“Hyperion” oraz “Upadek Hyperiona” Dana Simmonsa (recenzja)

Mój znajomy pisarz, Witek gorącogłowy i popędliwy, od dłuższego czasu wiercił mi dziurę w brzuchu twierdząc, że po prostu muszę przeczytać Hyperiona Simmonsa. “Spodoba ci się, zobaczysz”, mówił. “To klasyka i świetne SF”, mówił. Ile razy zastanawiałem się, za co się zabrać na Legimi, Witek zaraz wtrącał: “Hyperiona! I Wspomnij Phlebasa! Ale najpierw Hyperiona.” Tak więc, nie było wyjścia. Jak mus to mus.

Przy czym podstępny drań nie wspomniał, że Hyperion ma drugą część i to taką, którą trzeba przeczytać, jeżeli chce się wiedzieć, jaki cała historia ma koniec. Zorientowałem się, gdy docierałem do końca powieści: czterdzieści parę stron zostało, a tutaj do zakończenia daleko! Zastanawiałem się, jakim cudem autor zdoła wszystko pozamykać w czterdziestu stronach. No i nie pozamykał. Zamykanie zostawił sobie na Upadek Hyperiona. Cóż więc było zrobić, musiałem się zabrać i za Upadek. Jak mus, to mus.

Dana Simmonsa wcześniej czytałem, ale jego dzieło znacznie późniejsze: Terror (wydane prawie dwie dekady po Hyperionie!). Powieść zresztą świetną. Ciekawostka: nie pamiętałem tego. Dopiero kiedy żona zapytała “a co czytasz? A kto to napisał? Simmons? A, to ten od Terroru?” – dopiero wtedy przypomniałem sobie że faktycznie, tak, to ten od Terroru. Oraz Ostrza Darwina.

Zwykle autorzy rozwijają się i zwykle widać sporą różnicę w warsztacie, stylu i wadze problemów podejmowanych w książkach pisanych na początku kariery, oraz tych tworzonych po iluś tam latach. Hyperion jest zdaje się zaledwie drugą powieścią Simmonsa. A jednak widać już tutaj dojrzałość stylu i nie widać, by napisał to ktoś początkujący. Terror jest lepszy językowo i technicznie, ale nie jest to różnica rzędu wielkości. Po sprawdzeniu, właściwie nic dziwnego: tak naprawdę Simmons nie był już początkującym. Zadebiutował powiadaniem siedem lat wcześniej (1982), zaś jego pierwsza powieść (horror) ukazała się w 1985, cztery lata przed Hyperionem. Jedno z wcześniejszych opowiadań (Remembering Siri, 1983) zresztą ponoć jest niemal słowo w słowo przeniesione do Hyperiona, jako część opowieści Konsula.

Sam świat Simmons stworzył ponoć dla swoich uczniów – bowiem aż do 1989 Simmon pracował jako nauczyciel w podstawówce (jak Adam Przechrzta, hehe). Na podstawie tych szkolnych doświadczeń napisał opowiadanie The Death of the Centaur – co ciekawe, rzecz tą opublikował dopiero w 1990. Mamy ludzkość pod rządami Hegemonii, rozpychającą się po wszechświecie, profilaktycznie wybijającą obce gatunki zdradzające choćby nieco inteligencji. Mamy uciekinierów-Wygnańców, żyjących poza Hegemonią w rojach złożonych z setek statków, w otwartej przestrzeni. Mamy wreszcie portale pozwalające na natychmiastową komunikację między światami (o, to jak u mnie w mojej ostatniej powieści!) oraz statki o napędzie Hawkinga, pozwalające na podróże z prędkością chyba większą sporo od światła (ha, też trochę, troszeczkę jak u mnie). Mamy Sztuczne Inteligencje dobrowolnie współpracujące z ludźmi oraz datasferę – warto tutaj przypomnieć, że w roku 1989 nie było HTMLa, sieci WWW, a do internetu podłączonych było jakieś sto tysięcy serwerów – stąd wrażenie pewnych anachronizmów, gdy Simmons datasferę i Sztuczne Inteligencje opisuje.

Czy warto było Witka posłuchać i po Hyperiona sięgnąć? Tak, warto było. Bardzo niechętnie rozdzielam wysokie noty, ale Hyperionowi dałbym 4, albo nawet 4.5/5. Upadek Hyperiona oceniam słabiej, jest tam więcej dłużyzn i mniej rewelacyjnych fragmentów, ale wciąż uznałbym Upadek za powieść ponadprzeciętnie dobrą, czyli takie 3.5/5.

Hyperion ma ciekawą kompozycję. Mamy szkielet, historię pielgrzymki kilku osób do Dzierzby, która według tradycji ma spełnić życzenie jednej z nich, a resztę zabić. Ta część jest napisana porządnie, ale bez rewelacji i w sumie czasami miałem ochotę przeskoczyć, by dotrzeć do kolejnej historii opowiadanej przez któregoś/którąś z pielgrzymów. Właśnie, historie: to one zajmują większość książki. Każda z postaci podczas wędrówki zdradza pozostałym, co ją skłoniło do wędrówki. Mamy więc rozpięte na głównym szkielecie sześć historii (opowieści siódmego pielgrzyma nie słyszymy), każda z nieco inną narracją i nieco innym klimatem. Gdybym miał je uszeregować, opowieści księdza dałbym piątkę, Żydowi Wiecznemu tułaczowi czwórkę, pułkownikowi i pani detektyw trójkę, zaś opowieść konsula… wychodzi poza skalę. Bez opowieści konsula cały Hyperion oceniłbym na 3.5/5, czyli na książkę ponadprzeciętną, dobrą, ale jednak nie rewelacyjną, chociaż z rewelacyjnymi fragmentami. Opowieść konsula wywraca wszystko i podnosi ocenę całości o całą gwiazdkę. A, jest jeszcze poeta. Musiałem wyguglać, by sobie przypomnieć, kto był szósty i to chyba wystarcza za komentarz.

Przy czym opowieść konsula i rebelia Siri jest wyjątkowo nieprawomyślna :). Piękny świat, zamieszkany przez porządnych ludzi… z separatystycznym ruchem, który nie chce dołączyć do Hegemonii, bo wtedy przyjdą ci źli imigranci i wszystko zadepczą. I separatyści ostatecznie nie są przedstawieni jako ci źli.

Z rzeczy czytanych przeze mnie ostatnio Hyperion wyróżnia się zdecydowanie na plus. Polecam.

Dygresja: Legimi to legalny biznes, którego opłacalność – według czytanych przeze mnie artykułów – opiera się na kalkulacji, że większość użytkowników tej platformy czyta co najwyżej jedną książkę miesięcznie lub mniej. Biorąc pod uwagę, ile czyta moja żona oraz ja, obawiam się, że przynosimy Legimi same straty 😀

Spis wszystkich recenzji

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.