Fantastyk Dawnych Czar – Numer 3 (6) 1983

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Jak wszyscy wiedzą, zasadniczo jestem zatwardziałym konserwatystą i trudno mnie podejrzewać o jakieś feministyczne sympatie. Muszę jednak przyznać, że lata spędzone na dyskusjach z feministkami zostawiły na mnie pewien ślad – w tym wypadku objawiło się w ten sposób, że pierwszym moim uczuciem na widok tego numeru był niesmak. No bo patrzcie: numer marcowy, a więc poświęcony kobietom. Kobiety autorki i bohaterki! A na okładce co? Goła baba.

Absolutnie nie mam nic przeciwko gołym babom (na okładce czy na żywo). Skoro kobiety mogą czytać harlekiny z gołymi torsami, dlaczego by faceci nie mieliby od czasu do czasu nurkować w eskapistyczną prozę, ilustrowaną gołymi piersiami? Nie w samej więc babie problem, ale w połączeniu tej gołej baby z deklarowaną “kobiecością” numeru. Z miejsca ta okładka ustawia kobietę – bohaterkę w fantastyce w funkcji rekwizytu w numerze, przypominam po raz trzeci, niby poświęconego kobietom. Ktoś się nie popisał wrażliwością. Patrzę w stopkę redakcyjną: aha, no tak. Wiem, że brzmię teraz jak jedna z moich koleżanek (ta z partii Razem albo ta lubiąca kotlety), ale naprawdę… widać tutaj, że przydałoby się kobiece spojrzenie.

No cóż, takie czasy. Lata osiemdziesiąte. Sam numer należy do partii kupionej w wakacje 2020 roku z okazji pandemii koronawirusa, gdy przy okazji uzupełniania biblioteczki o książki trafiło mnie pragnienie, by uzupełnić także kolekcję moich starych Fantastyk. W chwili, gdy to piszę, jest to trzeci najstarszy posiadany przeze mnie numer, starsze są tylko numer drugi oraz czwarty z 1982. Ponieważ na pewien czas zaprzestałem zakupów, więc pewnie ten stan rzeczy długo się nie zmieni.

Na wewnętrznej stronie okładki wzmianka o jakiejś aferze wywołanej przez Lisę Tuttle. Aż poszukałem. W dużym skrócie: Ed Ferman, redaktor i wydawca, zaoferował George’owi Guthridge’owi, że jeżeli ten wyśle mu fotokopie jego nominowanego do Nebuli opowiadania, Ferman rozdystrybuuje je wśród członków SFWA. Guthridge się zgodził. Gdy później nominowano też opowiadanie Lisy Tuttle, Ferman wysłał do niej tę samą ofertę; z tym, że Lisa mieszkała w WIelkiej Brytanii i koszt przesłania paczki do USA byłby dla niej zbyt drogi. Do tego ponoć chyba niedokładnie zrozumiała ofertę. Uniosła się świętym gniewem, że wydawca chce wpływać na wyniki głosowania i zażądała wycofania jej dzieła z grona nominowanych, ale było już za późno, zawiadomienia rozesłano, głosy już oddano. Napisała więc gniewny list potępiający te praktyki. Ostatecznie wygrała z Guthridgem, ale o włos. Czy było nie fair, bo opowiadanie Guthridge’a było rozesłane między głosujących, a jej nie? A może było nie fair, bo pełen oburzenia list Lisy mógł wpłynąć na głosujących? Nie wiadomo. Tak czy inaczej, Lisa Tuttle w proteście odmówiła przyjęcia nagrody. SFWA zareagowało tak, jak by sprawy nie było – ktoś inny przyjął Nebulę w jej imieniu.

Sam Guthridge z powodu kontrowersji zrezygnował z pisania sf. Swoją drogą, to kolejny autor sf, o którym dowiaduję się, pracował jako nauczyciel. Dziw. Na górnika z zawodu jeszcze nie trafiłem, a nauczycieli jak psów…

We wstępniaku Hollanek opisuje opowiadania z numeru i, ogólnie rzecz biorąc, przynudza. Nie mam pojęcia, o co mu chodziło. Nie podobają mu się kobiece dziełka? Nie podoba mu się może, że w fantastyka często jest przygnębiająca i ponura, zamiast radosna? Nie wiem.

