“Oko czapli” Ursuli Le Guin, czyli mistrzyni też się czasami potyka (recenzja)

W ramach pandemiczno-wakacyjnego uzupełniania biblioteczki kupuję te książki, o których od dawna wiem, że już dawno powinienem je przeczytać. Między innymi uzupełniam sobie znajomość mistrzyni SF, Ursuli Le Guin. Ostatnio omawiałem jej Wydziedziczonych – powieść dobrą jak na innego pisarza, ale nie tak dobrą, jak mi zachwalano i jak się spodziewałem – i zdecydowanie nie dorównującą poziomem najlepszym powieściom mojej ulubionej autorki. O Oku czapli za dużo nie wiedziałem – raz jeden (chyba) czytałem bardzo krótką opinię. Nikt mi też tej powieści nie zachwalał. Od razu powiem: nic dziwnego. Że nie zachwalał.

Powieść kontrastuje dwa podejścia do życia, dwie społeczności – mamy maczystowskich, ultra-męskich potomków byłych przestępców ze Stolicy oraz pokojowy, wierzący w równość płci oraz brzydzący się przemocą Lud Pokoju. Oczywiście Lud Pokoju pokojowy jest okropnie, że aż strach, maczyści są maczystowscy i świńsko męsko szowinistyczni, zaś akcja jest przewidywalna i miejscami naiwna. Maczyści są bezradni wobec taktyki niestosowania przemocy, Gandhi z zaświatów uśmiecha się z aprobatą i wszystko kończy się… dobrze?

I tutaj muszę przyznać, że jestem trochę niesprawiedliwy w tej ocenie. Taktyka biernego oporu nie sprawdza się aż tak dobrze, ludzka natura doprowadza do nieszczęść, a rozwiązanie ostatecznie przyjęte przez bohaterów i bohaterki nie jest aż tak utopijne, jak można by wnioskować z poprzedniego akapitu. Lud Pokoju może nie przegrywa, ale trudno też uznać, ze wygrywa. Ostatni rozdział – nie wiem, czy zgodnie z zamierzeniami autorki, czy wbrew nim – jest w gruncie rzeczy przyznaniem się do porażki i tchnie z niego okropnym pesymizmem.

Powieść jest krótka, w wersji posiadanej przeze mnie liczy raptem sto osiemdziesiąt coś stron, ale i tak jest za długa. To mógłby być temat na opowiadanie; coś takiego, jak poruszające podobny problem moje opko z Esensji, Wojownik i wiedźma. Od razu powiem, że gdybym Oko Czapli przeczytał  kilka lat temu, Wojownik i wiedźma nigdy by nie powstał, bo rozważałem w nim zagadnienia nieodległa od tych dotykanych przez Le Guin tutaj. Z tym, że mimo podobieństw, ja podchodziłem do tego znacznie bardziej realistycznie (oczywiście, moim zdaniem 😀 ) – u mnie zakończenie jest świadomie pesymistyczne, a tutaj – nie jestem pewien, czy Le Guin nie chciała happy endu.

Widzicie, problem z biernym oporem i pacyfizmem polega na tym, że działają tylko wtedy, gdy druga strona wierzy w jakieś ideały, w demokrację, równość ludzi, gdy druga strona jest gotowa nam przyznać jakieś prawa. Jednym słowem, Gandhi może wygrać tylko wtedy, gdy po drugiej stronie jest ktoś w rodzaju wicekróla Irwina. W innym przypadku kończy się tak, jak pacyfizm Moriori na wyspach Chathama.

