Fantastyk Dawnych Czar – Numer 2 (2) 1982

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Dawno już nie uzupełniałem kolekcji starych Fantastyk. Przy okazji kupowania zupełnie czegoś innego (czego efektem były recenzje Hyperiona Dana Simmonsa, Wspomnij Phlebasa Iaina Banksa oraz Wydziedziczonych z Okiem Czapli Le Guin) wpadło mi do głowy, by sprawdzić, po ile teraz Fantastyki chodzą. No więc sprawdziłem… zobaczyłem właśnie numer drugi (DRUGI!) za rozsądną cenę i uznałem – właściwie, czemu nie. Kosztowało mnie to złotych pięć i groszy pięćdziesiąt.

To znaczy, to nie do końca prawda. Owszem, ten jeden numer faktycznie wyniósł pięć pięćdziesiąt. Ale przecież, skoro kupiłem jedną rzecz, to bez sensu płacić za przesyłkę tylko tej jednej rzeczy, prawda? Zerknąłem, co tam jeszcze sprzedawca ma, dodałem do koszyka tutaj coś, tam coś i ostatecznie razem z dostawą całość wyniosła mnie 63,91 za szesnaście Fantastyk.

 

A szesnaście nowozakupionych Fantastyk wygląda tak.

No cóż. Jak się lubi dotyk starego papieru i jak się kocha mieć i móc egzemplarze oglądać, układać i tak dalej – jak się ma duszę paszczakowego posiadacza – wtedy nie ma wyboru. Trzeba kupować. A z tego zakupu jestem zadowolony muchos multos ultra bardzos, bo poprzednio mój najwcześniejszy egzemplarz ozdobiony był cyfrą cztery. A zanim zacząłem uzupełniać zbiory, to moja kolekcja zaczynała się od czternastki, kupionej mi dawno dawno temu przez rodziców.

Zaczyna się od wstępniaka Hollanka. Rednacz z grubej rury wali wyznaniem, że nie lubi fantastyki w rodzaju opublikowanego nieco dalej opowiadania Ziemiańskiego. Oprócz tego – wyjątkowo mało narzekania, chociaż pojawia się nieco lekceważąca uwaga o szmirowatych potworach z kosmosu i naiwnej fantasy. Wstępniak też jakby słabszy językowo i bardziej niezgrabny, niż te późniejsze.

 

Ręka, noga, mózg na ścianie… To znaczy, metafora. Mózg. Nauka. Księga. Symbol!! (R. Wojtyński)

Dział fantastyki zagranicznej otwiera Isaac Asimov opowiadaniem, z którego potem zrodził się cykl o Fundacji, zatytułowanym… “Fundacja”. Opowiadanie opublikowane po raz pierwszy w maju 1942 w Astounding Stories. Później nosiło tytuł “Encyklopedyści”. Facet miał wtedy dwadzieścia jeden lat! Zaczęło się od tego, że Asimov miał umówione spotkanie z Campbellem, redaktorem naczelnym Astounding Stories. Miał mu streścić pomysł na opowiadanie. Tyle, że nie miał pomysłu… więc zaczął kartkować historię upadku imperium rzymskiego i wówczas wpadł na pomysł napisania historii upadku galaktycznego imperium.

Cykl przeczytałem jako dziecko i nastolatek, ale pierwsza część zawsze podobała mi się najbardziej. Pierwsze opowiadanie pamiętałem najsłabiej i szczerze, początkowo byłem przekonany, że pewnie go nie czytałem, że może był wydrukowany osobno. Ale nie. Miło sobie odświeżyć taką ramotkę.

Kiepskie jest to, że tłumaczka zachowała angielski sposób oznaczania dialogów, cudzysłowami – zamiast polskich pauz dialogowych. Co ciekawe, opowiadanie kończy się cliffhangerem, czyli urywa się tak, jakby ktoś zgubił ostatnią stronę maszynopisu. Asimov wspomina, że to był celowy zabieg z jego strony. Chciał zmusić Campbella, by kupił w ciemno od razu drugie opowiadanie osadzone w tym świecie. A teraz, uwaga – przypominam, to numer drugi z roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego. Pierwsze oficjalne polskie wydanie Fundacji to rok, uwaga, tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy. Czujecie to? Ktoś, kto nie miał dostępu do klubówek czy nie znał angielskiego, na rozwiązanie musiał czekać pięć lat!