Rzadko się zdarza w Fantastyce widzieć ilustracje nie tylko realistyczne, ale jeszcze dopasowane do treści opowiadania. Tutaj mamy jedno i drugie, ale paradoksalnie – nie jestem zadowolony. Dlaczego? Bo jeszcze przed przeczytaniem pierwszego akapitu już wiedziałem, o czym będzie. Shambleau, Ilustracja Ryszard Wojtyński

Na początek kobiecego numeru redakcja serwuje nam ramotkę Catherine L. Moore. Czytając ją miałem przemożne wrażenie, że to jest taki fanfik oparty na twórczości Roberta E. Howarda. Ot, takie przygody Solomona Kane’a, tyle, że przeniesione pół millenium w przyszłość. Już po lekturze zerknąłem na sieć (w notce bibliograficznej nie ma podanej daty pierwszej publikacji) i od razu zrozumiałem, skąd moje wrażenie: Shambleau pochodzi z roku… Tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego. Tak! Kobiecy numer otwiera opowiadanie autorki sprzed półwiecza! Nie było niczego nowszego? Redakcja miała problem z dewizami, by kupić nowsze rzeczy? Nie mam pojęcia.

Wbrew pozorom ta ilustracja także pasuje do treści Shambleau. Zygmunt Stanisław Nasiółkowski

Właściwie, bardziej nawet Northwest i jego przygoda przypomina Steve’a Clarneya (z Płomienia Assurbanipala). Całość jest strasznie howardowska; a może, po prostu, cała literatura z tamtego okresu taka była? Mamy pradawną istotę. Mamy poszukiwacza przygód, włóczącego się po świecie, goniącego za okazjami. A na koniec: odniesienia do greckich mitów oraz przyjaciel z innej rasy (U Howarda Clarney miał przyjaciela Araba – tutaj Northwesta ratuje Wenusjanin).

Jest to opowiadanie napisane przez kobietę, ale jednak mało kobiece; płeć żeńska reprezentuje tytułowe Shambleau, femme fatale, groźna, pociągająca, niby bezbronna, ale śmiertelnie niebezpieczna.

I znowu Wojtyński. Ładne, nawet chyba trochę za ładne. Shambleau powinna być bardziej zwierzęca, prawda?

Ogólnie, rzecz mi się niezbyt podobała. Jak zwykle z zagranicznymi autorami nie wiem, czy to wina tłumaczenia (Markowski), czy samej autorki. Mamy sporo niezgrabności. Bohater widzi kobietę – “to była dziewczyna lub młoda kobieta”, napisane jest wyraźnie. A w następnym akapicie mamy:

Smith nie widział jej twarzy, ale po sylwetce sądząc to była kobieta.

Niezgrabność, prawda? Po co powtarzać informację? Dalej mamy, że drgnęła w Northweście “struna wibrująca w charakterze każdego Ziemianina – litość dla ciemiężonego”. Z tym, że tłum ścigający kobietę prowadzi też Ziemianin, o czy dowiadujemy się w następnym akapicie. Do tego mamy:

Lepiej nie wspominać o tym, co było celem jest wizyty w tym mieście. Każdy żyje tak, jak potrafi, a sposób życia Smitha polegał na ciągłym balansowaniu na granicy prawa i, z konieczności, na częstym jej przekraczaniu. Wystarczy wspomnieć, że obecnie interesował go najbardziej teren kosmoportu, na którym składowano towary gotowe do wysyłki. Warto również wspomnieć, że czekał na przyjaciela o imieniu Yarol i przydomku Wenusjańczyk, który był posiadaczem najszybszego w tym rejonie stateczku, mogącego z łatwością ośmieszyć dowolny statek Straży.

Yarol jest więc Wenusjańczykiem (jak określa się go później, jako “młodego Wenusjańczyka”), czy to tylko jego przydomek? Lepiej nie wspominać, ale wystarczy wspomnieć i warto również wspomnieć. Ech, i tego typu niezgrabności w tekście jest dużo więcej.

