“Sakriwersum” Thomasa R.P. Mielke – czy to tłumaczenie jest tak kiepskie, czy to gust mi się aż tak zmienił?

Pierwszy raz z Sakriversum Mielkego spotkałem się czytając od deski do deski Fantastykę 9 (72) 1988. W tamtych czasach pismo to  publikowało powieści w odcinkach, w formie wkładki w środku numeru. Nie miałem numeru 8 (71), gdzie była pierwsza część, nic mi to jednak nie przeszkadzało – miałem wtedy dwanaście lat (czy coś koło tego) i łykałem wszystko, co choćby dotykało fantastyki. Rzecz mi się spodobała, działała na wyobraźnię i obiecałem sobie, że na pewno kiedyś muszę jeszcze raz przeczytać całość. Po latach dowiedziałem się, że wersja wydrukowana w Fantastyce powstała jako skrót powieści niemieckiego autora. Nic dziwnego – sześćset stronicowe Sakriversum słabo nadawałoby się na wkładkę w miesięczniku! Ta wiadomość nawet mnie cieszyła: oznaczała, że poprzednio nie poznałem nawet połowy!

Pandemia nas dręczy, człowiek się nudzi, czytnik ebooków zgarnęła moja żona, więc co pozostało biednemu człowiekowi? Obkupić się na allegro. Wpisałem więc Sakriversum w wyszukiwarce, poszukałem takiego sprzedawcę który miał zarazem Wydziedziczonych Le Guin i pach, po paru dniach mogłem się cieszyć egzemplarzem, i teraz uwaga będzie cytat, “najlepszej niemieckiej fantastycznej powieści wszechczasów”.

Gdy wreszcie przystąpiłem do lektury, zmarszczyłem czoło. Coraz częściej drapałem się po czuprynie, cofałem i ponownie czytałem jakiś akapit. Na początku składałem winę na może zmęczenie, może na to, że co chwilę mnie ktoś przy lekturze rozpraszał, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nie, to nie moja wina. Nie. Przyczyna była inna: po prostu, ten tekst naprawdę jest miejscami fatalnie napisany. Zobaczcie na przykład ten fragment:

Od tygodni odżywiał się ledwie wystarczająco i źle. Nagle przypomniały mu się pieczeń z dziczyzny, kartofle, miód i sałatka z pomidorów. Pamięć płatała mu figle. Mieszało mu się wszystko, co kiedyś jadł: dżem agrestowy, płatki kukurydziane, zupa ogórkowa z jogurtem, szynką z niedźwiedzia.

Ścisnął żołądek obiema dłońmi

Zwróćcie uwagę na pogrubione słowa. Mamy trzy razy mu w trzech kolejnych zdaniach. Każdego można by uniknąć. Do tego trzy się. No, ale to pikuś, każdemu się zdarza (sprawdźcie tylko, ile się jest w tym wpisie, który właśnie czytacie!). Ale mamy tutaj rzeczy gorsze: zdanie, które ma znaczyć, że w pamięci mieszały się Goetzowi różne potrawy, które kiedyś jadł; na przykład, zupa i jogurt. Pomijam już pytanie, co to znaczy, że Goetzowi mieszały się dżem z szynką, ale przy pierwszym czytaniu to brzmi zupełnie inaczej: jakby Goetz wspominał danie naprawdę niezwykłe: zupę ogórkową z jogurtem i szynką z niedźwiedzia!

No i ściska żołądek dłońmi… No dobra, to może już czepialstwo. Ale i tak mi nie pasuje.

Takich rzeczy jest więcej. Mamy całe akapity chaotycznej, monotonnej prozy, przez którą trzeba się z trudem przebijać. Weźmy kolejny przykład: dynamiczna akcja,  o włos od tragicznego zakończenia. Goetz na wózku szaleje po katedrze:

Teofil obrócił kierownicę. Nie wiedział, jak dokładnie działa sterowanie. Maszyna zatrzęsła się na odłamkach kamieni przed portalem. Z ostrym piskiem prawy chwytak zadrapał wzdłuż kolumnę portalu. Z łuku nad portalem spadło kilka luźnych kawałków muru Jeden z kamiennych okruchów uderzył mocno w hełm. Była to część framugi.

Mamy trzy powtórzenia pod rząd, co jest błędem pomniejszym, bo z doświadczenia wiem, że (a) czytelnik często powtórzeń nie zauważa i (b) piekielnie trudno czasami powtórzeń uniknąć. Gorsze jest co innego: ten tekst przynudza. Narrator składa raport, a nie opowiada. Trzy zdania o podobnej budowie, powtarzające rytm, a na koniec jeszcze narrator dodaje to nieszczęsne zdanie o kamiennym okruchu, który mocno uderzył w hełm, i o którym czytelnik koniecznie musi wiedzieć, że okruch ów był częścią framugi. Nie umiem po niemiecku, więc nie wiem, czy w oryginale to brzmi też tak okropnie, ale tutaj od czytania zabolały mnie nie tylko oczy, ale i zęby.

Do tego dochodzą niesamowite porównania, jak we fragmencie poniżej:

Jako Emole milionami spotykali się w grupach wsparci emocjonalnego, które celebrowały zwycięstwo emocji nad rozumem człowieka, spłaszczając problem jak obraz na drzeworycie.

Pozwolę sobie użyć szczątkowej znajomości niemieckiego, by zapytać: Was?! Okropność.

Dochodzą do tego długie fragmenty o równowadze materii, ducha i czegoś tam, tajemnej wiedzy budowniczych katedr, wzmianki o okrutnej inkwizycji i chaotyczne bajdurzenia mające zapewne udawać objawienia prawdziwej mądrości. W jednej chwili wyczerpany, ledwie żywy Goetz spotyka Guntrama, a ten natychmiast… zaczyna mu wyjawiać tajemnice Mistrzów Yody, pardon, Loży.

A właśnie, Goetz. Okazuje się, że wersja w Fantastyce miała innego tłumacza, Wawrzyńca Sawickiego, zaś teraz w moje ręce trafiło tłumaczenie Joanny Filipek. W oryginale (sprawdziłem) jeden z bohaterów nazywa się Goetz. Pani Filipek zmienia go na Teofil (!?). W oryginale mamy grupę ludzi, określanych mianem, które google.translate mi tłumaczy na Łajdaków. Sawicki przetłumaczył to na Włóczędzy, co mimo wszystko znacznie lepiej pasuje do sensu powieści niż Bękarci pani Filipek. Nie chce mi się porównywać teraz wszystkich fragmentów i zestawiać je obok siebie, by zobaczyć, co z kulawego stylu jest winą tłumacza, a co oryginalnego autora; nie wiem więc, czy to tłumaczka spaprała, czy to pan Mielke już tak fatalnie pisał.

Podsumowując: fatalna rzecz. Odradzam kupna.

Żeby było śmieszniej, w moim egzemplarzu kupionym na allegro zabrakło ostatniej strony epilogu .

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.