Cierpienia niemłodego Radomira

Męczę się okropnie. Piszę to piekielne fantasy, które chciałbym podesłać do Genius Creations – rozumiecie, jedna powieść powędrowała do IX, więc teraz chcę pokazać drugiemu wydawcy, że mi zależy – poza tym obiecałem mu w rozmowie, że następną powieść poślę do niego, a staram się być słowny. Według oryginalnych planów, właśnie powinienem się zabierać za szlifowanie i poprawki – a tymczasem nie mam nawet połowy całości.

Gdy mam rzecz rozplanowaną (najlepiej moją ulubioną metodą ścinków), gdy mam ciszę i spokój (na przykład siedzę sam w domu, bez rodziny), potrafię nastukać i sześćdziesiąt tysięcy znaków w jeden dzień. Tak więc napisanie powieści przez wakacje wydawało mi się całkiem realistyczne. A tymczasem… Nic. Męczę się. Wychodzą mi straszne nudy.

Co gorsza, nie jestem pewien, czy lubię bohaterów. Poprzednio zawsze miałem postaci, o których lubiłem pisać. W Tęczy za horyzontem taką postacią była Jaśniejka. Nawet teraz lubię wracać do fragmentów, w których występuje – a jedna beta-czytelniczka powiedziała, że Jaśniejka jako postać literacka jest cudowna, chociaż gdybym miała takie coś w domu, to bym zatłukła. W Między brzaskiem a świtem (tytuł roboczy) – lubiłem steranego Wika oraz Tukuletkę. W Pożarze na pustkowiu (tytuł roboczy) – radochę sprawiało mi pisanie o Blonnid oraz przemądrzałym filozofie Menetarrenie. W Międzyświecie (tytuł bardzo, bardzo roboczy) lubiłem Mirianę. A teraz?  Jedną Śmigłaskę darzę sympatią, ale to jest postać najwyżej trzecioplanowa.

Miałem zamiar napisać teraz dla odmiany rzecz czysto rozrywkową, żadnych głębi, drugiego dna, nic poważnego, a tymczasem niechcący zahaczyłem o temat, który mnie chyba przerasta i z którego trudno zrezygnować, bo temat ten jest prostą konsekwencją całej konstrukcji powieści.

Dalej – wpędziłem się w straszną sytuację. Aby zdarzyła się jedna rzecz, musi się zdarzyć druga. Ale jak zdarzy się druga, to bez deus ex machina i podróży w czasie i przestrzeni nie ma prawa dojść do kluczowych scen w powieści.

Jeszcze przyłapałem się, że piszę rozważania na trzy strony o prawnym statusie bohaterki. Plus pięciostronicowe dialogi, w których w połowie nagle dochodzę do wniosku, że postacie nie wiedzą, czego chcą.

Wychodzi mi coś bliższego romansom lubianym przez moją żonę, niż porządne fantasy. Najchętniej rzuciłbym to w diabły i napisał coś innego, ale z doświadczenia wiem, że jak zacznę porzucać jeden rozgrzebany projekt, to będę miał potem tuzin rozgrzebanych projektów i nic dokończonego. Poza tym, nie chcę wychodzić z rytmu, jak przestanę pisać – kto wie, może znowu stracę wenę na trzy miesiące. Tyle, że o jakiej wenie tu mówić…

Mam parę pomysłów na to, jak przerobić postacie, by stały się nieco żywsze. Jednakże czuję, że nawet jeżeli tzw surówkę skończę w tym roku, to i tak będę musiał nad całością pracować bardzo długo, zanim wyjdzie mi coś, co uznam za warte pokazania komukolwiek. W najgorszym razie wrzucę całość do szuflady.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.