NO, powiedzmy. Niech będzie, że ilustracja Marka Zalejskiego jakoś tam pasuje do Kassandry

Po ramotce z czasów przed drugą wojną światową, rzecz nieco świeższa – to znaczy, z perspektywy numeru niemalże nowość, bo pochodząca z 1978. Kasandra Caroline Janice Cherryh. Autorka dostała za nie w 1979 nagrodę Hugo. Ciekawostka numer jeden: “h” dodała do nazwiska na potrzeby kariery pisarskiej, bo wydawca, Donald Wollheim, powiedział jej, że “Cherry” brzmi jak nazwisko autorki romansów. Do tego podpisywała się samymi inicjałami, by ukryć, że jest kobietą. Ciekawostka numer dwa: kolejna nauczycielka. Guthridge, Simmons nauczyciel, Przechrzta nauczyciel, Cherry nauczycielka… Przypadek? Nie sądzę.

Tytuł od razu zdradza, o czym opowiadanie jest. Przypomina mi trochę ogólnym wydźwiękiem i tematyką List do Clearysów Connie Willis (Fantastyka 7 (22) 1984), a jeszcze bardziej inne opowiadanie, Obiad w »Chez Etienne« Nancy Etchemandy z Fantastyki 7 (82) 1989. Bardzo pesymistyczne, ale w taki spokojny, zrezygnowany sposób. Nie jest to wielkie arcydzieło i nie wiem, czy bym głosował za przyznaniem Kasandrze nagrody Hugo, ale rzecz jest na pewno lepsza od ramotki Moore.

Dwie kobiet to już było za dużo dla męskiej redakcji, więc dla oddechu wstawili Człowieka z pustą kaburą Michaiła Puchowa. Ot, taki sobie tekst o niczym. Ładnie napisane, o wiele ładniej niż poprzednie. Zwłaszcza zdanie o niebu pełnym gwiazd:

To nie niebo, a zastygły nieruchomo fajerwerk.

Wchodzi gładko, płaska i od połowy przewidywalna puenta, jednym słowem – produkcyjniak. Może być, ale nic ciekawego.

Stanisław Dobiasz, ilustracja do Alabastrowego ogrodu. Ciekawa, bo pierwsze skojarzenia miałem zaraz z tą meksykańską malarką, Fridą, czyli takie trochę hiszpańskie, trochę południoamerykańskie – a tutaj autorka Hiszpanka. Można więc rzec, że autor grafiki trafił.

W Fantastyce rzadko trafia się proza hiszpańskojęzycznych autorów. Pamiętam Angelicę Gorodischer ze znakomitym Zalążki fioletu z numeru 4 (19) 1984. Patrząc więc na Alabastrowy ogród Teresy Inglés Miałem więc nadzieję na coś równie dobrego. Tymczasem… otrzymałem poprawne opowiadanie, sprawnie napisane, ale jednak któremu daleko do Gorodischer. Próbuję wymyślić, co jeszcze mógłbym dodać bez zdradzania fabuły i nie potrafię. Zbyt obojętnym pozostawiła mnie ta rzecz.

Nie ma jak zilustrować artykuł, którego autorka niepochlebnie pisze o okładkach z gołymi babami… Przy pomocy gołej baby.

W eseju “Księżniczki i emancypantki” Susan Wood pisze o kobietach w fantastyce. Zaczyna od potępienia seksistowskich lat trzydziestych, gdzie kobiety, o ile w ogóle występowały, służyły do tego, by było komu tłumaczyć zawiłości techniki i ewentualnie pocałować. Opisuje zmiany w postrzeganiu kobiet oraz rolę pisarek w wprowadzaniu tych zmian. Wspomina o korzystaniu
z archetypów, oraz próbach przełamaniu stereotypów – przy czym niesmak budzą w niej kobiety zachowujące się jak mężczyźni. Ogólnie – część ze zdań w tym eseju niektórzy krytycy powtarzają także dzisiaj, cztery dekady później. Widać jednak dzięki temu, jak bardzo fantastyka się zmieniła i jak wydumane bywają teraz czasami problemy podnoszone przez krytyków w porównaniu
z latami, gdy naprawdę kobieta w SF co najwyżej mogła być panią nowoczesnej kuchni.

Poniekąd odpowiedzią, czy też uzupełnieniem artykułu Susan Wood jest tekst Andrzeja Niewiadowskiego. Twierdzi on, że kobiety w rodzimej SF były mniej schematyczne niż na zachodzie, bo dzięki nim wlewały się do fantastyki emocje. Do tego były symbolem Polki: matki, siostry i żony. No, mnie nie przekonał. Ciekawe, że pisze, że polska fantastyka ma opinię pruderyjnej i programowo antyfeministycznej – przypominam, rok publikacji tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty drugi.