Moriori wyznawali idee pacyfizmu. Brzydzili się przemocą.  Żyli sobie spokojnie, aż na wyspy przybyli wredni biali kolo a nie, pardon, nie wredni biali koloniści tylko – niespodzianka! – szlachetni, niebiali Maorysi. Szlachetni niebiali Maorysi nie posiadali się z radości, że trafili na tak pokojowy lud. Natychmiast zabrali się do mordowania, wbijania kobiet oraz dzieci na pale i na tym skończył się pacyfizm oraz bierny opór. I chociaż można ronić łzy czytając, jak Moriori w imię zasad zadecydowali, że nie będą się bronić przed Maorysami, to jednak brutalne fakty są takie, że z w ciągu paru dekad z dwóch tysięcy została ich setka. Mieli pecha. Gdyby trafili na wrednych białych, pewnie zginęłoby ich mniej, bo w XIX wieku Brytyjczycy jednak nieco złagodnieli.

Końcówka Oka czapli z kolei nasuwa na myśl tych chłopów, którzy zwiewali w południowej Azji przed państwem. Przez jakiś czas to działało, ale Państwo w końcu przyszło i po nich. Drugie skojarzenie to pokojowi, nie używający przemocy Semai z południowo-wschodniej Azji. tylko, że u Semai po przeliczeniu na 100.000 mieszkańców morderstw jest sześciokrotnie więcej niż w Ameryce (przy dość konserwatywnych założeniach  ; w ogóle, gdy się przyjrzeć dokładnie, większość pokojowych plemion łowców-zbieraczy ma szokująco dużo morderstw, tyle, że ich społeczności są małe, więc i w liczbach bezwzględnych morderstw jest mało). Mam wrażenie, ze Le Guin czytała o Semai, a może i o wieśniakach z wyżyn; tyle, że czytała tylko artykuły optymistyczne, przedstawiające te społeczności w tendencyjnie optymistyczny sposób. To znaczy – ja wiem o tym, że na antropologii to Mistrzyni się znała; chodzi o to, że w nauce długi czas panowało właśnie takie optymistyczne postrzeganie niektórych ludów (pamiętacie, jak zwalczano Napoleona Chagnona?) i być może Le Guin nie widziała artykułów bardziej krytycznych (a może bardziej… realistycznych?).

Ogólnie, jest to najsłabsza, najmniej dopracowana i najbardziej irytująca książka Le Guin. Mistrzyni pisała to dziełko w trybie kaznodziei. Postaci co jakiś czas wygłaszają mądrości o roli kobiet, o przemocy i wolności. Inni kiwają głowami w zachwycie nad tak głębokimi kwestiami. Jest kilka karykaturalnie przerysowanych rzeczy – być może efekt tego, że powieść była pisana, gdy w USA pozycja kobiet naprawdę była niższa; gdy Le Guin do wysyłając opowiadanie do Playboya, musiała podpisywać się U. Le Guin, bez “Ursula”, by nie zrażać męskich czytelników, bo “kobiety nie czytajom fantastyki” (korekta nie poprawiać). Tak czy inaczej – efektem jest coś w rodzaju, jak to mówią anglosasi, rantu o tym, jak zła jest przemoc,  jak okropny jest maczyzm i jak wszystko będzie dobrze, gdy ludzie założą hipisowskie komuny.

Tak, trochę przesadzam.

Na koniec podsumowanie mojej znajomości prozy Le Guin jak dotąd: arcydzieła lub bardzo dobre: Lewa ręka ciemności, Najdalszy Brzeg, Dary (recenzja), Słowo las znaczy świat. Bardzo dobre: Czarnoksiężnik z Archipelagu, Grobowce Atuanu. Dobre: Świat Rokanona, Wydziedziczeni (recenzja), Planeta Wygnania. Przeciętne: Miasto iluzji, Opowieści z Ziemiomorza. Słabe: Tehanu, Oko czapli. Pani Le Guin napisała coś tak, licząc wg wikipedii, trzydzieści siedem powieści. Znam więc ledwie jedną trzecią jej twórczości; ale mam ostatnio coraz mniej ochoty poznawać więcej. Polecano mi jeszcze Jesteśmy snem (aktualizacja: recenzja), Opowiadanie świata oraz Wracać wciąż do domu (aktualizacja: recenzja), ale myślę, że zostawię sobie ich zakup i lekturę na następne wakacje (o ile dożyję).

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.