Co za sadyzm redaktorów 😀

Wiktor Sadowski i ilustracja do Ucznia Domokrążcy

Drugie opowiadanie zagraniczne to Uczeń domokrążcy małżeństwa Joan i Vernona Vinge’ów. Niby fantasy, ale to tylko pozór. Sam początek już zresztą to zdradza, bo chociaż mamy typową dla fantasy sytuację: oto dziedzina lorda Buckry’ego staje wobec zagrożenia, najazdu barbarzyńców, chociaż synowie lorda pojedynkują się na drewniane miecze, to zaraz widzimy gońca z karabinem. Karabin – cóż, jeszcze by uszedł. Mógłby to być wszak muszkiet, prawda? Ale dalej są wyrzutnie pocisków balistycznych. Po czym… wracamy do stylistyki fantasy: lord Buckry rzuca w przestrzeń Gdzie twoje czary, gdy ich potrzebuję?

A potem mamy znowu typowe fantasy. Zbójów, w których przywódcy oczywiście od razu rozpoznajemy przyszłego lorda, oraz magię i czary. Z tym, że to wszystko tylko pozór. To żadne fantasy. To klasyczne SF, przebrane dla niepoznaki.

 

Niby coś jakby egipskiego, niby obeliski, czaszki, a jednak penis. To znaczy, niby nie penis – ale jednak penis. No nie? Ilustracja Wiktor Sadowki

Ciekawe jest to, że można znaleźć pewne podobieństwa między tym opowiadaniem a tym poprzednim, Asimova. Mamy więc ludzkość pogrążoną w stagnacji i mamy grupę ludzi próbujących kierować jej losem.

Przetłumaczone nieco gorzej niż Fundacja Asimova – a może to Vinge’owie po prostu gorzej piszą. Do tego wyłapałem jedną literówkę.

Ogólnie, opowiadanie całkiem mi podeszło, chociaż początek dość mnie zniechęcał i przez pierwszą połowę już układałem w myślach negatywną recenzję. Końcówka nieco rozczarowuje. Rzecz by zyskała, gdyby zostawić samą historię domokrążcy, bez okalających jej prologu i epilogu z lordem Buckrym.

Dalej: wkładka z powieścią. George R.R. Martin. Na Darwina, pisał w 1982 i dalej pisze… Ten facet jest jak angielska królowa Elżbieta 😀 Nie czytałem wkładki, bo kiepsko się czyta w takiej postaci. Oprócz Martina: Strugaccy i ich Żuk w mrowisku (ha, odruchowo napisałem Żul w mrowisku. Jak to o mnie świadczy?). Powieść, którą lubię i która trochę na mnie wpłynęła. W moim Imagu wspominam Strugackich, by napomknąć o jednym z powodów ograniczeń wprowadzanych przez ochronę.

Ilustracja Andrzej Brzezicki. Czy pasuje do treści opowiadania? No niby jest Kester, niby jest Mira ale… Nie, nie pasuje.

Prozę polską otwiera Zakład zamknięty Ziemiańskiego. Tak, tego Ziemiańskiego. Tego od Achai. Czyli co, czyli pewnie spodziewacie się wypruwania flaków i mnóstwa scen seksu, tak? A guzik. Opowiadanie jest bardzo klasyczne, bardzo uładzone i bardzo… zajdlowskie, bym powiedział. Mamy więźniów tworzących zamkniętą społeczność, samych ustalających sobie reguły, samych pilnujących, by nikt z nich tych reguł nie złamał. A na końcu mamy wcale nie tak zaskakujące zakończenie, wyjawiające, kto więźniów pilnuje.

Tutaj nie jestem pewny ani autora, ani do czego to jest ilustracja. Obstawiam Brzezickiego i Zakład zamknięty, ale wuj jeden wie.

Zakończenie jest po zajdlowsku przewidywalne i po zajdlowsku pesymistyczne. Nawet może źle, że się odwołuję do Zajdla właśnie. Raczej bym rzekł, że Ziemiański prezentuje nam tutaj typowego przedstawiciela polskiej socjologicznej fantastyki. Podobną tematykę, o podobnie pesymistycznym wydźwięku – a raczej, przepojoną podobnym duchem – pisali i Wnuk-Lipiński, i Ziemkiewicz, i Oramus. Ktoś mógłby się kłócić, że wcale nie, że każdy z tych autorów pisał o czym innym i inaczej – a jednak, ja widzę tutaj ten sam przemożny wpływ zeitgeistu, sprawiającego, że można całe mnóstwo opowiadań polskich autorów tego okresu zakwalifikować do pewnego specyficznego podgatunku fantastyki.