Houston, Houston… Tu przynajmniej gołej baby nie ma.
We wkładce: kobieta publikująca pod męskim nazwiskiem, Alice Sheldon czyli James Tiptree, Jr. Przeczytałem dość dawno – rzecz o mężczyznach powracających z dalekiej wyprawy na Ziemię. Ziemię, na której przeżyły tylko kobiety, a dokładniej, klony kobiet, kilka ich typów. Kobiety mają się bez mężczyzn świetnie i w ogóle ich nie potrzebują. Traktują też ich naprawdę… paskudnie. Z przeraźliwie realistycznym, niezaangażowanym okrucieństwem. W mężczyznach nie ma nic dobrego. Że każdy normalny człowiek pod wpływem narkotyku ujawnia nieciekawą stronę osobowości? Nieprawda, pisze pani Sheldon. “Ależ nikt o niczym takim nie marzy”

Ale nie myśleliście chyba na poważnie, że obejdzie się bez roznegliżowanej kobitki na okładce?

Pisarka ma zadziwiająco negatywny pogląd na mężczyzn i wyjątkowo idealizuje własną płeć. Nie chodzi o to, że mężczyźni nie są brutalni, bo są. Większość przestępstw popełniają młodzi mężczyźni, w każdym kraju. Tyle, że kobiety też bywają brutalne, tylko, że często inaczej. Utopijna wizja, w której okres walki się zakończył i nie ma miejsca dla “ludzi z waszymi problemami emocjonalnymi” jest strasznie naiwna. Pytanie, czy autorka świadomie to przerysowała, by wywołać określoną reakcję – to uprawniony chwyt, często stosowany w fantastyce – czy też naprawdę w to wierzyła?

Ilustracja Waldemar Wroński. Z grubsza pasująca do treści – niesamowite.

Połowa numeru za nami. Czas na dział prozy polskiej. Otwiera go Emma Popik, tutaj występująca pod pseudonimem Emma “Popiss”. Mistrz to debiut całkiem udany (i chyba już go gdzieś czytałem, w jakimś zbiorku). Władca o sandale uwięzionym w magnetycznym węzidle, głodzony, bo tak każe obyczaj, niepewny losu – władca z przerażeniem nasłuchujący, czy nadchodzą już buntownicy, by go zrzucić (dosłownie) z tronu – ten obraz robi wrażenie. Przypomina mi to nieco jedno stare opowiadanie Goldinga o pierwszym faraonie. Do tego te paznokcie wyrwane, gdy jeszcze był niemowlęciem, by uniknąć tortur po przewrocie – niekoniecznie sensowne i gdzieś to czytałem, ale robi wrażenie. I jeszcze chodzący nago uczeni: nago, by nikt nie mógł podważać ich pamięci i wiedzy. Ogólnie, mocna rzecz – pod względem pomysłu oraz klimatu.

Ale nie formy.

Nie da się ukryć, że debiutowi zabrakło trochę redakcji. Pani Popik lubi zdania w formie “X i Y”, lubi zaimki i skomplikowane zdania. Weźmy sam początek:

Miał dziewięć lat i był genialny. Podprowadzono go pod tron władcy i pozostawiono samego. Uczynił to jego nauczyciel, który teraz wycofywał się tyłem i tajemnie ocierał oczy. Chłopiec nie wierzył, by jego nauczyciel umyślnie go tu przyprowadził wiedząc, co może się stać. Nie wierzył również w czekającą go śmierć, ufał w zwycięstwo prawdy, którą znał. Ale nauczyciel nie wracał, a chłopiec nie wiedział, do kogo należał krzyk.

Jestem ostatnio mocno wyczulony na takie rzeczy, bo sam cierpię na podobne wady stylu i bez przerwy z nimi walczę. Za dużo zaimków. Za dużo “który”. Strona bierna (“podprowadzono go”) oraz enigmatyczne zdania, nieco wytrącające czytelnika z rytmu (“a chłopiec nie wiedział, do kogo należał krzyk”). Dalej: “przyprowadził”-“podprowadził” (bliskie brzmienie). Na koniec: jednostajne zdania, wszystkie długie. Dalej: gubi się podmiot. Czy chłopiec nie wierzył we własną śmierć, czy nauczyciela?

