“Most nad Otchłanią” Konrad T. Lewandowski (recenzja)

Każdy, kto wystarczająco długo się ociera o polski fandom, musi w końcu trafić na wzmianki o Przewodasie. Wzmianki przeważnie negatywne, że człek rzekomo kłótliwy, złośliwy i nieprzyjemny. Sam nigdy z nim nie rozmawiałem, ale widziałem w internecie dyskusje, w których Przewodas faktycznie rzuca komentarze dość zjadliwe, chociaż w większości nie aż tak, by to usprawiedliwiło zasłyszane (oraz przeczytane) opinie. A więc rzekomo facet trudny, ale zarazem utalentowany – tak powtarzają osoby go znające.  Opinie swoje wygłaszają z prawdziwym żalem – że mógł człowiek zatrząść fantastyką, że mógł mieć pozycję taką, jak Piekara czy Grzędowicz… i zaprzepaścił. Jak zaprzepaścił – tutaj już nabierają wody w usta.

Podczas tego nieco przydługiego wstępu osoby niezaznajomione z fandomem mogą się zastanawiać, kimże jest ów Przewodas. Już śpieszę z wyjaśnieniem: to pseudonim pisarza, żercy (kapłan rodzimowierców) i filozofa, Konrada T. Lewandowskiego. Autor Ksina oraz Noteki.

Do tej pory nie czytałem żadnej jego powieści i tylko jedno opowiadanie: Pacykarz. Że jego autorstwa, nie pamiętałem. Opowiadanie zresztą znakomite, napisane z werwą, prowokujące, zdecydowanie zasługujące na nominację do Zajdla (1995).  Czytając je, nigdy bym nie przypuszczał, że autor może być “radykalny” czy też “nieprzyjemny”.

Postanowiłem więc sprawdzić, czy faktycznie Przewodas był taki utalentowany. Dokładniej rzecz biorąc, kupowałem akurat książki na allegro, przeglądałem, co by tu jeszcze dodać do koszyka i zauważyłem Most nad Otchłanią. Zawahałem się, poszukałem opisu, podrapałem po niechlujnej brodzie (niechlujnej, bo wakacje) i wreszcie kliknąłem “dodaj do koszyka”. I nie żałuję.

Początek nie jest specjalnie zajmujący. Napisany poprawnie, świat wprowadzany powoli, łagodnie. Trochę mnie zdziwił opis, gdy bohater, otrzymawszy rozkaz wymarszu, ładuje arkebuz a potem maszeruje do koszar. Hm… Nie wiem, po co ładował. Przypomnieć sobie, jak to się robi? Nieważne. Dalej autor rozpędza się, dodaje więcej szczegółów, pojawia się intryga, wszyscy knują, do tego pojawiają się ciekawe dyskusje, w których postaci nie dzielą się, jak w amerykańskich filmach, na “tego mądrego, który ma rację” i “tępego fanatyka, który nie ma racji”, ale naprawdę rozmawiają. Na koniec mamy cieszącą duszę rozpierduchę, lejącą się krew, gryzący dym z arkebuzów i ścinane łby. Mniam. Sceny seksu też są, ale autor nie epatuje nimi tak, jak Piekara, więc da się znieść.

Postaci kobiecie – istnieją. Tyle się da o nich powiedzieć. Mi to nie przeszkadza, ale uprzedzam, gdyby dla kogoś było to ważne.

Oprócz tego mamy pytania o etykę, moralność, sens istnienia, wiary i tak dalej, wszystko nienachalnie wplecione w akcję. Na koniec: bibliografia. Serio. Pierwszy raz czytałem powieść fantasy, w której na końcu jest bibliografia, a w niej Obrona SokratesaWstęp do filozofii Tatarkiewicza i Błażeja Pascala Myśli. Chyba tylko po to, by podkreślić, że to jest, panie, poważna powieść stawiająca poważne pytania, a nie jakaś tam rąbanka dla “idiotów o mózgach przeoranych RPGami” (zgadnijcie, z kogo to cytat. Ja grywałem w RPGi i zwykłe, i komputerowe, więc wiecie, mnie autor cytatu pewnie też zaliczyłby do idiotów…).

Tytułową Otchłań można traktować poniekąd jako symbol. Stosunek ludzi do niej – racjonalnie badać, ignorować, podchodzić religijnie – odpowiada stosunkowi do sensu życia, celu istnienia. Przy czym w stworzonym przez pana Lewandowskiego świecie ograniczenia nauki są natychmiast widoczne. Stworzyła arkebuzy, metalurgię, ale nie jest w stanie ani zbadać Otchłani, ani nawet odkryć regularności w ruchu gwiazd i słońc. Pozostaje Tajemnica przez wiele T, przerażająca, wpędzająca w obłęd, ale stanowiąca też symbol nadziei i wiary. Mamy też wyjątkowych ludzi, odmiennych od całej reszty (zapewne zbyt często grających w RPGi), którzy kontemplując Otchłań osiągają oświecenie.

Moglibyśmy długo tutaj się zastanawiać, “co autor chciał powiedzieć”,  chociaż prawdopodobnie autor miał zamiar przekazać coś zupełnie innego.

Podsumowując: bardzo dobra powieść. Na pewno lepsza, niż uprzednio recenzowane Sakriwersum Mielkego (recenzja) oraz niż Oko czapli Le Guin (recenzja). Tak więc, jeżeli macie okazję kupić – kupujcie. Niezależnie od poglądów autora i kwestii jego przyjemności czy nieprzyjemności, Most nad Otchłanią jest napisany po prostu dobrze. Aczkolwiek… jak poguglacie na sieci, znajdziecie także opinie przeciwne :D.

Na koniec, jeszcze jedna sprawa. Niniejszym deklaruję pana Lewandowskiego członkiem PSTzMCz (Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu). Po pierwsze, nieskończona równina (jak w mojej Tęczy). Po drugie, ledwo wpadłem na pomysł, by napisać fantasy z pikami i arkebuzami, a już pan Lewandowski chichocze złośliwie, cofa się ćwierć wieku w tył i pisze świetną powieść też z arkebuzami i pikami tylko po to, bym się wkurzał, że po raz kolejny moje pomysły okazały się o wiele mniej oryginalne, niż sądziłem.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.