Ilustracja Wiktor Sadowski: Styk – i chyba nawet ilustracja pasująca!

Po Ziemiańskim opowiadanie Czesława Białczyńskiego. Od razu powiem, ze najlepsze w nim są imiona postaci. Firanek, a nie, pardon, Firank. Ptieex. Lir i Kater. Autor chyba brał pudełko literek od scrabbli, podrzucał i potem wybierał pierwsze, co się ułożyło na podłodze.

Białczyński zdaje się miał wtedy już pozycję jako tako ustaloną w polskiej fantastyce. A jednak jego Styk uznaję za najsłabszą rzecz numeru. Napisany poprawnie, bez fajerwerków. Streszczenie? Obcy nie chcą kontaktu, a ludzi mają w nosie. Koniec. Zakończenie, jak zresztą i całość, pozostawiło mnie obojętnym. Nuda, panie.

Za działem prozy: relacja z wizyty polskich fantastów na konwencie fantastyki europejskiej, Euroconie. Dla mnie nawet ciekawe. Pokazuje, że dużo się aż tak nie zmieniło: obok części oficjalnej, jakieś pokazy filmów, możliwość “zmierzenia się z komputerem w jednej z tysiąca gier”, wystawy książek. Jeden grafik z Włoch godzi się na zapłatę w złotówkach, co relacjonujący kwituje, że pewnie Włochowi nie zależy na pieniądzach. W wywiadzie z Francuzem rzeczy znane i z czasów dzisiejszych. Że wydawcy rzucili się na SF, bo okazało się popularne, zaczęli publikować jak leci i wówczas okazało się, że jakość średnia dzieł spadła, więc czytelnicy rozczarowani powoli odwrócili się od gatunku. Do tego utyskiwanie, że w Polsce SF jest traktowane jako literatura drugorzędna, a we Francji też tak kiedyś było, ale jest już lepiej. I że dużo fantasy, a klasyczne SF traci popularność. No i – że francuskich pisarzy SF nie tłumaczy się za granicą, że we Francji i w Niemczech dominują autorzy anglosascy.

W wywiadzie z Anglosasem Johnem Brunnere pada stwierdzenie o stosunkowo małych nakładach SF na zachodzie. Ledwo dwadzieścia tysięcy egzemplarzy. Ho, ho… Anglosas też rozmawia dość naiwnie: na przykład, że przy sprzedaży pierwszej książki do Polski przyjmie zapłatę w złotówkach, ale jeżeli ta odniesie sukces, to będzie się domagał innych warunków – w domyśle, jak sądzę, dolarów. Do tego klasyczne zdanie, że “dziewięćdziesiąt procent SF to śmiecie, ale to dlatego, że dziewięćdziesiąt procent wszystkiego to śmieci”. No i określenie jakiejś serii powieściowej, że krytycy uznali ją za “komiks bez obrazków”.

Co jeszcze mamy w numerze? Recenzje Kreksu oraz Kroniki Akaszy. Słownik polskich autorów SF. Fragment powieści z 1925 roku, bardzo utopijny obraz Warszawy z przyszłości. NIeco alarmizmu w artykule wieszczącym, że zaraz się skończą zasoby naturalne, na przykład srebra zabraknie już za dziesięć lat – no cóż, minęły prawie cztery dekady, srebro jest. Potem ciekawostki naukowe, mało ciekawe.

A więc to tutaj zaczął się Funky Koval…

Końcówkę numeru zajmuje chyba pierwszy polski komiks fantastyczny, rysowany przez Bogusława Polcha Funky Koval. Pierwszy raz czytałem go wydanego już w postaci kolorowego zeszytu. Oglądanie czarnobiałej wersji budzi uczucia pewnej nostalgii…

No cóż. Na tym pora zakończyć recenzję. Raczej ten numer na długo pozostanie najstarszym z mojej kolekcji, bo numery pierwsze chodzą już na allegro znacznie drożej (obecnie jeden sprzedawca tylko oferuje za, bagatela, dziewięćdziesiąt złotych). Cóż. Lubię kolekcjonować, ale za mało zarabiam, by blisko stówkę wydawać na stare czasopismo.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.