Czy dałoby się z tym coś zrobić? Hm…

Miał dziewięć lat i był genialny.

Stał pod tronem władcy, nieulękły, nieruchomy, pełen wiary. Kilka chwil wcześniej przyprowadził go nauczyciel, tylko po to, by się zaraz tyłem wycofać. Chłopiec dostrzegł wtedy, jak tamten ociera ukradkiem oczy; chociaż może tylko mu się zdawało. Ostatecznie, dlaczego tamten miałby płakać? Przecież nie nad chłopcem. Prawda zawsze zwycięża, a chłopiec przybył tu jako jej orędownik. Więc może nauczyciel lękał się śmierci, która rzekomo miała go czekać? Nie, przecież gdyby naprawdę wierzył, że taki spotka go koniec, nigdy by tu nie przyszedł z własnej woli.

Chociaż…

Właśnie. Z własnej woli. Może nauczyciela ktoś zmusił? Chłopiec wciąż ufał w moc prawdy i wciąż nie wierzył, by nauczyciel miał zginąć – ale słyszał jakiś krzyk, a nauczyciel nie wracał.

Hmm… Za dużo powtórzeń “chłopiec” i “nauczyciel”. Ciężko powiedzieć, czy moja wersja jest lepsza. Ale z pewnością oryginał pani Popik powinien zostać porządnie przeredagowany. Moim skromnym zdaniem.

Zalejski. Niby wszystko z opowiadania jest. A jednak okropność.

Po pani Popik, pan Wolski. Obecnie wiadomo z czego znany, dawniej kiedyś niezły prozaik. Ponieważ telewizji nie oglądam, znam tylko jego stare wcielenie. Jego Agent Dołu – mniam. Chociaż z drugiej strony, czytane tak dawno temu, teraz może bym inaczej tamtą powieść odebrał. Tak czy inaczej, o ile panią Popik znałem z róznej jakości opowiadań (które przyznam, podobały mi się średnio albo wcale), to do pana Wolskiego podszedłem z oczekiwaniami znacznie większymi. I faktycznie, warsztatowo Wolski stoi wyżej, chociaż niektóre jego maniery mogą nieco drażnić i początkowo budzą skojarzenie raczej z amatorszczyzną, zanim człowiek zrozumie, że to celowy zabieg stylistyczny: w rodzaju podawania dla każdej postaci wieku i zawodu w nawiasie (na przykład: Tobiasz, 8 lat, buldog francuski). Do tego wzięty wprost z amerykańskich filmów sztafaż, czyli jak człowiek z PRLu wyobraża sobie mieszkanie w USA.

Całość: meh. To już jednak wolę niedopracowane, za to klimatyczne opowiadanie Popik. Stalker o magicznych mocach oraz kobieta, której to się podoba. Mało fantastyczne i mało ciekawe.

Na kolejnych stronach recenzje Lema, Aldissa i Żwikiewicza – akurat przypadkiem dwóch recenzowanych powieści Lema właśnie nie znam, chociaż mam je w biblioteczce. Przewracam kartkę i widzę fragment powieści Czesława Chruszczewskiego, wybitnie zniechęcający do tego pisarza. Mam jego Fenomenon Kosmosu, wyróżniający się najbardziej seksistowskim i mizoginistycznym wstępem w całej polskiej SF (uwierzcie: ja naprawdę nie rzucam takich oskarżeń na wiatr). Później jest sporo paranauki: jak dla mnie, same bzdury i dziw, że w Fantastyce to z powagą publikowano (kosmici przebywający w przeszłości na Ziemi oraz zjawisko “zdalnego widzenia”). Nieco ciekawostek, z czego najweselsza to o diamentowym deszczu na Neptunie. Wreszcie, listy od czytelników: lądowanie drugie – w późniejszych numerach “lądowania” raczej wędrowały na początek pisma, a tutaj jest prawie na końcu.

Funky Koval!

Numer kończy (powiedziałbym nawet: wieńczy) niezawodny Funky, którego próbują wrobić w zabójstwo senatora. Jak zwykle ostra jak żyleta, piękna i charakterystyczna kreska Polcha.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.