀

Dość już depresyjnych tematów. Przejdźmy do kotów. W pewnym belgijskim mieście Towarzystwo Kociarzy (nazwa nieco inna, ale Kociarze brzmią lepiej) zaczęło szkolić koty, by dostarczały listy. Pierwsze efekty były dość obiecujące: koty wypuszczone poza miastem z przymocowanymi przesyłkami w końcu, po jakimś czasie wracały do domu – w ciągu od pięciu do dwudziestu czterech godzin. Niestety, na tym się skończyło. Nie wiedzieć dlaczego poczta wolała polegać na innych, szybszych i bardziej przewidywalnych metodach przenoszenia listów.

Zwykle lewica nie lubi badań inteligencji, zwłaszcza, gdy dowodzą, że inteligencja zależy od czynników dziedzicznych. Pewien autor argumentuje, że to niesłuszne. Inteligencja jest takim samym przywilejem, jak bogactwo rodziców, czy arystokratyczny tytuł, argumentuje autor, Freddie DeBoer. Autor twierdzi dalej, że należy stworzyć system, który zadba o to, by inteligentni nie wykorzystywali nieuczciwie nabytego przywileju. To znaczy: niech inteligentni pracują ciężko i tworzą bogactwo! A potem rząd nałoży na mądrych podatki i rozdystrybuuje bogactwo między wszystkich, także tych głupich. Ech, lewica…

Co zrobić, gdy jesteś burmistrzem małego miasteczka, którego nie odwiedzają turyści? Hm, a czy twoje miasteczko nie ma strony w wikipedii albo stronę ma, ale szkieletową? Jeżeli na te pytania odpowiedź brzi tak, to oczywistą sprawą jest stronę stworzyć (ew. rozbudować), napisać tam o ciekawostkach związanych z miasteczkiem, palnąć parę zdjęć i czekać na efekt: zgodnie z badaniami fińskich badaczy o nazwiskach Hinnosaar, Olga Slivko i Kummer wikipedia ma znaczenie. Rozbudowa strony o miasteczkach wpływa pozytywnie na liczbę turystów i przekłada się na dziesiątki tysięcy dolarów dodatkowego dochodu.

Czytaliście o efekcie Dunninga-Kruegera? Wielu uważa, że efekt D-K polega na tym, że głupi nie wiedzą, że są głupi i uważają się za mądrych. To nie do końca tak. Głupi po prostu nie są w stanie ocenić, jak bardzo są głupi. Miało to wynikać z tego, że głupim brać inteligencji wystarczającej do oceny, jak bardzo są tępi. Tymczasem dwójka naukowców (w tym jeden Polak) napisało, że cały efekt może być artefaktem dwóch znanych zjawisk. Po pierwsze, w statystyce wiadomo, że jeżeli dwie cechy są niedokładnie skorelowane, to występuje zjawisko regresji do średniej. Jeżeli więc mamy cechy o nazwach “rzeczywista inteligencja” oraz “inteligencja oceniona subiektywnie”, to cechy te oczywiście nie są skorelowane perfekcyjnie, a to wystarcza, by oczekiwać, że  wystąpi zjawisko regresji do średniej: to znaczy, że osoby o inteligencji odstającej od średniej (obojętnie w którą stronę) będą ją niedoszacowywać lub przeszacowywać, tak, by wynik był bliżej średniej; a błąd w ocenie będzie tym większy, im inteligencja jest dalej od średniej. Drugie zjawisko polega na tym, że wszyscy uważają się za ponadprzeciętnie inteligentnych, co wpływa na szacunki własnej inteligencji u wszystkich, ale bardziej u tych nieco głupszych.

To teraz będzie o szeroko raportowanych badaniach, które okazuje się, że nie do końca muszą być prawdziwe. Huragany mogą dostać imiona żeńskie, lub męskie. Gdy nadchodzi huragan, trzeba się do niego przygotować. Kiedyś czytałem, że z powodu patriarchalnego społeczeństwa, ludzie traktują mniej poważnie huragany o żeńskich nazwach, przez co wyrządzają one więcej szkody. Czyli: stereotypy o mężczyznach i kobietach powodują setki śmiertelnych ofiar, bo ludzie słysząc, że nadchodzi huragan Katrina, lekceważą zagrożenie – bo gdyby nazwać huragan Janusz, to by traktowali go serio. No i co? I pstro. Cały wic polega na tym, że po pierwsze: przed 1979 huragany otrzymywały tylko żeńskie imiona, co powoduje, że żeńskich huraganów jest więcej, a więc jest większe prawdopodobieństwo, że szczególni grożny huragan otrzyma imię właśnie żeńskie. Po drugie, efekt znika po usunięciu czterech najgroźniejszych huraganów, a nawet po usunięciu jednego z nich. Na koniec, w starszych huraganach ginęło więcej ludzi. Autorzy oryginalnego artykułu się bronią, na przykład twierdząc, że oni oceniali nie binarnie żeńskie-męskie nazwy, ale jak bardzo żeńska (wzgl. męska) wydawała się nazwa. Sprawa więc pozostaje wątpliwa, chociaż osobiście mnie przekonują argumenty sceptyków.

Uff, to już koniec. Został tylko jeden link: chcecie wiedzieć, jak wygląda pięć megabajtów zapisanych na kartach dziurkowanych? A tak (źródło):

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.